Życie wędkarza - jak i życie innych maniaków - obfituje w blaski i cienie, zrozumiałe tylko dla innych "braci w szajbie". Wiele rzeczy cieszy, wiele boli, wiele bulwersuje... Dzielić się warto i takimi, i takimi.
 
  NR 33      20 STYCZNIA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
EKONOMIA SOCJALISTYCZNA
     Do utrzymania równowagi biologicznej w akwenach nie jest potrzebna żadna wiedza przyrodnicza - wystarczy posługiwać się ekonomią. Ekonomią nowoczesną, rozsądną, rozumującą perspektywicznie. Wystarczy myśleć jak rasowy handlowiec.

     Żeby mieć dochód, trzeba mieć co sprzedawać. Najlepiej, jeżeli towar jest wysokiej jakości. Muszą więc w wodzie mieszkać ryby, duże ryby. Ich złowienie nie powinno nastręczać zbyt wielkich trudności. Należy więc zarybiać, zarybiać i jeszcze raz zarybiać. Nie po to, by ładnie wyglądały monitoringi, czy wyniki odłowów kontrolnych, a po to, by klienci odpoczywający nad wodą mieli podczas łowienia kontakt z rybą, by

opłacało im się płacić

za prawo do wędkowania, czasami niemało.
     Wędkarstwo - jak większość ludzkich namiętności - znakomicie się czuje w kapitalizmie. To prawdziwy przemysł, jeden z konarów gałęzi gospodarki, jaką jest turystyka. Poza tym wędkarstwo - wbrew wszystkiemu, co mówi się u nas o zachodnim modelu - wpisane jest w demokrację i prawa obywatelskie. Fakt, że za łowienie trzeba płacić, bynajmniej nie zniechęca ludzi do uprawiania tej pasji. Różnicuje tylko dostępność do łowisk.
     Sprawa nie ma nic wspólnego z ideologią, czy raczej z pomieszaniem ideologii - kapitalizmu z socjalizmem, jak ma to miejsce u nas. Różnica w cenach nie jest wynikiem sufitowych wyliczeń i lewitacji ekonomicznych. Płaci się za towar i za usługi. Towarem dla wędkarza są ryby, usługami na przykład możliwości łowienia ich określonymi metodami.

Przepisy ograniczające

stosowanie jakichś technik mogą, dla kapitalistycznego wędkarza klienta, oznaczać dwie zupełnie różne sprawy. Po pierwsze mogą budzić podejrzenie, że ryb na danym terenie jest niewiele, że gospodarka jest nieprawidłowa albo coś zupełnie odwrotnego - że łowisko jest tak fantastyczne, że popyt na łowienie jest tak ogromny, iż właściciel, dzierżawca, gospodarz musiał wprowadzić ograniczenia. Prawda o rzeczywistym stanie łowiska wychodzi na jaw w wędkarskich - nie tylko zresztą - gazetach oraz famie, jaka po wędkarskim światku się niesie.
     Rozmawiałem kiedyś z kilkoma redaktorami pism wędkarskich. Podnosiłem problem etyki - jakże u nas nabrzmiały i bolesny, wie każdy, kto bywa nad wodą. Mogłem w tej materii dogadać się wyłącznie z kolegą z Litwy i z Ukrainy. Gadaliśmy tym samym językiem. Posiadaliśmy w mózgu ten sam wrzód - przyzwyczajenia z poprzedniej epoki. Znaleźliśmy nawet określenie na tę chorobę - nakazowo-rozdzielcze przywiązanie do ideałów i idei...
     Etyka? - Wzruszył ramionami Niemiec. Kłusownictwo w szeregach organizacji wędkarskiej? - Zdziwił się Norweg. Tam o etyce się nie gada na plenach i prezydiach, tam na spotkaniach władz wywala się z towarzystwa delikwenta, który złamał przepisy. Bez względu na to, czy pogwałcił je na łowisku własnym czy na cudzym.
     Etyka nie jest pojęciem abstrakcyjnym, nie dyskutuje się ogólnie na temat zasady "no kill", połowu na żywca, czy używania robala na wodach pstrągowych. Cała etyka wędkarska zawiera się w jednym przykazaniu - trzeba

łowić zgodnie z przepisami,

jakie obowiązują na konkretnym łowisku. Cała reszta jest już prywatną sprawą wędkarza. Intymną, subiektywną. To osobiste przekonania, od których innym ludziom wara, a stowarzyszeniom tym bardziej.
     Przepis mówiący o tym, że na dwudziestokilometrowym odcinku rzeki może dziennie łowić trzech wędkarzy, nikogo nie dziwi. Widać tylko takie ograniczenie powoduje, że za prawo do łowienia na tym łowisku płaci się równowartość 120 dolarów, a na termin czeka przez kilka miesięcy. Nadzieja na spotkanie z ogromnym łososiem porównywalna jest z myśliwską szansą upolowania jelenia z porożem rozkrzewionym niesamowicie.
      Niemal darmowe łowienie dorszy w fiordach też daje nadzieję na rekord, a nawet prawdopodobieństwo złowienia halibuta wielkiego niczym małolitrażowy samochód, ale nie daje się porównać z emocjami, jakie niesie łososiowa szansa na słynnym na całą Europę łowisku.
     Piszę pozornie

o rzeczach oczywistych

i akceptowanych nawet przez zwolenników powszechnego dostępu do każdej wody. Nawet najzagorzalsi socjałowie wędkarscy godzą się na łowiska specjalne - ale nie o specjalne strefy chodzi w akceptacji zmian, jakie zajść w końcu muszą. Specjalne strefy ekonomiczne dobre są w Chinach, a nie w kraju z europejskimi aspiracjami.
     - Kłusownictwo? - Wzruszył ramionami niemiecki publicysta i dodał - Jak straż złapie kłusownika, to zapłaci taki sztraf, że nie będzie go stać na łowienie przez kilka miesięcy, poza tym wyrzucą go z towarzystwa.
     A w Polsce?
     W Polsce straż w większości okręgów może kłusownikowi zagrać co najwyżej na drumli, a monopolistyczna organizacja pozwala na to, by naruszający przepisy faceci mogli nawet do głównego prezesa mówić "panie kolegoÓ...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWędkarstwoDrzewo rodzinneForum wędkarskieUbrania strażackieWdrożenia OpenERP