Buble potrafią zepsuć najpiękniejsze nawet połowy. Pękające blanki, tnące żyłkÍ przelotki... A nieskuteczne wabiki? Nieodporne na wodę antenki spławików? Znamy to wszyscy. I wszycy chcielibyśmy tego uniknąć...
 

  NR 31      24 GRUDNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
BANIUSZKI
     Zima kojarzy się przede wszystkim z wędkarstwem podlodowym. I niesłusznie. Po zimie przyjdzie wszak wiosna... A z nią wysoka woda i niemiłe spinningowej braci na nizinach, ale konieczne przecież i akceptowane, okresy ochronne dla porządnych drapieżników. Pozornie pusty i jałowy sezon. Pozornie, ponieważ w zasięgu rzutu pojawiają się waleczne i niełatwe do złowienia klenie oraz jazie.

      Praktyka moich ostatnich lat wykazała, że najłatwiej je skusić miniaturowym woblerkiem. Niestety, nie jest to przynęta tania, na dodatek musi być prowadzona na cieniutkiej żyłeczce i w miejscach pełnych zaczepów i zawad. Można, oczywiście, pogodzić się z finansową ruiną i metodycznie uzupełniać zapasy w sklepie - ale nie trzeba. Jeszcze trwa zima, jeszcze jest czas, by jaziowy zapas przygotować sobie samemu.
      Samodzielne wykonanie sporego woblera nie jest rzeczą specjalnie trudną. Byle jaki kształt, aby symetryczny, wyważenie pacynką ołowiu dobieraną na oko, wklejenie rozsądnie wyglądającego statecznika... Potem wystarczą klapcążki i lekkie podgięcie przedniego oczka, by nasze "handmade" pływało lepiej od niejednego markowego cuda.
      Z miniaturkami niestety rzecz ma się inaczej. Łatwizna okazuje się ułudą. Początki produkcji własnej usłane są trudnościami, masą złości, przekleństw i rozczarowań. Bo to albo wobler nie wpada w drżenie, rozkołys ma mizerny, albo wykłada się przy nieco większej prędkości i na nic zdaje się cięcie-gięcie statecznika oraz oczka.
      Wielu sprawnych manualnie wędkarzy rezygnuje z samodzielnego wykonania woblerowych miniaturek i pokornie wędruje do sklepów a potem, już nad wodą, starannie unika wszystkich miejsc, w których na pewno siedzą ryby. Bo strach urwać drogie cudo!

ZACZĄĆ OD POCZĄTKU

      Nie należy przy pierwszych próbach swojej domowej produkcji zaczynać od podrabiania najdoskonalszych modeli. Znakomita akcja wielu z nich, zdolność do szybkiego nurkowania i głębokiego schodzenia, jest wszak efektem pracy ogromnej rzeszy ludzi, najszybszych i najbardziej "pamiętliwych" komputerów. Istotne jest wszystko - kształt, materiał korpusu, kąt nachylenia, wielkość, wyprofilowanie statecznika, umieszczenie oczka, a przede wszystkim waga i rozmieszczenie obciążenia. Jeśli nawet uda się komuś opracować dobrze spisujący się model bez komputera i programów symulacyjnych (zdarza się to przecież, czego dowodem są znakomite produkty naszego rzemiosła), bywa to efektem wieloletnich doświadczeń i setek nieudanych prób.
      W domowym warsztacie trzeba zaczynać od modeli najprostszych, takich, które trudno spaskudzić. Najmniej rozczarowań będą mieli ci, którzy spróbują produkować woblery o pękatym, mocno wypornym korpusie. Dobrym kształtem, zapewniającym agresywną pracę i ułatwiającym wyważenie oraz niezbyt wrażliwym na zmiany kąta nachylenia statecznika, jest tzw. kropelka. To dosłowne powielenie korpusu bańkowatego spławika przepływankowego. Równie dobry jest korpus o kształcie wydłużonego jaja - Amerykanie nazywają woblery tego typu "monkeys eggs", małpimi jajami. I jest coś w tej nazwie, akcja bywa dość głupkowata, agresywna, mało zrównoważona... Klenie i jazie jednak włażą na kotwice małpich jaj jak oszalałe, pod warunkiem, że są prawidłowo prowadzone.
      Znakomitym efektem mogą też zakończyć się próby naśladowania gębali - to jest bardzo bezpieczny kształt, o czym świadczą nieliczne egzemplarze z krzywo wklejonym sterem. Niby bubel, a chodzi jak ta lala...
      Początek domowej produkcji to wykonanie kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu pękatych korpusów -baniuszek, najlepiej z jak najwyporniejszego materiału, a więc z balsy, twardego styropianu lub gęstej pianki poliuretanowej i staranne oszlifowania ich kilkoma rodzajami papieru ściernego, powiedzmy od numeru 80 do 320.

WARSZTAT

      Cały warsztat producenta-amatora mieści się w średniej wielkości pudełku śniadaniowym. To komplet noży modelarskich, wygięte klapcążki, korkowa podkładka, pęczek nierdzewnego drutu (do małych woblerów nie musi być zbyt twardy), dwuskładnikowy klej epoksydowy, rozpłaszczony ołów, połowa brzeszczotu do cięcia metali i gwóźdź do formowania oczek.
      Do wykończenia naszych cudaczków potrzebna będzie jeszcze spachlówka - może być modelarska lub zwyczajna, malarska, taka sama, jakiej używa się podczas domowych remontów. Ostatni szlif nadawać można farbami modelarskimi (UWAGA! "żrą się" z większością lakierów i długo należy szukać odpowiedniego!) lub zwyczajnymi plakatówkami, co jest najtańsze, najłatwiejsze i daje duże możliwości... Plakatówkami można namalować na korpusie coś na podobieństwo rybki, żabki, owada, raczka, ale można też stworzyć dzieło w stylu schizofreniczno-impresjonistycznym. O dziwo, wytwory chorej jaźni okazują się częstokroć niezwykle łowne!
      Najlepszymi lakierami do krycia woblerków są dwuskładnikowe mieszanki samoutwardzalne, ale inne spisują się także dobrze, lecz należy kłaść wówczas kilka warstw, co najmniej cztery, pięć... Trzeba dbać o to, by każda z nich dokładnie wyschła. W ogóle produkcja woblerów jest czynnością dość żmudną, długotrwałą, wymagającą cierpliwości. Nie jest trudna, trzeba się jednak trzymać zasady - do kolejnego etapu przechodzi się po perfekcyjnym zakończeniu poprzedniego.

TECHNOLOGIA

      Każdy dopracowuje się swojej. Moja jest taka oto:
  • wycięcie korpusu i zgrubna obróbka nożem modelarskim,
  • szlifowanie coraz drobniejszym papierem ściernym do osiągnięcia idealnie gładkiej powierzchni,
  • wycięcie rowka wzdłużnego i przeszlifowanie go,
  • wygięcie z drutu tzw. kręgosłupa i wklejenie go w rowek,
  • wycięcie, dopasowanie, wklejenie ołowianego obciążenia,
  • przeszlifowanie go i zaszpachlowanie nierówności,
  • malowanie woblera, na ogół plakatówkami,
  • kilkakrotne lakierowanie woblera,
  • wycięcie rowka na ster i wklejenie uprzednio przygotowanego statecznika oraz przelakierowanie połączenia,
  • test w wannie i ostateczne poprawienie pracy woblera przez przygięcie oczka.
      A potem już pora najwyższa, by na takim baniuszku zawisł dorodny kleń lub jazik...

Jacek Jóźwiak

      PS. Na początku musiałem wyrzucać dwa na trzy z moich wytworów, po kilku partiach czekało to połowę Dziś do kosza wędruje jeden na pięć, sześć sztuk. To chyba nieźle, nieprawdaż?
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych