O rybach można długo, o rybach można dużo i bez końca. Na tej stronie będziemy umieszczali teksty dotyczące rybich obyczajów oraz wędkarskich implikacji wynikających z obserwacji i doświadczeń naszych autorów...!
 

  NR 33      20 STYCZNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
Zdjęcia Andrzeja Trembaczowskiego robione były podczas noworocznej wyprawy na Bystrzycę Lubelską.
PSTRĄG NA ZIMNO
     Ogarnięty salmonellozą człowiek jest jak dziecko. Wie, że styczniowe pstrągi to słabowite chudzielce, ani chytre, ani głodne, ani waleczne. Wie, że satysfakcja z ciągnięcia takiej sznurówki jest bliska zeru. A jednak... jedzie. Siedzenie w domu, w chwili gdy już WOLNO, wydaje mu się taką samą niemożliwością, jak mocno nieletnim obywatelom pozostawienie w spokoju drugiej tabliczki czekolady.

     Łapie więc nieszczęsna ofiara nakrapianego nałogu sprzęt, ciuchy i, drżąc - czy to z zimna, czy jeszcze z sywestrowych oparów - rusza nad wodę. Głowę niesie mimo wszystko wysoko, wodery zdają mu się balowymi lakierkami, mózgownicę wypełnioną ma nieracjonalnymi nadziejami na wielkie kabany. Tęsknica gna go tam, gdzie w lecie spotkał "tego wyśnionego", co to zagryzł woblera, ale, niestety, wypluł. Kto wie, może teraz...?
     Rzeczka wita go zimową ciszą. Nic nie szumi, nie szeleści, pod nogami trzeszczą zmrożone gałęzie. Widoczność pod wodą taka, że polaroidy można schować do kieszeni. Ofiara chwyta sprzęt, posyła przynętę w kabanowe miejsce i... nic. Zmienia miejsce, rzuca - znów nic. Zmienia wabik. Zmienia miejsce... W końcu, zmęczona, schetana, brudna, wraca do domu z nosem na kwintę, złorzecząc w duchu ohydnym kłusolom, którzy podczas zimy wytrzebili wszystkie ryby.
     Ma rację - kłusole na pewno wykorzystali wędkarską nieobecność. Ale ma jej tylko trochę.

SIEDZĄC PRZY KIJU

     Wyprawę na zimowe pstrągi trzeba zaplanować. Najlepiej siedząc w wygodnym fotelu, w sporym pokoju, na podłodze którego zmieszczą się wszystkie nasze skarby, wysławszy całą swoją rodzinę na długi urlop... No nie, przesadziłam. Rodzina zostaje.
     Fotel też. W fotelu bowiem myśli się najwygodniej, a myślenie będzie w tym wypadku podstawą sukcesu.
     Na pierwszy ogień idzie sprzęt. Musi być wyczyszczony na błysk. Nie warto go zmieniać, zima to kiepska pora na pstrągowe eksperymenty. Ryby i tak są niemrawe i mało chętne. Dołożenie do tego nowego, nieznanego kijaszka to gwóźdź do trumny. Trzeba natomiast zmienić linkę. Na jaką, wypowiadać się nie będę, to sprawa zbyt indywidualna i zależna od zbyt wielu czynników. Grunt, by była świeżutka i dobra.
     To nic, że niektórzy mają całkiem dobre linki, nawinięte na szpule pod koniec ubiegłego sezonu. Zmieniamy. To dobrze wpływa na psychikę.
     Przynęty dobieramy również,- zaczynając od tropu psychicznego. Każdy ma swoje ukochane wabie, boskie woblery, cudotwórcze wahadłówki. Te bierzemy bezwzględnie. To, czy pasują do wybranego łowiska, czy nawet do kropkowańców - nie ma żadnego znaczenia. Wędkarze są przecież jak dzieci, bez ulubionych zabawek będą czuli się osamotnieni i niekompletnie wyposażeni. I klęska murowana.
     Wepchnąwszy ukochane skarby do osobnego pudełka można przystąpić do doboru racjonalnego. Co to oznacza? Ano, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność i zmieścić efekty tych przygotowań w czymś o wiele mniejszym niż ciężarówka. A więc kilka woblerów chodzących płytko, kilka schodzących głębiej, kilka ostro, tzw. dołkowców. Kolorystyka też zróżnicowana: od ostrych fluo przez ponurą ciemność do łagodnej natury. Do tego kilka małych wiróweczek, kilka mikrych wahadłówek i , na wszelki wypadek, miniaturowe gumki. Aha, i jeszcze puste, zapasowe pudełko. Nie będziemy się przecież miotać nad zimową wodą, grzebiąc w czterech, pięciu pudłach. I pora nie ku temu, i ciuchy nieporęczne... Takie pudełko będzie jak znalazł, by włożyć weń przynęty, które po oględzinach wody wydadzą się najodpowiedniejsze. Reszta powędruje w odmęty plecaka.
     No właśnie, plecak. Trzeba zapomnieć o ukochanych, spinningowych, wyciągniętych, spranych woroplecaczkach i sięgnąć do zasobów naszych braci - spławikowców. Plecak-krzesło będzie jak znalazł: i wypakować go można dobrem wszelakim, i przycupnąć, gdy nogi wejdą nam w mało szlachetne zakończenie pleców.
     Plecak uzupełniamy termosem z gorącą herbatą (może być góralska) i jedzeniem. Posiadacze dwóch termosów mogą nawet pokusić się o posiłek ciepły, pobierając flaki, bigos czy inny wynalazek garmażeryjny. Nie zapominamy też o kiełbasie: pieczona nad ogniskiem wraca wiarę w życie nawet wtedy, gdy ryby nie biorą.

BAŁWANY W LEMIESZARNI

     Teraz można ruszać. Ba, ale gdzie? Doświadczeni w bojach kropkomaniacy nie mają z tym problemu - jadą tam gdzie zawsze. Ale co ma zrobić osobnik ledwie zarażony, ale już cierpiący? Ano, najlepiej będzie znowu posłużyć się rozumem i - w tym wypadku - zdać się na vox populi. A głos ludu za królową pstrągowych rzek jednogłośnie uznaje Dobrzycę. Mający dużo czasu i żelazną kondycję mogą sobie pozwolić na zbadanie Dobrzycy w całości, od jeziora Malichy Duże aż do Zabrodzia. Mniej zasobni w czas powinni ograniczyć się do odcinka Czapla - Tarnowo, uchodzącego ponoć za najrybniejszy.
     Czaplę rozpoznać nietrudno, liczy bowiem wszystkiego bodaj ze dwie chałupy, okraszone młynem wodnym (nadal czynnym). Poniżej tych chałup znaleźć można kilka miejsc wręcz kapitalnych. Gdyby były puste - przed dalszą wędrówką wędkarskie samopoczucie podreperują ukryte w lesie jeziorka, w których czekają głodne spinningowych przynęt okonie. Rzecz jasna, na mrozie pocieszka odpada, chyba że przewidująco wzięliśmy ze sobą także sprzęt podlodowy...
     Idziemy dalej.
     Poobgryzane przez bobry brzozy i dęby doprowadzą nas do wsi Wiesiółka. Miejsce to szacowne, jego korzenie sięgają bowiem 15 wieku. Tu, w razie niechęci ryb, pocieszyć się można historycznie, zwiedzając starą lemieszarnię. Jak przystało na wieś nadrzeczną, lemieszarnia wykorzystywała wodę do napędzania swoich trzech kół.
     A gdyby brały, to też... lemieszarnia.
     Nacieszywszy się Bałwanami, jak miejscowi zwą owo miejsce, ruszamy w kierunku Tarnowa. To trasa dla odważnych: zwolennicy chodzenia po płaskim powinni raczej pokonać ją samochodem. Od jeziorka Okoninko Tarnowskie płynie bowiem Dobrzyca bardzo monotonnie: wąwóz, górka, wąwóz, górka...
      A w Tarnowie - pocieszka totalna. Jeśli ryby nie brały przez cały czas, tu na pewno wezmą... za drobną opłatą. W miejscowości bowiem znajdują się aż dwie hodowle pstrągów. Pierwsza z nich właśnie zmienia właściciela, czemu z otwartym sercem kibicuje większość miejscowych (i nie tylko) wędkarzy. Druga to nic innego jak słynne łowisko u Pirtoniowej, gdzie w czasie letniego Pstrągowego Mityngu leczyliśmy zranioną ambicję. A jest się czym na łowisku leczyć: tęczaki spore i wypasione, czasem trafi się źródlak, na miejscu piwo (także z lodówki), ryby wędzone, grill dla gości. W wodzie żyją ponoć zwierzęta tak egzotyczne jak jesiotry... Niestety, do wędkarzy nastawione są niechętnie, ale w ramach pocieszania można strzelić sobie wędzonego.
     Zanim jednak poddamy się i pójdziemy leczyć honor na łowisku specjalnym, żegnamy się z Dobrzycą. Warto. W rzece mieszka niejeden uciekinier z hodowli... Trzeba jednak pamiętać, iż łowienie w bezpośredniej bliskości pstrągarni jest zakazane.
      Ci, którzy nie mają jeszcze dość, mogą po kuracji w Tarnowie powędrować dalej, do Zabrodzia. Tu Dobrzyca wpada do Piławy. Jeśli mamy fart, z okolic starego mostu kolejowego wyjmiemy niezłego potokowca...
     Jeszcze most drogowy na Dobrzycy i... koniec wycieczki. Dalej nie ma sensu iść. Im bliżej ujścia Piławy we wsi Dobrzyca, tym nurt wolniejszy, dno bardziej muliste, a pstrągów mniej i mniej...

ZIMOWE MYŚLENIE

     Lądowanie nad właściwą wodą to dopiero połowa sukcesu. Trzeba jeszcze złowić pstrąga. A zimowy pstrąg to przeciwieństwo letniego. Jest wychudzony, zmęczony tarłem. Nie chce mu się jeść. Nie chce mu się walczyć. Ba, nawet pływać mu się nie chce... Żeby go dorwać, trzeba postępować po zimowemu, czyli na odwyrtkę. Szukać pstrąga tam, gdzie w lecie na pewno by go nie było.
     Nasze będą wszelkie miejsca o równym uciągu, prostki,, żwirowe wypłycenia, a nawet muliste zatoczki na pograniczu prądu i spokojnej wody. Nasze rynny po zewnętrznych łukach. A gdyby pstrągów tam nie było - cóż. Trzeba wtedy sięgnąć bezpośrednio w spokojną, nieruchomą nieraz zatokę... I, rzecz jasna, nieśmiertelne dołki.
     Idąc dalej tym tropem, przynętę posyłamy z prądem i ściągamy pod prąd. Nieśpiesznie, powoli, zatrzymując raz po raz. Wymęczony miłosnymi igraszkami pstrąg musi "pomyśleć". Zmobilizować się. Gdy uparcie będziemy przeciągać wabik tuż pod jego nosem, majtając nim od czasu do czasu, w końcu zagryzie... O ile się nie spłoszy. Zmęczenie bowiem zmęczeniem, a rybce charakter na zimę się nie zmienia, choć nawyki tak. Dlatego sensowniej będzie, gdy wabik nadpłynie z daleka, nawet z kilkunastu metrów wprost pod kropkowaną paszczę. No, i nie należy pokazywać się rybce w całej krasie. Brzegi o tej porze są łyse, a widoczność w wodzie porażająca. Dlatego z miejsca na miejsce przenosimy się daleko od brzegu, podchodząc doń dopiero w upatrzonych miejscach.
     No właśnie. Tu przyda się puste pudełko, które zminimalizuje liczbę naszych nadwodnych ruchów przynajmniej o rozpaczliwe grzebanie w plecaku.
     Sezam napełniamy zlądowawszy nad wodę. Rzut oka wystarczy, by stwierdzić jej stan: wysoka, niska, przeźroczysta, mętna. Na głęboką wkładamy wabiki ostro schodzące, na niską - pracujące płyciej. Mętna - co zdarza się niezmiernie rzadko - skłania do skorzystania z wściekłych kolorów, przejrzysta potrzebuje barw naturalnych. I tak dalej, i tak dalej.
    To nie wszystko. Dobór przynęty zależy też od charakteru łowiska. Do "pracy" na łukach i prostkach najlepsze powinny być małe woblery, takie około 3,5 cm. Wypłycenia - to królestwo wirówek. Też nie za wielkich, dodajmy: comety i aglie o numerach 0 i 1będą akurat. Podmyte skarpy... Tu ciekawostka. Sposób na podmyte skarpy wyczytałam w miejscowej prasie. Penetrujemy je otóż... 3-centymetrowymi twisterami. Rzucamy twistera na skraj cypla, ruchem wędziska zsuwamy go do wody i pozwalamy prądowi wtłoczyć go pod podmycie.
     I tak można oddawać się zimnej salmonellozie aż do pierwszych roztopów. Potem, gdy mróz puści i zrobi się wiosenna chlapa, w rzece znajdzie się mnóstwo naturalnego jedzenia. Pstrągi podpasą się, nabiorą sił i wrócą na swoje naturalne stanowiska. A za nimi - my.

Gośka Jurczyszyn

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych