To już właściwie ostatki sezonu. Teraz wszystko zależy od aury. Jeśli będzie sprzyjająca - to być może uda się jeszcze wyskoczyć kilka razy nad wodę. Jeśli zaś przyjdzie "ruski wyż"- po rybach.
 
  NR 30      24 LISTOPADA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
ZANIM ZMROZI RZEKĘ
     Listopadowe łowy kojarzą mi się z długimi spacerami wzdłuż rzeki, gorącą herbatą z termosu, samotnie palonym ogniskiem i pieczoną kiełbasą. Pierwsze dłuższe przymrozki są sygnałem dla ryb do podjęcia wędrówki na zimowe ostoje. Ryby znikają szybko, wprawiając tym samym w zakłopotanie wędkarzy.

      Woda staje się martwa. Na kilku kilometrach rzeki zionie wręcz pustką. Ogromne ławice leszczy, cert, krąpi, a także jazi przemieszczają się wzdłuż rzeki i koncentrują w jednym, wybranym miejscu. Oczywiście, nie wszystkie gatunki ryb tak postępują. Ale, mimo wszystko, znalezienie późnojesiennego miejsca zbiórki daje gwarancję, że - wcześniej czy później - zjawią się tu nieprzeciętnej wielkości drapieżniki. Na dodatek w większych ilościach.

      Dla mnie

nadchodzi czas poszukiwań.

      W początkowym okresie staram się zlokalizować zimowisko na nie zurbanizowanym, dzikim fragmencie rzeki, Dałoby mi to możliwość spokojnego łowienia do stycznia lub pierwszych dużych mrozów. Jest to jednak dość trudne zadanie. Miejsca takie charakteryzują się dużą zmiennością. Znalezienie ostoi w jednym sezonie nie daje żadnych gwarancji na przyszły rok.

      Na dzikich odcinkach rzeka bardzo szybko się zmienia. Szukam dużych i rozległych spowolnień, spokojnych płani, przykładowo tych, które występują poniżej poprzecznych przykos. Będą to potencjalne miejsca zbiórki. Ale nie każde z nich będzie skupiskiem ryb...

      Jak więc znaleźć to właściwe? Trzeba szukać. Mimo tej pozornej martwoty, rzeka cały czas żyje, co więcej, nadal jest chętna do zdradzania swoich tajemnic. Białoryb, po znalezieniu ostoi, lubi baraszkować. Nie mam pojęcia, jaki jest w tym cel. Ryby spławiają się nawet przy mrozach, szczególnie o świcie i zmierzchu. I w tym właśnie tkwi klucz do sukcesu. Długa wędrówka połączona z bacznym wpatrywaniem się w wodę może zapewnić nam chwile szczęścia. Kiedy już trafimy na takie miejsce, łowy do pierwszych lodów mamy zagwarantowane.

      Przyznam się szczerze, że rzadko udaje mi się znaleźć takie łowisko. Chyba dlatego, że mam zbyt mało czasu na poszukiwania. Jeśli więc mi się nie uda, przenoszę się na ogólnie

znane miejskie zimowiska.

      Te z reguły są stałe. Regulacja rzeki w miastach nie pozwala na duże zmiany. Wystarczy tylko przebiec się kolejno po wszystkich ostrogach i bez problemu trafi się we właściwe miejsce. Wskażą je nam nie tylko spławiające się leszcze, również inni wędkarze, różnej zresztą maści.

      Jedna taka ostroga zbiera całą "wędkarską elitę". Mizerni spinningiści, którzy chcą poprawić swoje wyniki, całe bandy szarpakowców, działających głównie przed zmierzchem i po zmroku, czasem nawet w biały dzień. Łowienie w tam kończy się zazwyczaj starganymi nerwami i szybkim opuszczeniem miejscówki. Mimo wszystko uważam, że czasem wypada pokazać się na takiej ostrodze, nawet bez wędki. Wypada zwrócić uwagę facetowi, upychającemu podhaczone leszcze do wora. Wypada wypuścić ładną rybę na oczach innych ludzi, tylko po to, by pokazać, że można inaczej...

      Jak więc łowić, by nie popaść w "brudne spinningowanie"? Ja z reguły ustawiam się na skraju skupiska. W tym miejscu ryby są bardziej aktywne i rozproszone. Zdarzają się, co prawda, "najechania", lecz tego do końca nie da się uniknąć. Będą to jednak sporadyczne przypadki - w porównaniu z tym, co dzieje się w centrum zimowiska.

      W przypadku podhaczeń zauważyłem też pewną prawidłowość. Kończą się one wraz z ruszeniem się drapieżników.

      Dobrym miejscem połowu jest także

rynna dochodząca do ostoi.

      Pod jednym wszakże warunkiem. Musi ona być jedyną dla sandaczy bezpieczną trasą, dochodzącą do zimowiska. Sposób doboru przynęt nie jest tak ważny. Można czesać miejsce pół dnia i nie zaliczyć nawet puknięcia, by w następnych kilkunastu minutach złowić komplet. Sandacze zagryzają niemal każdą przynętę, byle wolno prowadzoną. Atakują przy dnie i w toni. Osobiście preferuję gumy, na dość lekkich główkach. Dobieram je w ten sposób po to, by zmniejszyć ryzyko podhaczeń.

      Z tego samego powodu nie stosuje też żadnych jigowych kombinacji. Gumę prowadzę wolno, zmieniając łagodnie tempo prowadzenia tylko pracą kołowrotka. Branie sandacza objawia się lekkim przytrzymaniem, po którym wyczuwa się "jakby coś usiadło nam na drugim końcu żyłki". Szczytówka mocniej się ugina, opór narasta, wtedy zacinam. Dodatkową atrakcją na tego typu łowiskach jest duży szczupak. W niektórych miejscach łatwiej o niego niż przyzwoitego sandacza.

     Łowienie przy skupiskach białej ryby towarzyszy nam rokrocznie. Obojętne już, czy osobiście jesteśmy nad woda, czy nie. Zdarzają się dni, kiedy jest trochę spokojniej, były też takie, kiedy zniesmaczony schodziłem z wody już po 10 minutach. Po prostu nie mogłem patrzeć na "kolegów wędkarzy", zachowujących się niczym krwiożercze bestie. Wówczas niecierpliwie słucham prognozy pogody. Kiedy mówią o nadchodzącym syberyjskim układzie wyżowym - oddycham z ulgą. Wiem, że skończy, lub przynajmniej ograniczy się ta jatka. Do odwilży lub następnego roku.

Tomasz Klimek

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusUbrania strażackieŚwiat DrukuPrzynęty wędkarskiePozycjonowanie stronTygodnik Wędkarski