Buble potrafią zepsuć najpiękniejsze nawet połowy. Pękające blanki, tnące żyłkÍ przelotki... A nieskuteczne wabiki? Nieodporne na wodę antenki spławików? Znamy to wszyscy. I wszycy chcielibyśmy tego uniknąć...
 

  NR 33      20 STYCZNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
PUDEŁKO CZTERECH PÓR ROKU
     Kilka lat temu wybrałem się nad Wel na małe wiosenne pstrągowanie. W dwustronnie zamykanym pudełeczku miałem większość moich skarbów. Nie byłem jeszcze owładnięty manią kolekcjonerską, nie wydawałem wszystkich finansowych nadwyżek na przynętowe cacka. Zresztą i rynek - mimo pozornej obfitości - nie służył jeszcze tak niewyczerpaną ofertą jak dzisiaj.

     Rebelki kupowało się na giełdzie. Pochodziły one wówczas z tzw. importu walizkowego. Pokazywały się także inne maleńkie przynęty amerykańskie, była już obfitość Rapalek, wynaleźć można było cykady, pojawiły się pierwsze woblery Veselinowićia.
     Takimi właśnie skarbami po brzegi wypełnione było moje pudełeczko. Na dobrą sprawę, warte było ono tyle, co mój kij z połową kołowrotka, a już wówczas korzystałem z zupełnie przyzwoitego sprzętu.
     Łowiłem poniżej Lidzbarka, w lesie, gdzie rzeka kręci, pełna jest bystrzyn, zwałowisk i wczesną wiosną gna jak oszalała. Nie jest łatwo utrzymać się na nogach, jeśli wejdzie się po skraj woderów. Dzień był słoneczny, rozleniwił mnie, ruchy moje stały się powolne. Przestało mi się śpieszyć, tym bardziej, że połowiłem. Pstrągi niespecjalnie duże, takie po trzydzieści pięć centymetrów, doczekiwały się amnestii. Niech rosną i cieszą wędkarzy.
     Za każdym zakrętem wychodziły do czegoś innego. Można im było kilkanaście razy koło pyska przeciągnąć obrotówkę, w którą uderzył sąsiad kilkadziesiąt metrów wyżej i nawet się nie ruszyły. Dopiero po zmianie przynęty - na przykład na rebelowską krewetkę, wychodziły natychmiast.
     Pudełko więc często wyjmowane było z przyciasnej nieco kieszeni kamizelki. Dobre pudełko, dwustronnie otwierane, pakowne, ze sznureczkiem przywiązanym do specjalnego oczka. Tyle że sznureczek ten nie był zasupłany na uszku przyszytym do kamizelki. Zapomniałem, nie chciało mi się - nie wiem, nie pamiętam. I oto pudełko podczas zmiany woblera wypadło mi z dłoni. Spłynęło błyskawicznie. Stałem niemal na środku Welu i patrzyłem, jak ucieka za zwałowisko z popróchniałych olch. Spokojnie podreptałem w stronę brzegu. Nie wpadłem nawet w panikę. Wydawało mi się, że dogonię moje skarby z łatwością.
     Szukałem pudełka przez kilka godzin, do wieczora. Nie znalazłem. Popłynęło w dół albo zaczepiło w jakimś zasłoniętym miejscu. Strata niepowetowana, tym bardziej że zamierzałem nad Welem pozostać przez kilka dni. Pozostałem, ale łowiłem na wirówki kupione na gwałt w miejscowym sklepiku. A pstrągi - jak na złość - nie chciały bić w tutejsze wzory....
     Koniec wstępu - dygresji. Rzecz bowiem nie o moim pudełku ma być, ale o tym, co do niego wkładam.

Zima w kropki

     Woblery z Czarnego... Rarytas na rynku, docierają do nielicznych sklepów, częściej obecne w prywatnej wymianie. Przynęty, które od lat cieszą się uznaniem wśród trociowej i pstrągowej braci. Szczyt wędkarskiego rękodzieła. Starannie i z ogromnym wyczuciem projektowane kształty, doskonała obróbka oraz wykończenie. Absolutnie ręczne wykonanie, indywidualne wyważenie każdego egzemplarza i przygięcie oczka... Poezja!
     Podstawą woblerów z Czarnego jest przetykana metaliczną nicią tkanina, złocista bądź srebrzysta. Grzbiety pociągnięte warstwą farby - czarnej, grafitowej, granatowej oraz czerwonej i zielonej fluo. Pojawiają się też "killerki" z pomalowanym na czerwono przo dem. Utwardzone wieloma warstwami bezbarwnego lakieru. Dość gruby, starannie wyprofilowany statecznik.
     Produkowane w dwóch podstawowych wielkościach, czy raczej rodzajach: pstrągowe (od 3 do 5 cm) oraz trociowe (od 7 do 10 cm). Stateczniki, wklejone najczęściej pod ostrym kątem, zapewniają szybkie i głębokie nurkowanie. Wyjątkiem są niektóre modele pstrągowe przeznaczone na płytkie łowiska.
     Akcja mniejszych dość agresywna, na ogół drobna, doskonale wyczuwalna na wędzisku. Niezłe zachowanie podczas prowadzenia przynęty z prądem, świetne podczas rzutów w poprzek nurtu i ciągania pod prąd.
     Woblery duże różnią się akcją - zdarzają się arcyagresywne, ale spokojne, płynne, niemal "wijące się" nie należą do rzadkości. Na uwagę zasługują wzory z podwójnym oczkiem - "w dziubku" i na stateczniku. Mają wyraźnie różną akcję i osiągi głębokościowe, w zależności od tego, do którego z oczek przypina się agrafkę.
     Przez nielicznych spinningistów sprawdzone na wodach nizinnych. Tonące trociówki o owej "wijącej się" akcji kuszą jeziorowe szczupaki oraz duże sandacze. Pstrągulki zagryzane bywają przez okonie na starorzeczach i jeziorowych płyciznach, na rzekach natomiast stanowią morderczą broń na klenie i jazie.

Wiosna z jugolką

     Texy pokazały się na rynku kilka lat temu. Po niezbyt udanych (problemy z wyważeniem) "dziobakach", puławska firma przygotowała miłą niespodziankę dla spinningistów. Pięciocentymetrowe woblery "Bosman" bardzo udatnie naśladują akcją popularne jugolki. Interesujące rozwiązanie konstrukcyjne - rolę steru głęboko ści, "krę gosłupa" noś nego oraz obciążenia wyważającego przejęła kształtka wyprofilowana z nierdzewnej blachy. Wklejana jest ona w zgrabny korpus z wypornego tworzywa. Producent pozostawił otwartym rowek, w który można włożyć kawałek ołowianej taśmy i zmienić wersję pływającą przynęty w wobler tonący.
     Pływające bosmanki schodzą dość głęboko, mają agresywną, choć drobną akcję, podczas prowadzenia ustawiają się dziobem do dołu, co zmniejsza niebezpieczeństwo zaczepów. Nieźle - choć nie rewelacyjnie - pracują podczas ciągania z prądem, natomiast świetnie przy rzutach poprzecznych oraz podczas prowadzenia pod prąd. Nawet w najsilniejszym nurcie nie mają tendencji do wykładania się. Modele tonące gubią nieco akcji, ale wciąż pracują zupełnie przyzwoicie. Można za to rzucić nimi bardzo daleko i prowadzić blisko dna.
     Bosmany powinny sprawdzać się podczas polowań na klenie i duże jazie, aczkolwiek chyba tylko podczas intensywnego apetytu tych ryb. Nieprzezroczysta blaszka steru może bowiem znacznie powiększać optycznie tę przynętę. Lecz co dla jednych ryb może być defektem, dla innych staje się korzyścią - texiki dzięki tej "optycznej wielkości", gwałtownemu nurkowaniu, dobrej pracy "z zatrzymania w nurcie" powinny wabić sandacze oraz brzany.

Letnie sumowanie

     Choć spinningiści wciąż idą z osiągnięciami, z postępem i gotowi są łowić ryby nawet na kosmetyki Max Factora, to zwolennicy poczciwych wahadłówek wciąż bywają niepokonani, jeśli chodzi o łowienie sumów. Nie wynika to z generalnej wyższości tej przynęty nad nowocześniejszymi wabikami, lecz z tego, jakie strefy wody wahadłówka odwiedza. Penetruje ona najczęściej przydenną strefę, w nurcie wychodząc w pół wody. To strefa dziennych ostoi sumowych oraz ich krótkich wypadów żerowych.
     Spinningiści w większości ograniczają się do łowienia w dzień. Miejsca, gdzie licznie występują sumy, bywają znane dość szeroko. Zdarzają się stanowiska, gdzie przez całe dnie lecą na wodę wahadłówki - i niemal codziennie ktoś ma kontakt z dorodną rybą. Interesujący jest fakt, że w takich łowiskach brania kończą się wraz za chodem słońca. O dziwo, sumy bynajmniej nie opuszczają tych okolic. Widać to po ich spławach oraz cmokaniu rozbijającym stada drobiazgu. Złości to dziennych sumiarzy - specjalistów od jednej techniki połowu, jednej pory doby i jednej przynęty, ale nie umieją na to nic poradzić...
     Kilka razy widziałem pod Sandomierzem, jak na takie łowisko - opuszczone już przez blacharzy - wchodził jegomość posługujący się przemalowanymi na biało shakespearowkimi woblerami Big S. Malowanie nie było jedynym udziwnieniem tych ogólnie znanych przynęt - miały one jeszcze mocno spiłowane stery, tak aby nie były w stanie zanurzyć się głębiej niż na kilkanaście centymetrów.
     Każde ściąganie woblera znaczyło się na wygładzonej przez wieczór powierzchni rzeki dyskretnym odkosem. I oto jegomość niemal za każdym razem miał jedno, niekiedy nawet kilka, sumowych uderzeń. Przy mnie wyjął cztery sumy w ciągu trzech wieczorów. Widziałem to z dość daleka - kiedy podszedłem bliżej, facet natychmiast odpiął woblera i zapiął na agrafce gnoma. Pewnie myślał, że przyjdę tu na następny dzień i będę wahadłówką młócił pełną sumów wodę. Rzecz jasna - bez skutku...

Jesienne wirowanie

     Nikt nie wie, czy lusoxa rzeczywiście wymyślili Francuzi od Meppsa, w każdym razie to chyba im należy przyznać palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o rozpropagowanie tej przynęty w Europie. W Stanach Zjednoczonych jednakże przynęty z obciążeniem z przodu i niewiele ważącym korpusem błystki obrotowej z tyłu, są popularne od dziesiątków lat. Pozwalają one łowić bezzaczepowo w płytkich łowiskach, zaś modele mocno obciążone dają się prowadzić głęboko nad dnem pełnym zawad.
     Wielu pstrągarzy używa też ich w niewielkich rzekach z głębokimi dołami. Przynętę tę, dzięki możliwości stosowania sporego obciążenia, daje się błyskawicznie sprowadzić w sąsiedztwo dna, co bywa niezwykle istotne w niedużych jamach.
     Mistrzami w łowieniu na przynęty podobne do lusoxa - i tu zaskoczę chyba wszystkich - są spinningiści ukraińscy łowiący w Zbiorniku Kijowskim na Dnieprze. Jest to akwen niewyobrażalnie ogromny - jak wiele rzeczy z tamtej strony Bugu - z głębiami kilkunasto i kilkudziesięciometrowymi. Dużo tam okonia, ale sięgnąć po garbusy nie jest łatwo. Dopóki na Wschód nie trafiły gumowe przynęty, z powodzeniem stosowano tu podobne do lusoxa obrotówki, choć zapewne mało kto zdawał sobie sprawę z istnienia firmy Mepps.
     Na wędkarskich bazarkach od lat można zaopatrzyć się w niewiarygodną ilość wzorów. Interesujące są kształty obciążników - znajdujemy tutaj łyżwy, żelazka, kopytka, raciczki, młoteczki, piłeczki rugby i wiele, wiele innych. Ukraińcy ze zdumienie spoglądają na wzory główek jigowych - słyszałem, jak żartowali na kijowskim targu i dziwili się, że i w Ameryce myślą tak samo jak u nich.
     Interesujący jest też nasz rodzimy wkład do lusoxologii - otóż warszawska firma "Sum" także produkowała podobne przynęty... już w latach sześćdziesiątych!

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych