Zbiornik Kijowski na Dnieprze - to tylko dwadzieścia kilometrów od centrum stolicy Ukrainy. Zimą widok godny obiektywu najlepszego fotografika. Z tamy rozpościera się niesamowita panorama na ogromny zalew.
 
  WYDANIE SPECJALNE
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
RUSKA SPECJALNOŚĆ
     Zalew ma ponad 100 km długości i 20 szerokości. Na lodzie gęsto od wędkarzy - w niedzielę tysiące ludzi topi tu swoje przynęty. Głównie mormyszki. Na śniegu okonki, płotki, krąpie, leszcze, zdarza się jaź, kleń...

     Dla niebogatych Ukraińców złowiona ryba stanowi niebagatelne uzupełnienie jadłospisu. Choć, tak jak wszędzie, wędkarskie żony twierdzą, iż pasja męża więcej zabiera niż daje (nie dotyczy to red. nacz, która sama jest sfiksowana - przyp. red).
     Dobra mormyszka kosztuje nawet dolara na wędkarskiej giełdzie. Jeszcze kilka lat temu kraje powstałe po rozpadzie ZSRR zaopatrywały w tę kiełżopodobną przynętę całą Europę. Dziś trafia ona na hobbystyczne targowiska wprost z zakładów rzemieślniczych Polski i Słowacji...
     Mormyszka - tak przynajmniej twierdzą Rosjanie - narodziła się gdzieś za Uralem. W wielkich rzekach i jeziorach Syberii kiełż, maleńki, dorastający do półtora centymetra skorupiaczek przypominający krewetkę, występuje zimą masowo i stanowi podstawę pożywienia wszystkich gatunków ryb. Ktoś to wypatrzył, ktoś skonstruował z cyny czy z ołowiu pierwszą sztuczną przynętę mającą kiełża naśladować. A potem wszystkich ogarnęło szaleństwo - do dzisiejszego dnia za najłowniejsze uważa się mormyszki szczerozłote lub srebrne, jednostronnie pozłacane. Ileż ślubnych obrączek i najdroższych łyżek do cukru zamieniło się w podlodowe przynęty, wiedzą kobiety znad Jenisieju, Obu, Leny...

NIE KAŻDEMU PSU BUREK

     Istnieje co najmniej kilkanaście rodzajów mormyszek. Te ze wschodu generalnie konstruowane są na identycznej zasadzie - kropla cyny z wtopionym w bok przynęty cienkim haczykiem, otwór do przewlekania żyłki w środku ciężkości, tak by przynęta poruszała się w wodzie z hakiem w położeniu poziomym. Kształt najrozmaitszy - od zwyczajnych kulek, przez różne półkoliste albo geometryczne formy, po staranne odlewy w kształcie owadów, ich larw, skorupiaków, stawonogów.
     Do ostatnich lat dla naszych kolegów ze wschodu najbardziej istotne były refleksy świetlne dawane przez mormyszki. Dlatego też w cynę wtapiane były mosiężne, miedziane, niklowane blaszeczki. Z rzadka barwiono je na ciemny, brunatny lub granatowy metalik, czasem na metalizowaną czerwień.

KIEŁŻ A'LA KECZUA

     Dziś docenia się rolę kolorów - właśnie w Polsce nastąpiło pogodzenie tendencji rosyjskich i amerykańskich. Dla Amerykanów kształt mormyszki nie jest istotny, ważna jest barwa. Typowa "mormyszka" znad Wielkich Jezior to zwyczajna cynowa lub ołowiana łezka o pionowo położonym haku, malowana w dziesiątki wzorków. W paski, kropki, półcienie - jak się da, jak się wymyśli.
     Ale mormyszka z Ameryki nie jest tak łowna jak ta rodem z Sybiru. Boczne położenie haka okazało się doskonalsze, znacznie mniej we wschodnim modelu pustych zacięć. Polscy rzemieślnicy od bodaj siedmiu lat produkują mormyszki o ruskim kształcie i amerykańskich kolorach. Używają przy tym haczyków najlepszych firm światowych, wtapiają w korpusy miniaturowe podwójne kotwiczki, które znacznie poprawiają "ciętość" przynęt. Korzystają też z farb najlepszego gatunku - polska mormyszka przypomina emaliowaną biżuterię Majów czy Indian Keczua. Wędkarze ze Wschodu oszaleli na punkcie naszych mormyszek...

NAŚLADUJĄC NATURĘ

     Prowadzenie mormyszki nie jest specjalnie skomplikowane, choć pewnej wprawy wymaga. Mormyszka powinna być unoszona w górę i w dół na dość krótkim, 10-25 centymetrowym odcinku. Przez cały czas musi podskakiwać, drgać, dygotać, trząść się. Podczas unoszenia należy więc bardzo delikatnie potrząsać szczytówką wędziska, tak by kiwaczek lekko i jednostajnie się uginał. Bardzo ważne jest dobranie amplitudy drżeń do aktualnego apetytu ryb. Okazało się bowiem, że jednego dnia okonie czy płocie interesują się szybko drżącą przynętą, innego uderzają wyłącznie w mormyszkę podrygującą raz na sekundę.
     Przynętę opuszcza się na dno, przez chwilę "miesza muł", a później jednostajnym ruchem (cały czas podrygując szczytówką) unosi się o kilkanaście centymetrów. Wprawni mormyszkowcy przerywają co kilka centymetrów podnoszenie szczytówki i wykonują serię drgań na tym samym poziomie. Podobnie czynią podczas opuszczania wędziska - właśnie wówczas następują najczęstsze brania okoni, płoci i krąpi. Natomiast leszcze atakują mormyszkę na ogół w momencie powtórnego położenia jej na dnie łowiska.

NIE SAMĄ MORMYSZKĄ...

     Zasadą techniki kiełżowej jest dozbrajanie przynęty larwami ochotki, najdrobniejszą kalifornijką lub pojedynczym białym robakiem. Niektórzy z powodzeniem stosują larwy kornika, trafiają się także wędkarze makabryczni, którzy na hak zakładają wydłubane oczy złowionych okoni.
     W ostatnich latach stosuje się z powodzeniem tandemik dwóch sztucznych przynęt - na Zachodzie wyprodukowano śliczne, czerwoniutkie sztuczne ochotki z lateksu. Ryby nabierają się na nie nieprzytomnie - ich "powiewanie" ciekawsze jest od oryginału, poza tym są dużo bardziej trwałe, z rzadka przez ryby zdejmowane. Jedna paczuszka wystarczy mało aktywnemu wędkarzowi na całą zimę.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdięcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWszywki i metki odzieżoweForum wędkarskieOpenERPeZPublishOpenSource CMS