Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata, a i pozwoli się podzielić myślami. A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 34      31 STYCZNIA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
ŚLUBNE MORMYSZKI
     Wołodymyr Uchynia szedł po lodzie. Nikt jeszcze nie wjeżdżał na stojący od kilku dni Zbiornik Kijowski. Za tydzień, po prawosławnym Bożym Narodzeniu wjedzie tu choćby i kamazem, ale dzisiaj pokrywa nie osiągnęła jeszcze dziesięciu centymetrów.

     Szedłem za Wołodymyrem nie pierwszy raz. Zauroczyła mnie Ukraina i Dniepr. I ryby tutejsze. Bywałem latem, bywałem wiosną, bywałem i na lodzie. Wołodia bywał w Polsce. Ot, bywaliśmy...
W "kwestii rzeki i ryb" miał Uchynia stanowisko imperialne. Polskie sumy, polskie rzeki - eto usio małyszki, zwykł mawiać. Słuchałem pokornie. I szedłem za nim po tym lodzie.
     Zbiorniki zaporowe na Dnieprze uczą pokory. Szczególnie wówczas, kiedy można po nich iść. Zalew Zegrzyński przespaceruje w jeden dzień od tamy w Dębem po Cupel, przy którym Bug i Narew mieszają swoje wody. Kijowskiego nie przebiegnie i w trzy dni.

Jest jak te Dzikie Pola,

bez kresu, bez horyzontu, szczególnie po pierwszych śnieżycach. Biały świat, biała nierzeczywistość, biała Ukraina. Ech! Kusiło, żeby krzyknąć, żeby dumku zapiewat'... Bo głos ludzki szedł w ten biały świat za rysą, co zaczęła pod naszymi nogami, przeraziła trzaskiem i pobiegła hen za porohy.
     - To nic - uspokajał Uchynia - wiatru nie ma, więc Zalew spokojny. Ale na początku zimy, gdy lód cienki jeszcze i wicher od stepu niski przyjdzie, to lód się kołysze. Heej! Porzygać się można...
     Uchynia był kiedyś komunistą, potem wyrzucili go z partii i zakazali pisać. Ale to był już koniec Imperium, więc dostał pracę we francuskiej radiówce i słał korespondencje do Paryża. Z gwiazdy przesiadł się na tryzub - jak mawia ze złośliwą autoironią. Komunista, demokrata, nacjonalista czasami... Ale wędkarz zawsze. I Kozak. Kiedy gościł w Polsce w 92., przeżywał właśnie swoją kozaczczyznę i zapuszczał osełdec. W 95., kiedy widziałem zimową Ukrainę po raz ostatni, ostrzyżony był jak yuppie, bo wśród inteligencji tutejszej nastała moda na liberalizm...
     Szliśmy po tym lodzie, a Uchynia burczał sam do siebie, że polityka wlazła mu z butami i w jego wędkarstwo. Zawsze podkreślał, że Kozacy, choć nacja to przewrażliwiona na swoim punkcie przed obcymi, przed swoimi śmiać się potrafią ze swoich przywar do rozpuku. Zanim horyłka smutek stepowy przyniesie i dumki śpiewać każe...
     No więc teraz, kiedy łysa pała z kozackim warkoczykiem zmieniła się w liberalnego jeża, ma Uchynia lodowe saneczki firmy Riva, prawdziwego pimpela do podlodowych błystek i wędeczkę do mormyszek na baterie. Gdy nosił osełdec - widziałem to na własne oczy - ciągnął za sobą wyplatany kosz z sosnowych korzeni, wędki miał z jałowca, żyłkę nawijał na "kolczaki" wycięte z burzanu... Za Sojuza korzystał z bogactwa, jakie radzieckiemu wędkarzowi dawał przemysł i tradycja.
     - Job jego mat', raz rodyła maty - śmieje się do swojego konformizmu. A w chwilę potem już ryczy ze śmiechu, nieledwie się potacza. Zdał sobie sprawę z tego, jakim językiem się ze mną porozumiewa. Cały jest mieszanką, konglomeratem wykluczeń, rosyjsko-zaporoską hybrydą intelektualną. Bez pomieszania mówi tylko po francusku. Dostrzega to teraz, na bezkresnej przestrzeni Zbiornika Kijowskiego. I natychmiast zarządza posiedzenie. Więc siadam posłusznie na wędkarskich saneczkach. Już wiem, że kiedy Kozak się zaduma, zsiada z konia i przysiada, gdzie się da. I albo śpiewa - gdy nie ma się komu wygadać, albo mówi - kiedy ma do kogo.
     - Francuski wyuczony, a ten paskudny żargon, którym się z tobą porozumiewam, to mój język przeżyty. Dobrze mi z Tobą, Lachu, bo nie muszę myśleć, czy po ukraińsku, czy po rosyjsku gadam...
     Uchynia zły jest na siebie, wstaje z siedziska, wymachuje rękami, opada ciężko, a spod tych jego wątpliwości wybiega z trzaskiem kolejne pęknięcie i ucieka grzmotem w Zalew.
     - Znajdź wspólny mianownik, to uspokaja - mruczę do niego. Książki Canettiego to nasz wspólny mianownik. Kiedy tu był jeszcze Związek Sowiecki, on się uczył polskiego i przyjeżdżał po te książki do Warszawy. Więc wie, że rzucam tekstem z Canettiego, mistrza aforyzmu.

Jedność z haczykiem...

          Do tego wniosku dojdzie Uchynia po dwóch kwadransach posiadu. Kimkolwiek by był, czy nie był, kogokolwiek by udawał, czy nie udawał, jakąkolwiek wędkę trzymał by w dłoni, ma Wołodymyr coś, co zawsze jest takie same i prawdziwe. To pudełko korkiem wyściełane i kolekcja podlodowych przynęt. Siedzimy na środku Zbiornika Kijowskiego i obracamy w palcach to nasze wędkarskie sedno, które powala się pogodzić z popieprzoną rzeczywistością.
     Kropla cyny na miedzianej blaszeczce, wypolerowanej do połysku. I cienki, wyczynowy hak, który przywiózł kiedyś z jakiejś służbowej delegacji do Skandynawii. Kropla cyny na blaszeczce mosiężnej, na blaszeczce srebrnej. Ten mosiądz, śmieje się Uchynia do własnych wspomnień, uzyskiwało się przez sklepywanie na kowadełku przykrętek do medali i odznaczeń. Żadna inna blaszka nie trzymała normy tak, jak wytwór państwowej mennicy. Za garść tych przykrętek płaciło się na wędkarskiej giełdzie majątek. Więc pracownicy mennicy wynosili te garście za bramę. I bohaterowie wojenni i gieroje socjalistycznego trudu odkręcali blaszki od swoich medali i handlowali nimi na giełdzie. Bo order mogła przytrzymać przedziurawiona i nagwintowana kopiejka, a błysku rozklepanej przykrętki nic nie zastąpiło. Nie wierzę?
     Więc Uchynia tu, na środku Zalewu, w miejscu, w którym nigdy nie łowił, wykręca dziurę, uzbraja elektryczną wędeczkę i każe mi podziwiać ten błysk, to skrzenie. Nie byłby wędkarzem, gdyby po prezentacji nie pozwolił mormyszce opaść na dno, gdyby nie dodał ochotki na grot haka...
     Jesteśmy na jakiejś płyciźnie, którą usypał na środku akwenu wezbrany Dniepr, ot, dwa metry z kawałkiem. I blaszka z odwrotnej strony medalu znów się okazuje skuteczna. Okoń ma z trzydzieści centymetrów. Ale ryba nie jest ważna. Leży koło przerębla i zamarza. Istotny jest spokój i równowaga odnaleziona w wędkarskim pudełku. Kolejna mormyszka, zawczasu uzbrojona ochotką, wędruje do dziury.
     Blaszkę ma srebrną. Srebro pochodzi z łyżki z jakiegoś rodowego serwisu. Za Sowietów handel metalami szlachetnymi był surowo zakazany. Handlowała nimi mafia i... wędkarze na kijowskiej giełdzie. Dobra łyżka, czy trzonek od noża kosztowały i ćwierć pensji. Był nawet emeryt, który na miejscu sprawdzał próbę. I srebra, i złota...
     Usiedliśmy widocznie nad twardym dnem, po którym grasowały okonie. Każda prezentacja kończy się rybą zamarzającą na lodzie. I mormyszka z blaszką z pierwszej puszki po piwie, jaką Uchynia kupił w "Bieriozce", sowieckim "Pewexie" za franki, które pozostały mu z jakiegoś wyjazdu, i błysteczka, którą wyklepał pracowicie z ułamanej rączki babcinego samowara, i ta, którą w przypływie politycznego buntu wyciął brzeszczotem z Włodzimierza Iljicza, partyjnego znaczka przypinanego do klapy w dni świąt państwowych...
     Kolejne mormyszki wędrują do dziury i przynoszą kolejne okonie.

Równe jak socjalizm

i jak on ani duże, ani małe. Uchynia w swoim pudełku nie ma ani jednej przynęty ze sklepu. Na cudaki przywożone z Zachodu kupił mitchellowski box, dwustronny, z przezroczystymi przegródkami. Fabryczne mormyszki nosi, bo lubi je mieć przy sobie, ale praktycznie na nie nie łowi.
     - Hospody - Wołodymyr przytomnieje po dwóch godzinach i patrzy na mnie z troską gospodarza, który zachował się jak cham. - Ty dziury nawet nie wykręcił...
     Gdy mówię, że nie muszę, że chcę słuchać i patrzeć, że rozumiem, że wędkarstwo to także okazja do takich posiedzeń, oddycha z ulgą, wzrusza się i z zakamarków pudełka wyjmuje urocze cudeńko.
      - Dla Ciebie - mruczy, a ja po wewnętrznym oporze, jaki słyszę w jego głosie, wiem, że prezent to nie lada. Wiem też, że muszę go przyjąć, i że wieczorem w dużym mieszkaniu Uchynii spijemy się nad tą mormyszką jak czerń kozacka.
     - Załóż, załóż proszę, byle nie na elektryczną - namawia. Zakładam. Nadziewam trzy ochotki. Mormyszka jest piękna, kropla cyny rzucona na czerwone złoto...
Nie tylko kiwak ukłonił się przeręblowi, w dół poszła szczytówka i cała ręka. Potworny ciężar na haku, dwa trzy szarpnięcia i po żyłce.
     - Widzisz, widzisz - Wołodymyr aż spąsowiał - ona wabi wielkie ryby...
     A potem Uchynia wyjmie z pudełka kolejną taką. Ostatnią. Ze ślubnej obrączki - co o mały włos nie skończyło się rozwodem. Bo choć przywiózł potem większe z Paryża, to ta była z kruszcu sprzed rewolucji, z łańcucha prababki. Znaczenie miała i sentymentalne, i niemal polityczne...
     - Bierz - mówi, a ja wiem, że muszę ją wziąć. Choć przecież widzę, jak Kozak łka w Uchynii. Pozostanę tu do Gwiazdki. I zobaczę kozackie łzy, kiedy w pudełku po rapali oddam mu tę ślubną mormyszkę.
     - Job twoju mat' - załka Wołodymyr, poleci się wybeczeć do sypialni i wróci z wielką, glinianą butlą samogonu ze skiełkowanego jęczmienia na śliwce tarninie.
A potem, kiedy kozacka naliwajka nas sponiewiera, Uchynia przytuli się do mnie, pocałuje po rosyjsku w usta i powie:
     - Ja wiedziałem, że mi ją oddasz, ja wiedziałem...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusMetkiPozycjonowanie stronForum wędkarskieŚwiat DrukuSystemy CMS