Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata, a i pozwoli się podzielić myślami. A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 34      31 STYCZNIA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 

SŁOWNICZEK:
  • srebrniak - troć wchodząca do rzeki na tarło (w bardzo dobrej, jeszcze, kondycji);
  • kelt - troć wytarta, spływająca do morza;
  • smolt - młoda troć spływająca do morza;
  • karlinka - ciężka, mocno profilowana, trociowa błystka wahadłowa.
Inne miejsca, w których można poczytać o styczniowym wypadzie:
Wiadomość na Forum
Moja strona domowa
Galeria zdjęć Sobiego
Y2K-T-SWI, czyli Milenijne Trociowe Spotkanie Wędkujących Internautów
     Troć - czyż nie brzmi to pięknie? Ryba, o której wiele się słyszy, czyta w wędkarskich miesięcznikach i dwutygodniku. Nasłuchałem się wiele, ale nigdy nie miałem okazji zasmakować osobiście.

     Jak wygląda troć, wiedziałem jedynie ze zdjęć oraz mało wędkarskich reportaży telewizyjnych, pokazujących tabuny rolników uzbrojonych w widłopodobne narzędzia, przerzucających niczym obornik trocie próbujące przedostać się pod prąd na wszelkich spiętrzeniach wody.
     Na gnane pociągiem seksualnym, a raczej instynktem ryby czyha po drodze do tarlisk wiele niebezpieczeństw. Nie tylko ostrza, osęki. Gorsze są sieci. Ryby są wobec nich bez szans. A przecież są jeszcze "elektrycy".
     A wędkarze? Cóż takiego mają w sobie te ryby, że zamiast, jak Pan Bóg przykazał, leczyć w domu noworocznego kaca tabuny amatorów spinningu i muchy zjeżdżają się z całej Polski na Pomorze? Czy może być coś przyjemnego w łowieniu ryb w zagęszczeniu porównywalnym do tego, jakie widuje się podczas przedświątecznych zakupów w hipermarkecie? Skoro tylu zapaleńców przemierza w tym okresie setki kilometrów to jednak coś musi być...

*****

     Gdy pojawiła się informacja o planowanym wyjeździe na trocie, wahałem się. Najpierw zadzwonił eden kolega, potem drugi. Decyzja zapadła. Jedziemy. Czas zacząć przygotowania. Nie pojadę przecież z ultralightem. Nie da się także w bystrej rzece sprowadzić głęboko streamera nawet za pomocą lead-core'a gdy jest on uwiązany do pływającej linki. Nim wymyśliłem sposób na sprzęt okazało się, że jadę sam. Koledzy się wykruszyli. Nie poddając się zadzwoniłem do dwóch następnych. I znów było nas trzech.
     W międzyczasie na IRCu prowadziłem ożywioną konwersację z tymi, którym dane już było łowić w Słupi czy Parsęcie. Dowiedziałem się, że z wędką o ciężarze wyrzutu poniżej 30 g. nie mam czego szukać. Tylko skąd wziąć taką armatę? Największy kaliber w moim arsenale ma maksymalnie 25 gramów... Okazało się też, że moja karpiowa dwudziestka piątka nawinięta na kołowrotek też nie daje mi szans na wyjęcie troci. Maaaatkoooo! Czy ja jadę na bieługi? Czy mam walczyć z marlinem?
      Odpowiedź usłyszałem z ust, a właściwie z palców (bo na IRCu # wedkarze) Arka Maćkiewicza, który mi życzył przed wyjazdem zapięcia pędzącego pociągu.

*****

     Problem sprzętu pomógł mi rozwiązać Wojtek Żbikowski. Zadzwoniłem, żeby pożyczyć coś z jego arsenału. Wiedziałem, że ma. Wojtek na łowach bywa zazwyczaj przygotowany do wyjęcia każdej ryby. Łowi mało subtelnie. Powinien więc mieć coś solidnego... Zaproponował mi jednak kij z oferty Krokusa - wędkę St.Croix z serii Wild River. Miałem trochę obaw, bo w razie jej uszkodzenia długo bym spłacał te chwile radości nad wodą. Wojtek jednak udowodnił mi, że bez pomocy specjalistycznego narzędzia w postaci np. pokrywy samochodowego bagażnika, nie jestem w stanie zrobić wędce krzywdy.
     Wybrałem najlżejszy z zaproponowanych mi spinningów. Komplet uzupełnił naciąg tenisowy - Synergy firmy Suffix o przekroju 0,30. Szczęście miały mi przynieść uzupełniające komplet, trzy grzechoczące Kendiki w oczołomiastych kolorach.

*****

     Jak bumerang powrócił problem składu ekipy. Następny kolega nawalił. Chciałem się poddać. Nie lubię nerwowych wyjazdów. Zwłaszcza na mające przecież koić nerwy wędkowanie. Ale ostatni z wytrwałych Jarek Piech był tak "napalony" na wyjazd, że nie mogłem odmówić. Choć przyznaję, że do Karlina jechałem niechętnie, to nie chciałem kumpla zostawić "na lodzie".
     Zmieniliśmy trochę plany i zamiast w piątek wieczorem, pod hotelem pojawiliśmy się w sobotę nad ranem. Dwie godziny snu w wyziębionym samochodzie, szybka kawa w hotelowej recepcji, przeniesienie klamotów do pokoju, powitanie z kolegami i już byliśmy w pełnej gotowości bojowej. Podjęliśmy decyzję, iż miejscem połowu będą Daszewskie Łąki.

*****

     Tuż po dziewiątej montowaliśmy sprzęt nad Parsętą. Część z nas poszła w dół rzeki, część pod prąd. Wraz z Jarkiem znaleźliśmy się w drugiej grupie. Parsęta na tym odcinku ma urozmaicony charakter. Jest kilka prostek - odcinków dających wymęczonym keltom możliwość odpoczynku. Woda ma tam równy uciąg, nie jest zbyt głęboka. Ale w przewężeniach, zwłaszcza na zakrętach, tworzą się bardzo ciekawe dołki. Wszędzie jest dużo zaczepów, dlatego też wyjeżdżając na trocie trzeba wziąć spory zapas przynęt.
      Dobrze zrobili ci, którzy mieli na szpulach nawiniętą plecionkę. Dodatnia temperatura powietrza nie powodowała jej zamarzania, zaś ilość urywanych przynęt jest odwrotnie proporcjonalna do mocy linki. Okazało się też, że znaczna ilość woblerów i błystek była tracona na specjalnie mocowanych w wodzie sznurach. W ten właśnie pomysłowy i niedrogi sposób lokalni wędkarze zaopatrują się w przynęty spinningowe. W kilku miejscach na brzegu leżały zniszczone sieci kłusowników.

*****

     Zarówno na keltowych prostkach jak i na stanowiskach srebrniaków ryby brać nie chciały. Kilkanaście osób czesało wodę w każdym ciekawszym miejscu wszelkimi znajdującymi się w arsenałach przynętami. Również napotykani miejscowi psioczyli na bezrybie. Ponoć dwa pierwsze dni nowego roku przyniosły wspaniałe efekty. Padło wiele troci i kilka łososi. Około siedemdziesięciu procent wędkarzy dostało ryby. Wielu z nich po komplecie. Spotkany nad wodą członek Towarzystwa Przyjaciół Parsęty - sympatyczny Marek opowiadał o koledze, który w obecności kilku świadków stoczył nierówną walkę z rybą-gigantem. Pomimo bardzo solidnego sprzętu (plecionki, trociowej loli i multiplikatora) nie był w stanie zatrzymać odjazdu ryby.
     Członkowie Towarzystwa niemal co wieczór jeżdżą polować na kłusowników. Do spółki z Państwową Strażą Rybacką, w kilkunastoosobowych grupach sieją popłoch wśród "prądziarzy", zdejmują zastawiane sieci i odstraszają wędkujących bez pozwolenia. Nie często kierują wnioski do kolegium do spraw wykroczeń. Załatwiają to sami, po męsku. I ponoć dość skutecznie. Z Markiem umówiłem się na wieczór. W drodze na akcję obiecał podjechać do hotelu, pokazać wytwarzane przez siebie trociowe przynęty.

*****

     Po parogodzinnym, bezowocnym biczowaniu wody dołączyłem do kolegów, którzy zrobili chwilę przerwy w połowach i przy ognisku delektowali się pieczoną kiełbasą. Tam dowiedziałem się, że na obławianym przez nas odcinku padła jedna trotka. Miała 67 cm. Złowił ją jeden z trzech warszawskich wędkarzy nie-internautów, stacjonujących w tym samym co my hotelu w Karlinie.
     Podbudowani dobrymi wieściami, z nowym zapasem optymizmu po przerwie ruszyliśmy nad wodę. Kilku z nas zaczęło obławiać szczęśliwą prostkę. Niestety, efektem były tylko liczne zaczepy i utracone woblery. Powoli zaczęliśmy się znów rozpraszać na dłuższym odcinku rzeki. Zapadającą szarówkę w pewnym momencie rozświetlił przeraźliwy krzyk Jarka Piecha.
     - Miiiiiiiichaaaaaaaał!!!!!!!
     Gdy dotarłem na miejsce na brzegu podskakiwała wyjęta przed chwilą ikrzyca troci. Moja wago-miarka wskazała 57 cm. i 2 kilo. Jak się później okazało, była to jedyna wyjęta przez naszą ekipę ryba. Na grzbiecie miała wyraźne rany po kłusowniczej sieci. Połakomiła się na pomarańczowo-czerwony wobler.
     Do hotelu wracaliśmy więc w niezłych humorach.

*****

     Wieczorem popłynęła woda ognista oraz wędkarskie opowieści. Biesiada została przerwana przez jadących na akcję strażników przywiezionych przez spotkanego nad wodą Marka. Porozmawialiśmy o rybach i o problemach z ochroną wody. Uzupełniliśmy arsenał przynęt. Ja zakupiłem kilka karlinek oraz duże obrotówki z mocno dociążonym korpusem. Potem powróciliśmy do zalewania.
     Wraz z kolejnymi opróżnianymi kieliszkami rosły rozmiary ryb. Ponadmetrowe sumy były przerzucane niczym krąpie, trocie poniżej pięciu kilo stały się smoltami, zaś wymiar ochronny sandaczy podniesiono do 70 cm. Potem (zwłaszcza dla niektórych) nastąpił zgon.

*****

     Rano, skoro świt ruszyliśmy przeczesać Parsętę trochę niżej, w okolicach Ząbrowa. Po bodaj trzecim rzucie u moich stóp spławił się około dwukilowy kelt. W zasadzie mógłbym go poklepać szczytówką po grzbiecie. A więc wzrosły nadzieje na złowienie ryby. Wiedziałem już, że troć może wziąć nawet po godzinie podawania jej tej samej przynęty pod nos. Tak więc uparcie obławiałem miejsce, w którym widziałem rybę. Nie wzięła.
     Dzień był nieco gorszy od poprzedniego. Wiał niezbyt silny, lecz dość mroźny wiatr. Siły zostały nadwątlone całodziennym wędkowaniem i wieczornymi rozmowami z poprzedniego dnia. Nikt z naszej grupy nie złowił ryby. Jedynie Michał Maksymowicz widział drugie spławienie. Ktoś z miejscowych wyłowił małego kelta i była to jedyna ryba złowiona na ząbrowskim odcinku rzeki.
     Około piętnastej zaczęliśmy rozjeżdżać się do domów. Mimo braku ryb wyjazd był udany. W trociowaniu chyba ciut więcej jest filozofii niż czystego wędkarstwa. Ale przypuszczam, że jeszcze nie raz i to w liczniejszym gronie spotkamy się nad pomorskimi rzekami w nadziei na zapięcie pędzącego pociągu.

Michał Sopiński

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWędkarstwo - archiwumBlog o CMSOsuszanie bydynków - izolacja pionowaOpenERPSystemy CMS