Przede wszystkim muszkarze wiedzą, że łowić z łbem zanurzonym pod wodą się nie da. Ci, którzy otwarci są na naturę, zagapiają się na nadwodny świat bez względu na uprawianą metodę. Więc trochę o tym, co w pobliżu nas...
 
  NR 34      31 STYCZNIA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
WĘDKARZ NA ZIMNO
     Większość z nas spędza ten miesiąc w domu. Zajmujemy się innymi pasjami, mamy więcej czasu dla rodziny, próbujemy niekiedy zajęć kulturalnych i kulturalnych kwiatów dla żony. Nie bardzo pomaga, łowiecki instynkt nakazuje wybierać z kinowego repertuaru te filmy, w których jest dużo wody, w których główny amant ma tę jedynie słuszną pasję - naszą...

     Mam znajomych, którzy swoje wędki rozwiesili na ścianie i co jakiś czas podchodzą do nich, biorą je w dłoń, wykonują kilka próbnych wymachów i wzdychają rzęsiście. Niektórzy w środku zimy - stęskniwszy się za wędkowaniem straszliwie - rzucają się do swoich pudeł, pudełek i pudełeczek i wreszcie starają się uporządkować nieład w nich panujący.
     Zamrożeni wędkarze głównie jednak zajmują się przez chłodne pory roku zazdroszczeniem i usprawiedliwieniami. Zazdroszczą więc na przykład trockistom. Że chęć mają nieprzemożną wybrać się nad pomorskie rzeki i polować na bliskie krewne łososia. Zawiść bierze, iż chęć tę potrafią realizować. Jadą i łowią ryby, a nawet jeśli wracają o kiju, to i tak są szczęśliwi...
     Zaraz jednak włącza się antytrockistowskie usprawiedliwienie własnej niemożności. Że wariaty łażą w zawieruchach, mrozach, że wpadają czasem do wody, że nie dośpią i zaślimaczeni w poniedziałek rano docierają do roboty... Taka wyprawa kosztuje - pociągi teraz drogie, hotele jeszcze bardziej, a na dodatek troć i tak jest rybą przypadku.
     Zawidzi się lodziarzom. Że łapią swoje skrzynki, odziewają się i obuwają cieplutko. I pędzą na ryby. Świdrują potem, aż pot im spływa i siedzą nad dziurami kiwając wędeczką. Fajnie... Ale, cholera, jakżesz im musi być zimno. To też wariaty. Zresztą - trwa usprawiedliwianie zimowego snu wędkarza - w mojej okolicy chyba nie ma dobrych do lodziarstwa jeziorek. Najchętniej pojechałoby się na sieje. Ale to znów drogie. I męczące. Poza tym, jak tu znaleźć na ogromnej tafli dobre łowisko?
     Potem słuchać przykro, gdy spotka się znajomego, któremu jakoś to samousprawiedliwianie nie wychodzi. Bo ów właśnie w ostatni weekend wyjął z przerębla okonia ponad kilo. Albo trzydzieści patelniaków.
     A jak nie zazdrościć zimowym raperom, którzy korzystają z faktu, że rzeka nie stoi i posyłają swe blaszki najdalej jak potrafią. W zimę małe bolenie nie bardzo chcą się wieszać na wędkach, wieszają się potwory... No i szukaj, człowieku, usprawiedliwienia - dlaczego oni mogą, a ty siedzisz przed telewizorem i jest ci smutno jakoś.
     Znów się spotyka znajomka znad wody. Z pewnością znajdzie się z nim wspólny język. To znany piecuch, chłodu nie lubi, paraliż go łapie na silniejszym wietrze. Ale wspólnego języka brak. Bo gość nie zamarzł na zimę - on struga woblery, kręci obrotówki, klepie wahadłóweczki.
     Usprawiedliwienie znajduje się łatwo. Bo to brak zdolności manualnych, bo skaleczyć się można, albo ścisnąć kombinerkami czy przytłuc młotkiem. Zresztą, tak naprawdę, to prawdziwy sezon spławikowy zaczyna się w kwietniu. A spinningowy jeszcze później, pierwszego maja. Szczupak, ten to jest ryba!
     Obudzisz się, Bracie Zamarznięty, przed kasą koła. Kiedy okaże się, że znów trzeba płacić wpisowe. Bo termin minął.

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusOpenERPInstalacja i konfiguracja OpenERPMetki i wszywki odzieżoweOpenERPWszywki