Najczęściej łowione są przy okazji. Wyjmuje się je niekiedy z dziur wierconych z myślą o okoniach, które szaleją pod pierwszym lodem. A chyba szkoda... Nie muszą być przypadkową zdobyczą
 
  WYDANIE SPECJALNE
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

JAK MACHAĆ WĘDĄ?

     W tę i nazad - nie ma tu żadnej filozofii. Spuszczamy przynętę na dno, opuszczamy szczytówkę ku dziurze, zamykamy kabłąk kołowrotka, podnosimy przynętę kilka centymetrów nad dno i rozpoczynamy pompowanie. Pół metra w góręi opuszczanie. Sekunda, dwie wyczekania, gdy przynęta wyprostuje żyłkę i znów do góry. I tak przez kilka minut. Potem zmieniamy poziom - a więc kilka nawojów na kołowrotek i od nowa pompowanie.

     Jeżeli korzystamy z twistera, rippera, figa, dobrze jest "zamieszać muł" - przed poderwaniem przynęty do góry wykonujemy kilka - kilkanaście niewielkich poderwań szczytówki, kilkucentymetrowych. Bardzo często właśnie podczas mieszania następuje pobicie. Można serię drobnych ruchów powtórzyć także przy najwyższym położeniu szczytówki. Czasem nawet "mieszanie" zwyczajną oblanką przynosi znakomite efekty.

     Wędkowanie na pierwszym lodzie wymaga wiercenia wielu otworów, wymaga też próbowania wielu przynęt. Jeśli nie pilker, może szybujący woblerek, jeśli nie on, to być może twisterek czy włochaty jig. Nigdy bowiem nie wiadomo, co sprowokuje do ataku zębola. Prowokujmy go więc do sylwestrowej nocy. A potem dajmy mu odpocząć - czeka go wszak okrutnie ciężka praca, przygotowanie do prokreacji.
ZA SANDACZEM I SZCZUPAKIEM
     Świadomy szupaczo - sandaczowych obyczajów wędkarz może nastawić się na wzbogacenie wigilijnego stołu o pokaźną, smaczną i - co najważniejsze - samodzielnie schwytana rybę. A potem - rozstanie. Dla mnie grudzień jest ostatnim miesiącem łowienia szczupaków i sandałów. Ale skoro prawo pozwala...

     Zrozumiałe jest ściganie okonia pod pierwszym lodem. Żeruje on bowiem intensywnie, gromadzi się w duże, rówieśnicze stada. Wystarczy trafić jednego czterdziestaka, by z tej samej dziury ukręcić kolejnego, i jeszcze kolejnego, cztery, pięć.
     Ale przecież i sandacz, przynajmniej ten kilogramowy, lubi towarzystwo. Nie stosuje - tak jak okonie - wilczej taktyki naganiania ofiar, ale gromadzi się w stadka liczące kilka, a nawet kilkanaście osobników. Trudniej go znaleźć niż mniejszego krewniaka, ale zlokalizowany odpłaci z nawiązką pot wylany podczas kręcenia otworów w lodzie.
     Świadome nastawienie się na zębole to przede wszystkim dużo wiercenia i sporo wędrowania po lodowej tafli. Najlepszy rekonesans i poznawanie zimowego łowiska. Dwie, trzy wyprawy i wybrany na mroźne łowy akwen przestaje mieć dla wędkarza jakiekolwiek tajemnice. Znana będzie każda głębia, uskok dna, płycizna, górka, dół. I niemal każda zimowa ostoja ryb. Później - jeśli mróz przytrzyma - trudniej będzie przewiercić grubiejący lód. Ale bogatsi o wczesnozimowy zwiad, wiercić będziemy na pewniaka, w miejscach świadomie wybieranych.
     Paradoksem poszukiwań szczupaków i sandaczy pod pierwszym lodem bywa tzw. przyłów. Często pokaźny - z eskapad po zębole wraca się z reguły z... okoniami. Ruchliwość wędkarza jest na początku zimy gwarancją sukcesu.

GDZIE SZUKAĆ ZĘBOLI?

     Przede wszystkim na pograniczach. Szczupak wraz z pierwszymi chłodami usiłuje znaleźć zimową ostoję, średnio głębokie miejsce o stabilnej wodzie, ciemnym dnie i z resztkami zimnolubnej roślinności. W pierwszych tygodniach zimy drapieżnik korzysta z niezdecydowania drobnicy, która z ociąganiem ciągnie ku ostojom. Instynkt podpowiada małym rybkom, że tylko wypchany brzuch pozwoli przeżyć chłodną porę roku. Do kiedy będzie można, trzeba przebywać w miejscach zasobnych w pokarm. Więc litoral, strefa obumarłej roślinności, wśród której bytują bezkręgowce.
     Zimowiska szczupaków znajdują się z reguły w pobliżu różnego rodzaju płycizn - a więc wi strefach nagłych uskoków dna w okolicach górek podwodnych, przybrzeżnych kantów, gdzie głębokość zbiornika raptownie rośnie. I tam należy go szukać w grudniu.
     Słoneczne dni, podczas ustabilizowanej pogody (temperatura, ciśnienie, oświetlenie stałe przez parę dni) drapieżnik spędza zazwyczaj na aktywnych polowaniach. Zachowuje się nietypowo - nie czatuje w jednym miejscu, a powoli przemieszcza się po płyciźnie. Wszystkie zmysły' wyostrzone ma do maksimum. Słuch, wzrok, unerwienie linii bocznej, węch, smak, a nawet słaby wzrok są wczesną zimą stale w pogotowiu. Łup dla szczupaka jest w tym okresie ważny w dwójnasób - energia, którą czerpał będzie ze swoich ofiar pomoże przetrwać zimę, ale przede wszystkim pozwoli na produkcję komórek rozrodczych. Tuż pod koniec listopada w szczupaczych trzewiach natknąć się można na zalążki ikry i mlecza.
     W dni pogodowych załamań, podczas zmian ciśnienia, wiejących silnie wichrów, zadymek, zamieci szczupak nie wystawia nosa poza ostoję. Nie znaczy to jednak, że znika z zasięgu wędki. Nie przepuści przynęcie podrzuconej mu pod paszczę. Szuka go się głębiej, w miejscach, w których uskok dna zmienia się w tzw. blat, rozległą płaszczyznę.
     Wędkarza interesować będą przede wszystkim osobniki mierzące sobie 45-50 cm. Jest ich najwięcej, są najbardziej aktywne. I można je wyjąć bez rozkuwania standardowych dziur.
     Szczupaka warto więc szukać w miejscach, w których łowiliśmy go w pełni sezonu, wczesną jesienią. Rzecz dotyczy także sandaczy.
     0 ile szczupak - zarówno w dużych rzekach, jak i w jeziorach - jest miłośnikiem zarośniętego dna, o tyle sandacz lubi wolne od roślin dno. Przede wszystkim twarde. A więc kamieniste, gliniaste, pokryte grubym żwirem. Pełne kryjówek kamienne rafy, podwodne przeszkody, wraki, zwalone drzewa. I głębokość większą od szczupakowej strefy. Łatwiej znaleźć go na dużych rzekach, w zbiornikach zaporowych i kanałach o lekkim uciągu, niźli w jeziorach. W tych ostatnich należy powrócić do letnich doświadczeń. Sandacz jest typowym domatorem, nie zmienia miejsca zamieszkania. W jeziorach należy szukać go na głębokości ok. 8-10 m, w dużych rzekach i zalewach w rynnach o bardzo słabym prądzie, w zakolach, u wejść i ujść łach, w spowolnieniach za główkami, ujażdżkami, filarami mostowymi. Czyli - dzięki Bogu - w miejscach, w których lód jest najgrubszy i najbardziej stabilny.
     I tu uwaga - rzeka, nawet wielkimi mrozami skuta, zawsze jest niebezpieczna, lód bywa tu nierówny, spękany. Samotne wyprawy są wykluczone, poruszanie się po lodzie bez finek asekuracyjnych jest błazeństwem - najlżejszy nawet nurt bezlitośnie wciągnie nieostrożnego wędkarza pod lód w przypadku załamania się.

NA CO ŁOWIĆ?

     Wędziska opisałem powyżej. Swoją rolę spełni każde przeznaczone do łowienia błystkami. Zarówno klasyczny ABU Pimpel, sowiecka podróbka, jak i samodziełka ze szczytówki lekkiego spiningu. Jednak najlepszy jest kij, który amortyzować będzie ataki sporej jak na zimowe warunki ryby - a więc dość miękki, długi na siedemdziesiąt centymetrów, z dość gęsto rozstawionymi przelotkami.
     Sprężyste wędzisko i niewielki kołowrotek o stałej szpuli z precyzyjnym hamulcem gwarantują wyciągnięcie spod lodu każdej niemal ryby. To dzięki nim będzie czas na rozkucie pierzchnią zbyt małego otworu w przypadku zahaczenia potwora, dzięki nim hol i lądowanie mogą stać się świadomym działaniem, a nie rozpaczliwym wywlekaniem zdobyczy. Na rynku można wszak znaleźć wiele modeli miniaturowych kołowroteczków snujących - od niedrogiego Vikinga, przez Daiwy Ultra, po kosztowne maszynki Silstara.
     Żyłka cienka, ale nie "mormyszkowa". Koniecznie najwyższej klasy. Wytrawni wędkarze posiadający dobry kij i kołowrotek mogą korzystać z "dwunastek", bardziej nerwowi i mniej zasobni w sprzęt, mogą na kołowrotek nawlec nawet "szesnastkę". Ale jest to absolutnie największy przekrój zimowej żyłki. Grubsza o "jedno oczko zakłóci pracę błystki, pozbawi ją atrakcyjności, łowności. Uczyni każdą wywierconą dziurę pustym łowiskiem.
     A przynęty? No cóż, przyzwyczajenie jest drugą naturą, więc nie wierzę, że po tej monografii znikną z wędkarskich pudełek cynowe i ołowiane oblanki z wtopionymi na stałe hakami. Będą one skuteczne w dni wyjątkowo intensywnego żerowania drapieżników. Ale zawsze, w każdych warunkach, skuteczniejsze są błystki z doczepioną kotwiczką. A więc różnego rodzaju metalowe pilkerki. Całe szczęście nie są one zabójczo drogie i wystarczy posiadać kilka, kilkanaście sztuk, by być przygotowanym na każdą okoliczność.
     Najważniejsza jest praca błystki - wcale nie musi ona przypominać kształtem rybki; na przykład najłowniejszym pilkerkiem w ciągu kilku ostatnich sezonów okazał się dla mnie ukośny plasterek sześciokątnego pręta mosiężnego jednostronnie niklowanego. Opuszczany i podnoszony na przemian, błyskał, skrzył się, wibrował, szalał w toni i znakomicie kusił zarówno okonie, jak i grudniowe zębole.
     Ogromnie łowne okazały się też "szybujące" woblerki podlodowe Rapala. To typowa tzw. przynęta pląsająca, europejskie powielenie amerykańskich wynalazków na bassa. Przynęty pląsające mają na ogół kółeczko do przywiązywania żyłki umieszczone w "grzbieciku" - po opuszczeniu wędziska i rozluźnieniu żyłki szybują do przodu, kręcą się w kółko, wibrując przy tym i kołysząc się nieprzytomnie. Równie łowne okazały się też jigi o płaskich, skrzydełkowatych główkach. Różnego rodzaju pędzle, kosmaczki, włochatki - białe, żółte, pomarańczowe - ukręcone na jigowych hakach są chętnie atakowane przez sandacze i okonie. Sandacze rzucają się też na maleńkie, jasne twistery.
     I w tym przypadku lepsze okazują się płaskie główki do uzbrajania przynęty.
     Maleńkie rippery łykane są też przez szczupaki. Czasem w całości i bardzo głęboko. Jeśli więc celem naszej wyprawy będą właśnie one, konieczne jest stosowanie przyponu z cieniutkiej, kevlarowej plecionki.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdięcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWędkarstwo muchoweWszywki i metki odzieżoweGetSimpleMetki odzieżoweEtykiety samoprzylepne