Lubię polować na duże barweny, więc używam najchętniej pięcio i siedmiocentymetrowych, wąskich i agresywnie pracujących woblerów. Muszą to być przynęty świetnie "trzymające się" szybkiego nurtu.
 
  NR 29      WYDANIE SPECJALNE
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałczcz
 
PÓŁ METRA SUKCESU
     Moje przynęty muszą błyskawicznie osiągajągać przydenne strefy łowiska Nie mogą mieć przesadnie wielkiego steru, by nie przyginały ponad miarę szczytówki wędziska.Korzystam najczęściej z lekko podrasowanych, wspominanych już wcześniej gębali - zarówno tych wykonywanych przez seniora, jak i juniora. Lubię też pływające piąteczki Veselinovićia.

      Ale waham się z ich używaniem w bardzo "czepliwych" łowiskach brzanowych. Doskonałe są także podłużne, sandaczowe woblerki firmowane przez Janusza Czulaka i geometryczne cudaki Marka Kaczówki.
      Prowadzenie woblerów nie jest żadną filozofią - poprzeczny względem nurtu lub lekko ukośny w dół rzeki rzut, zdecydowane wprowadzenie pod wodę, stuknięcie o dno potwierdzające, że głębokość nie przekracza półtora metra i prowadzenie przynęty w swobodnym - ale pilnie kontrolowanym - spływie po łuku. A potem bardzo powolne ściąganie woblera pod prąd.
      Filozofią jest

półmetrowa zmiana myślenia.

      Szukam na wodzie tych samych śladów, których wypatruję podczas polowania na sandacza, klenia czy jazia. Interesuje mnie każdy znaczący się na powierzchni głaz - najlepiej wielkości trzydrzwiowej szafy, intryguje każde gruzowisko, obryw ilastej płyty, żwirowe wypłycenie, rozproszony przelew. Kiedy celem połowu jest inna od brzany ryba, to tak podaję przynętę, by przechodziła przez jak największą ilość stref tzw. nurtowych cieni. Właśnie stamtąd wyskoczyć może do woblera kleń, jaź, sandacz czy stale obgryzający przynęty szczupak-niespodzianka.
      Gdy chcę trafić barwenę, to wprost przeciwnie - interesuje mnie to, by poprowadzić przynętę przez wszystkie gwałtowne przyśpieszenia przed przeszkodami i wzdłuż nich. Wypatruję więc wszelkiego rodzaju wlewów, wąskich gardzieli, nurtowych odbić i skosów - czyli miejsc, gdzie nurt choć przez kilka metrów rwie szybko i w miarę równo, bez zbełtań, wirów i bulgotań. Tam w ciągu dnia grupki brzan czekają na kąski niesione prądem. Także tam, w dobrze natlenionej wodzie żyją ich smakołyki - larwy owadów, skorupiaki, stawonogi, mięczaki.
      Z moich obserwacji wynika, że barweny tylko

kilka razy w ciągu doby

mają okresy aktywnego żerowania. Wówczas to przemieszczają się pod prąd przy dnie i szukają zawzięcie pokarmu. Po osiągnięciu górnego skraju rewiru, dają się znieść rzece na jego dolny kraniec i rozpoczynają poszukiwania od początku. Kilka takich nawrotów i na dłuższy czas ustawiają się w miejscach, których szukam wówczas, gdy o pół metra zmieniam swoje myślenie.
      Tak to właśnie wygląda - o pół metra. Wobler nie szuka nurtowych cieni, przeciwnie, ma penetrować przyśpieszenia, które znajdują się tuż obok. O pół metra dalej czy bliżej.
      Fakt, że wobler wszedł w interesującą strefę bardzo wyraźnie czuć na kiju. Przygina się szczytówka, przestaje być szarpana przez zbełtania nurtu. Teraz cała sztuka polega na utrzymaniu przynęty w tej strefie przez jak najdłuższy czas.
      Bywa, że podczas jednego ściągania przynęta znajduje kilkakrotnie takie miejsca. Warto je zapamiętywać i starać się nawet kilkanaście razy penetrować je przynętą. To zwiększa szansę na spotkanie z brzaną.
      Zdarza się, że ryba siądzie przy

pierwszym przeprowadzeniu wabika.

      Częściej staje się tak dopiero po kilkakrotnym przeprowadzeniu. Spokojne wyprowadzenie brzany z ostoi - a właściwie pozwolenie jej na samodzielne wyjście z niej pod prąd - jest gwarancją, że z tej samej płani da się jeszcze wyjąć kilka ryb. Forsowanie holu na samym początku wypłoszy niechybnie pozostałe brzany z łowiska. Podobnie jak wypięcie się z haka, zerwanie czy najbardziej fascynujące podczas brzanowych łowów, wykonane we wspaniałym stylu "zrobienie łososia" - potężny i najczęściej nieoczekiwany wyskok nad wodę. Nigdy jeszcze nie udało mi się utrzymać brzany na kiju podczas tej ewolucji - albo się wypinała, albo rozginała haki, albo po prostu rwała żyłkę. I na nic się zdawało wkładanie szczytówki do wody, kontrowanie kijem, otwieranie kabłąka. Nie wymyśliłem jeszcze sposobu na łososiowe fanaberie tej cudownej ryby.
      Jeśli takie nieszczęście się przydarzy - wracam do kleni, sandaczy czy jazi. I znów czekam na chwilę, gdy zafurkoce brzana czy zawiesi się nieoczekiwanie na haku.

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusSprzęt wędkarskiOsuszanie bydynków - izolacja pionowaWdrożenia OpenERPZdjęcia wędkarskieOpenERP