Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata i pozwoli się podzielić myślami. A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 30      24 LISTOPADA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 



KRAWĘDŹ BAŚNIOWEGO ŚWIATA
     Jest cicho, bezwietrznie. Idealna gładź wody. Można nawet nie wiosłować wykorzystując dryf lekkiej łódki. Odpływam od brzegu, płynę w stronę wyspy. Łowię sam. Józek pożyczył mi łódkę, zostawił nawet swój podbierak, ale sam zostać nie mógł. Szkoda, zapowiada się ładna nocka.

      Wpadłem do domu, zgarnąłem sprzęt, spakowałem plecak. W biegu przełknąłem kilka łyków wrzątku. Autobus dopadłem w ostatniej chwili. Pośpiech, nerwówa codziennego dnia - to mam już za sobą. Wreszcie! Teraz mogę uspokoić się, wyciszyć.
      Noc ciepła, ryba żeruje na płyciznach, słyszę pluski. Rzucam starym sztywnym kijem. Niklowany mors leci daleko, pada na ciemną wodę. Zwijam powoli, prowadzę błystkę tuż przy dnie. Poluję na sandacza. Mija godzina, wyławiam kłęby mułu, jakieś zbutwiałe roślinne szczątki. Dość monotonne zajęcie. Czasem trafia się twardy zaczep. Właśnie mam taki. Szarpię końcówką, by się od niego uwolnić. Czuję, że puszcza, poddaje się, rusza. Drętwo, niemrawo, ale idzie i... daje wyraźne oznaki życia. Ryba! Pewnie niewielki sandacz. Rzeczywiście nieduży. Mam go pod burtą. W podbieraku wplątuje kotwiczkę i sprawia tym nieco kłopotu. Niespełna kilogramowy - wypuszczam. Znika.
      W kilka minut później znów mam sandacza. Wiem, że ten jest większy. Ma pewnie ze dwa kilo. Holuję więc go starannie na luźnym hamulcu. Końcówkę mam sztywną, zbyt sztywną na tę rybę. Lepszy kij musiałem zostawić, pękło w nim mocowanie kołowrotka. Teraz bardzo brakuje mi jego elastyczności. Zwłaszcza teraz, gdy ryba przestaje walczyć i wypływa na powierzchnię. Wystarczy nagły luz żyłki i kotwiczka wyleci. Jakoś szczęśliwie kończę hol sandacza w podbieraku. Niecałe dwa kilo, ale jest. Dobry początek. Zaraz potem bierze następny. Znów holuję długo, delikatnie, na luźnym hamulcu. Trwa to trochę. Wreszcie ryba słabnie i, gdy już jestem pewien wygranej, schodzi. Szkoda... Znów jest!!! Skąd ich tu tyle? Widać trafiłem na dobre miejsce. Znowu kilka minut holu i znowu sandacz schodzi. Pech...

*****

      Nikogo nie ma, żadnych łódek. Pusto. Jestem sam. Sam jeden na całym Zalewie! Niebywałe. A noc przepiękna. Cicho i nawet ciepło, choć to październik. Powietrze nieruchome. Żadnego powiewu, żadnego dźwięku. Średni księżyc prześwituje przez cienki woal cirrusów, woda jak szkło. Wszystko wokół nieruchome, ciche i jakieś rtęciowo-srebrzyste. Niesamowite, nierealne. Czuję się tak, jakbym tkwił zawieszony wewnątrz szklanej kuli. Dziwne. Zatracam własną cielesność... Przechodzę do nierzeczywistego świata. Wrażenie potęguje cisza, i samotność, i to, że trochę już jestem zmęczony. Taki stan na granicy snu i czuwania. Krawędź rzeczywistego i baśniowego świata...
      Jakiś plusk z prawej? Pewnie sandacz ugania się za drobnicą. Rzucam tam - opór. Szarpię ze złością raz i drugi nim w końcu przekonuję się że to ryba! A niech to! Zaczyna holować łódkę!!! Luzuję hamulec. Słyszę przyśpieszony łomot własnego serca. Co to jest?! Jeżeli sandacz, to duży! Rzeczywiście. Widzę go, chodzi dość blisko, wypływa na powierzchnię, wyraźnie słabnie. Ma dobrze ponad pięć kilo! Wysuwam ostrożnie podbierak... nie sięgnę, brakuje dwudziestu centymetrów! Mam tego wielkiego sandacza na długość dłoni - odpływa powoli, niemrawo mieląc rtęciową wodę.
      Oprowadzam sandacza raz jeszcze wokół łódki, zawracam, przybliżam. Ostrożnie podciągam do siebie. Kapituluje. Wykłada się na powierzchni całkiem bezwładny, jakby porażony. Ledwo porusza wielkimi płetwami. Teraz będzie mój. Jeszcze kilka centymetrów, jeszcze trochę... luz żyłki - wypada kotwiczka. Sandacz nieśmiało prostuje się i znika... Jest mi bardzo, bardzo przykro. Prawie już był w podbieraku...

*****

      Już mi przeszło. Dziwne, ale strata tej pięknej ryby niezbyt mnie poruszyła. Nie tym razem. Żadnej nerwówki, żadnego drżenia rąk. Żadnych emocji, nic. Jakbym obejrzał tę scenę na filmie. Śnię? Jestem w transie? Łowię dalej. Płynę teraz w kierunku płytszej wody. Słyszę tam rybę, ale nic nie bierze. Nie bierze, choć morsik pada między pluski. W końcu łódka lgnie na jakiejś mieliźnie, muszę wysiąść, by ją zepchnąć. Ugrzęzła w lepkim błocku. Płytko, woda sięga krańca butów. Błocko aż nazbyt realne. Uff... Wracam na poprzednie miejsce - chyba lepiej trzymać się głębszej wody. Jest sandacz! Schodzi... Znów jest! Tego wyjmuję bez większych ceregieli. Dobrze zacięty, ależ chapnął. Przeciętny, troszkę powyżej kilograma, nic wielkiego. Odkładam go na dno łodzi. Rzucam dalej - znów kilka brań i znowu wszystkie spudłowane.
      Na wschodzie niebo wyraźnie pojaśniało. Gdzieś pod wyspą wymieniam wreszcie kotwiczkę na ostrzejszą. Za plecami, z prawej, słyszę plusk. Odwracam głowę - widać jeszcze rozchodzące się kręgi. Rzucam tam i czuję twarde szarpnięcie. Kilka szarpnięć na boki, kij wygina się i łódka płynie! Natychmiast luzuję hamulec. Sen trwa dalej. Sen?
      Teraz jestem absolutnie pewien wygranej. Ryba może wysnuwać żyłkę, może holować łódkę. Nie zerwie się... chyba dobrze zapięta? Mija kilka podniecających minut. Znów łomot serca. Nagle ryba przyśpiesza. Żyłka szybko wylatuje ze szpuli. Piszczy hamulec i chyba na moment się zacina. Ach!!! Suchy strzał żyłki i bardzo przykre uczucie zawodu...

*****

      Nie, tak być nie może, nie powinno. To nie fair... Nie wiem co to było, nie wiem jak wielkie. Na pewno wielkie. Drugi się taki nie trafi... Teraz już nic mi nie idzie. Nie potrafię się pozbierać. Szum w głowie, pustka, byle jakie, automatyczne rzuty. Mam dość, jestem zmęczony. Świta zresztą, wstaje kolejny dzień. Koniec nocnych marzeń, czas wracać do realnego świata. Schodzą się pierwsi wędkarze. Pytam o godzinę - piąta. Pora myśleć o powrocie. Naraz szarpnięcie. Zacinam - głośny chlupot, coś jasnego mignęło pod powierzchnią - poszedł... Kończę. Z brzegu kiwa na mnie ręką Józek. Cumuję łódkę.

Andrzej Trembaczowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusSystemy CMSOpenERPPrzygotowanie drukuSklep wędkarskiWędkarstwo - archiwum