Dokąd mamy pojechać i na jakie metody zdecydować się, kiedy już dojedziemy... W którym kącie, czy na którym zakręcie szukać wymarzonego okazu... Jeśli tylko możemy, podzielmy się naszymi łowiskami. Mięsiarze nas nie czytają!
 

  NR 35      21 LUTEGO

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
ZIMA NA KRESACH
     Bug graniczny, szczególnie odcinek od Kodnia po most w Sławatyczach, to odcinek łaskawy dla wędkarzy. Wiedzą o tym wszyscy Podlasiacy i od wiosny po jesień najeżdżają go dość często i gromadnie. Ale od listopada po koniec marca pusto na brzegach. Choć nie ponuro przecież, bo okolica to prześliczna. Lasy, morenowe pagóry, a pomiędzy tym wszystkim wąskie przesieki pól i łąk sięgające za rzekę.

     Środek zimy bywa tutaj szczególnie urokliwy. Rzadko zdarzają się okresy bezśnieżne, zaś jeszcze rzadziej spadają na tę okolicę trzaskające mrozy. Jest pięknie, zimowo, przestrzennie i o dziwo - rybnie...

MAŁE JEST PIĘKNE

     Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że zapraszam na zimową wyprawę na rzekę. Choć przecież nie odżegnuję się i od takich wycieczek (na przykład na przedłużeniu szosy wiodącej do monastyru w Jabłecznej), to w te rejony wybieram się przede wszystkim na niemal nieznane wędkarzom bużańskie starorzecza, dołki, stawki, mikrojeziorka, których między nadgraniczną szosą a rzeką odnaleźć można bez liku.

     Przy każdej asfaltówce niemal czy bitym trakcie wiodącym na wschód od wspomnianej szosy znajdzie się przynajmniej jedno takie oczko. Dla tych, którzy od wygody wolą wyprawy poznawcze - a do takich ja należę - i nie boją się wypuścić zimą w kilkukilometrową drogę, pozostają do odkrycia wodne raje pokryte bezpiecznie grubym lodem.

     Ze starorzeczami na Bugu, który płynie już w Polsce, mam bardzo złe skojarzenia. Od lat są one niemiłosiernie skłusowane przez okoliczne włościaństwo. Gdy po raz pierwszy trafiłem w tę okolicę - pisałem wtedy reportaż o prawosławiu - byłem święcie przekonany, że oczka te także są wybrane do spodu. I pewnie przy tym zdaniu pozostałbym po dziś dzień, gdyby nie fakt, że redakcyjny kierowca miał na punkcie spinningu jeszcze większego bzika ode mnie.

     Podczas gdy ja rozmawiałem w władyką klasztoru, on znalazł czas, by zmontować zestaw i wybrać się na pobliskie łąki, wśród których skryły się malusieńkie, choć dość głębokie stawki. Wrócił na kolację - wszedł dumny do refektarza z kompletem ponaddwukilowych szczupali, co wywołało wśród mnichów ogromną radość i ogólne ślinienie się znad postnej wieczerzy. Przekazanie ryb do klasztornej kuchni znacznie mi ułatwiło później zbieranie materiałów. Szczególnie że nie były to ostatnie ryby przyniesione na "swiaszczenyj stoł".

     Nie wiadomo, czy to brak tradycji spowodowany przez lata przygranicznego socjalizmu, czy fakt, że trudno w głębokich oczkach przeciągnąć sieć, czy po prostu kresowa poczciwość, pozwoliły tutejszym rybom rosnąć, rozmnażać się w spokoju. Łowiono je wyłącznie na święta, najczęściej z lodu zresztą...

PO USZY W DOŁACH

     I tak oto wpadłem po same uszy w nadbużańskie doły. Obok szczupaków, które chyba nigdy w życiu nie widziały błystki, zaskakiwała mnogość niezbyt wielkich okoni. Takich akuratnych patelniaków, jak zwykł był mawiać mój dziadek.

     I właśnie te patelniaki przypomniałem sobie, klnąc na czym świat stoi zimowy Zalew Zegrzyński, wszystkie podwarszawskie jeziorka, starorzecza i wiślane porty. Zorganizowanie wyprawy nie zajęło mi wiele czasu.. Jechaliśmy w ciemno na dwa dni. Do dzisiaj - mimo powszechnego bandytyzmu - o prywatny nocleg tutaj nietrudno, a po pierwszym razie ma się miejscówkę po sąd ostateczny...

     Nie byłem tam jedynie w ubiegłym roku, czego niezmiernie żałuję, bowiem zaprzyjaźnieni koledzy wracali na ogół z dobrymi wynikami. Okazało się, że patelniaki są domeną lata - zimą niemal każdy z grupy, jaką tam jeździliśmy, miewał na rozkładzie po kilka garbusów sięgających czterdziestu centymetrów.

     Jeździmy tam we czterech. Dojeżdżamy do którejś ze znanych dróg wiodących nad rzekę, parkujemy przed tzw. pasem drogi granicznej i rozchodzimy się w dwie strony. Jak już pisałem, lód jest zazwyczaj bezpieczny, ale kilka razy trafiliśmy na oparzeliska i - bywało - wycofywaliśmy się z duszą na ramieniu. Dwuosobowy zespół pozwala także na zabranie ze sobą pojedynczych saneczek, ciągniętych na zmianę oraz na dzielenie odkryć, sukcesów i porażek z kimś zaprzyjaźnionym, co także stanowi o uroku wędkarskich wypraw.

     Na początku zimy prawdziwym przebojem okazywały się niewielkie podlodowe błysteczki, niklowane, polerowane, jak najbardziej błyszczące. W lutym jednak były one zupełnie nieskuteczne, ale przychodziły nam z pomocą mormyszki z kilkoma ochotkami na grocie. Najbardziej nawet zamrożone i ponure okonie dostawały na ich punkcie bzika.

     Niespecjalnie przejmowaliśmy się wielkością dołków - niekiedy nawet w oczkach o pięciometrowej średnicy miewaliśmy obfity połów. Warunkiem była głębokość - jeśli rzeczysko - jak zwą stawiki miejscowi - miało ponad cztery metry, połów był gwarantowany jak obligacje skarbowe.

     W wielu jeziorkach leżą powalone topole, olchy lub wierzby. Taki widok zawsze powodował przyśpieszenie kroku. Łowienie z lodu pomiędzy gałęziami takiego drzewa, to jedna z niewielu sytuacji, gdzie w stu procentach sprawdzały mi się wykłady z wędkarskich podręczników.

     I jeszcze jedno... Bywały wyprawy, gdy przez cały dzień nie spotykaliśmy ani jednego wędkarza. Nie mam nadziei, że tak pozostanie, chcę jednak wierzyć, że teren ten nie będzie zadeptany i zaśmiecony do imentu. Jeżeli stanie się inaczej, to już nigdy nie uda się mnie namówić do odkrycia moich prywatnych łowisk.

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych