Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata. A i pozwoli się podzielić myślami... A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 35      21 LUTEGO
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
TRZYDNIÓWKA
     Jest coś niepojętego, jakaś wielka, tajemnicza siła. Jakiś potężny zew absolutnie niezrozumiały dla zwykłych ludzi. Coś, co potrafi przemienić nagle normalnego zdawałoby się człeka w szaleńca. Wyrwać go z domu o świcie i pchnąć w szary, wilgotny, ponury przedwiosenny świat...

Czwartek - prolog

     Wieczorem zadzwonił Marek.
     - Masz film w aparacie?
     Miałem. Na takie okazje zawsze mam film w aparacie. Marek złowił dużego pstrąga. Wprawdzie noszona przez cały dzień ryba straciła sporo ze swej krasy, a zdjęcie w świetle lampy błyskowej nie oddało w niczym tego, czym była tam, wtedy, tuż po złowieniu, lecz była wielka i mimo wszystko imponowała. Marek dostał ją na Leszkowym odcinku - uprzedził nas.

Piątek - dzień pierwszy

     Wyruszamy kwadrans po szóstej. Świta. Niebo zabarwiło się już turkusowo, kilka barankowatych obłoczków wschodzące słońce podmalowało czerwienią. Nocny mróz posrebrzył trawę i pokrył asfalt milimetrową warstewką szadzi. Jedziemy więc wolno, ostrożnie. Nie śpieszymy się.
     Wstaje dzień. Poranek nastraja optymistycznie, otwiera całe bogactwo możliwości. Jest pięknie! Jedziemy na pewniaka. Wiemy gdzie. Spinningi uzbrojone, z kołowrotkami, z zawiązanymi przynętami, gotowe do natychmiastowego użycia. Dojeżdżamy. Wspaniały nastrój pryska w jednym momencie - natykamy się na samochód z trzyosobową ekipą. Właśnie wysiadają, pośpiesznie naciągają wodery. Są chwile, kiedy trudno powstrzymać przekleństwa. Przypomina mi się "prawo brymbulca". Cóż...
     Szybka decyzja: jedziemy niżej, na następny mostek. Niepotrzebnie uzbrajałem spinning, teraz ze złością odcinam gumową żabę, drżącymi palcami przywiązuję woblerka. Właśnie zajeżdża następny samochód. Cholera! Nie, tym razem nie odpuścimy! Tym razem to my jesteśmy pierwsi! Szybko przekraczamy mostek, dopadamy rzeki, zostawiamy pierwsze dwieście metrów i schodzimy niżej. Tamci będą musieli pójść w górę, chyba nie będą się z nami ścigać?
     Popsuli nam jednak humory do reszty. Łowimy w milczeniu szybko i nerwowo. Bez precyzji, bez przyjemności i bez efektów. W tym stanie nawet wiejskie kaczki denerwują... Mijamy kilka zakręcików, woda martwa, bez życia, nic się nie dzieje. Wracamy. Przy moście stoi następny samochód. Pod mostem, na tych darowanych dwustu metrach jakiś facet właśnie spina pstrąga...
     Jedziemy w górę - tam chyba nikt nie łowi? To trudny, niewdzięczny odcinek. Brniemy przez rozpaćkaną łąkę, przeciskamy się przez krzaki, byle szybciej. Na łące ślady wysokiej wody. Sczerniałe zeszłoroczne badyle, uklepane i przyczesane. Rzeka już niska, już sklarowała się. Przy brzegu zostało maziste, bure błoto i pełno śmieci. Po drugiej stronie wędkarz! Nasunął kaptur na głowę i pędzi do przodu, jakby go kto gonił. Może kłusol? Trudno, znów nie jesteśmy pierwsi.
     Coś się dzieje! Leszek ma pierwszy kontakt z rybą! Chwilę później i do mojego woblerka strzela trzydziestaczek, bełcze wodę tuż obok i nie trafia. Znika spłoszony. Schodzimy w dół na mijankę. Rzeka niewielka, trzeba łowić na krótko, prawie pod nogami. Mijam Leszka, zostawiam mu kawałeczek wody i włażę w krzaki. Słyszę plusk. Odwracam się - Leszek ma pstrąga. Końcówka Fenwicka wygina się, widać ryba ostro wali do dna. Chyba nie jest wielka? Rzeczywiście, pstrąg pokazuje się na powierzchni - trzydziestak. Nie, nie będę wyjmował aparatu. Jest szaro, kiepskie oświetlenie. W dodatku tuż obok z gałęzi zwisa wstrętny kawał jakiejś folii. Akurat byłby w kadrze.
     Idziemy dalej, znów idę pierwszy i znowu to Leszek ma pstrąga. Tym razem woła - więc pstrąg jest okazały! Zrzucam plecak, wyrywam aparat - za późno, niepotrzebnie. Pstrąg schodzi. Ile miał? Nie wiadomo, na pewno był spory. Odzyskujemy poranny dobry nastrój. Leszek mija mnie i znika za następnym zakręcikiem. Też mam przed sobą fajny głęboczek. Przytulony do drzewa podaję zza pnia kolorowego "pstrążka". Nurt chwyta go, niesie, zatacza nim łuk i wraca wstecznym prądem. Malutki "pstrążek" migocze w szarej wodzie, nieruchomieje. Już mam go pod nogami, już chcę unieść końcówkę, gdy nagle spod nóg wysuwa się duża ryba. Miga szerokim na dwadzieścia centymetrów bokiem, zawija wokół woblerka i nawet go nie potrąca. Och! Poprawiam, potem jeszcze innym woblerkiem - drugi raz pstrąg nie wychodzi. Szkoda...
     Doganiam Leszka. Dawno minęło południe - koniec łowów. Obaj musimy wracać do pracy.

Sobota - dzień drugi

     Zamówiłem budzenie. Telefon dzwoni o piątej. Dziś jadę sam. Tym razem wybieram środkowy odcinek. Na miejsce docieram po ósmej. Nikogo! Żadnych wędkarzy, żadnych samochodów. Cudownie! Jestem sam na sam z rzeką. Powoli, bez pośpiechu przesuwam się w dół. Każde ciekawsze miejsce obławiam długo i starannie. Zmieniam woblerki, dobieram. Mam dziś trzy nowe - sprawdzam je. Na tym odcinku woda wysoka i jeszcze lekko mętna. W sam raz do łowienia! Nic jednak nie wychodzi ani w pierwszym, ani w drugim, ani w trzecim miejscu. Dochodzę do ostrego zakrętu. Lubię go. Rzeka uderza tu w stromą górę, próbuje podciąć wapienną skałę. Pokonana odbija w bok i sunie długą rynną. Na zakręcie ktoś włożył wierzbowe gałęzie. Na ich końcach srebrzą się bazie.
     Lubię to miejsce, tu zawsze coś wychodziło. Wypuszczam woblerka daleko, potem cofam go, pozwalam mu zajrzeć pod tą wierzbow11:50 PMą stertę - nic. Zmieniam na innego, potem na jeszcze innego. Na próżno... A jednak jest! Wyskakuje już za zakrętem, tam, gdzie nurt przechodzi w prostą rynnę. Podnosi się, ogląda woblerka i znika. Cwaniaczek.
     Następne miejsce, też zakręt, na łuku zatopiony krzak, dalej kilka grubych drzew, głęboka rynna i wiry. Znów pstrąg bierze z nurtu. Trąca woblerka i nie zapina się. Dwadzieścia metrów niżej bierze następny. Ten chwyta miękko, przygina końcówkę i już się zwija, kręci młynki. Piękny, kolorowy. Zbliżam go - ma niewiele więcej ponad 30 cm, lekko zacięty za krawędź pyska. Klękam i odpinam go w wodzie. Mijam następny zakręt i jeszcze jeden. I znów widzę pstrąga. Wyskoczył gdzieś z boku i musnął przynętę. Nawet bym tego muśnięcia nie zauważył. Chyba się nie zakłuł? Trzymam dalej woblerka w nurcie i pstrąg ponawia atak. Tym razem siadł na kotwiczce. Też ładny, kolorowy i także lekko zacięty. Wraca do wody.
     Pod drugim brzegiem leży karcz, resztki zwalonej wierzby. Od lat leży w tym miejscu, skutecznie opiera się wodzie. Woda wymyła pod nim spory dół. O, niejeden pstrągal tu mieszkał! Klęcząc posyłam woblerka pod drugi brzeg, w wiry, przed tę kłodę. Pada dobrze, tonie, nurt znosi go, wciska pod drzewo. Przesuwa pod spodem. Wyprowadzam go stamtąd, potem poprawiam rzut jeszcze i zmieniam woblerka. Nic. Pstrąg - nie wątpię w to, że tam siedzi - nie ujawnia się. Trudno. Może innym razem? Nie będę natrętny.
     Wyszło słońce, zrobił się miły wiosenny dzień. Dawno schowałem rękawiczki, teraz waham się, czy nie zdjąć czapki? Wypatruję pierwszych zwiastunów wiosny. Pod nogami, spod zgnitych, przyklepanych przez śnieg brązowych liści wyzierają świeże zielone pędy. Obok dostrzegam pająka. Powoli porusza cienkimi nóżkami. Ja też się nie spieszę - nie muszę. Jestem sam, cały dzień mam przed sobą i kawał wody do obłowienia. Przez kładkę przechodzę na prawy brzeg. Słyszę szelest. Dostrzegam przyczajoną sylwetkę. Poznaję kolegę. Wymieniamy pozdrowienia, ploteczki. Też miał jakiegoś trzydziestaka. Idziemy przez chwilę równolegle po obu stronach rzeki, potem jednak odpuszczam mu pół kilometra, ścinam skosem łączkę i dochodzę do mostku. Tuż przed nim jest kilka ciekawych jamek. Staję na stromym brzegu, wbijam się w krzak leszczyny - już sypie złotym pudrem. Pod nogami widzę obiecującą jamkę, dalej następną.
     Krótkimi rzutami przeczesuję bliższy głęboczek, potem ten dalszy. Przed mostkiem wysoka woda nagromadziła stertę gałęzi, teraz przelewa się przez nie z bulgotem. Posyłam woblerka dalekim długim rzutem w tamtą stronę. Pada w nurt, tonie. Pozwalam mu sunąć jeszcze kilka metrów i zamykam kabłąk. Lubię to lekkie drżenie przenoszące się wzdłuż linki, na końcówkę i dalej po wędce aż do dłoni. Wobler, to przynęta, która żyje. Widzę go, miga srebrzyście niczym mała rybka, tuż przed tą stertą. I widzę inną, większą rybę! Wyskakuje spod rumowiska, zatacza łuk i łapie moje cacuszko. Chwyta miękko, mocno nagina końcówkę i zawija efektownym młynkiem. Niezły!
      Przyśpieszam zwijanie, pstrąg szarżuje w przód, pod prąd, pędzi w moją stronę. Ułatwiam mu to. W krótką chwilę mam go już pod nogami. Podbierak z długim trzonkiem kończy hol. Wykładam pstrąga na trawę. Stalowosrebrzysty samiec. Czterdziestak, z takim już można wracać do domu. Zabijam pstrąga, owijam w ściereczkę. Na dziś dość, już czuję się nasycony. Schodzę dalej prawie nie łowiąc, zatrzymuję się tylko w ciekawszych miejscach, w takich, których pominąć nie sposób. Nic więcej nie wychodzi.
     A wokół wiosna. Są nawet żaby - grube, niezdarne, zziębnięte. Spłoszone zsuwają się w wodę. Za kilka dni zacznie się wielkie pstrągowe żabożarcie. Może... jak zima nie wróci. Zobaczymy. Ten dzień ma się jednak ku końcowi - czas wracać. Docieram wreszcie do kładki, przechodzę na lewy brzeg, wychodzę na szosę. Akurat jedzie autobus, a do przystanku mam dwieście metrów. Kierowca zatrzymuje się, wsiadam. Jestem drugim pasażerem - tamten też wędkarz...

Niedziela - dzień trzeci

     W nocy śnią mi się pstrągi. Telefon przerywa sen, pewnie wymamrotałem w słuchawkę coś niedorzecznego. Piąta - czas wstawać. Tym razem wyjedziemy o szóstej. Jest ciemno, niebo jeszcze granatowe. Ulice puste - Lublin śpi. Za miastem wyprzedza nas czerwone Alfa Romeo.
     - Też pewnie na pstrągi - śmieje się Leszek. Trafił! Spotykamy ten samochód już nad wodą. Jedziemy w górę, po te piątkowe, te namierzone. Każdy po swego. Na pewniaka. Cholera! Znów nie jesteśmy pierwsi! Na nic nasze poranne wstawanie. Pech... Jedziemy więc jeszcze wyżej, do końca - tam też stoi samochód. Powariowali ci ludzie?! Co robić?
     Cofamy się i stajemy po środku trzykilometrowego odcinka. Trzech z góry, trzech z dołu i my w środku - beznadziejna sprawa - nie połowimy. Trzeba chociaż spróbować. Mijamy chałupy. Zza płotu wymyślają nam obudzone kundle. Hałasując okropnie brniemy przez zamarznięte bajoro. Łamiemy suche gałęzie. Lód trzeszczy pod nogami, gdzieniegdzie wypływają rdzawe strumyki. Obok sterczą drzewa z wysokimi korzeniami, jak mangrowce. Docieramy do rzeki. I co teraz? W górę czy w dół?
     Idziemy w górę. Mijamy kilka zakręcików, kilka głęboczków i już widzimy tamtych. Trudno, wracamy. Poprawiamy jeszcze raz te same miejsca. W jednym z nich w woblerka strzela czterdziestak. Szarpie ostro, wyskakuje w powietrze i spada. Szkoda. Odwiedzamy jeszcze kilka miejsc i natykamy się na następną ekipę. Nie łowiliśmy nawet przez godzinę. Odwrót. Zjeżdżamy w dół, do następnego mostu - tam też stoi samochód. Brzegiem przemykają dwaj spinningiści...
     Jedziemy niżej i niżej - wszędzie ktoś jest, wszędzie ktoś łowi. Docieramy w końcu do nie ruszonego miejsca, penetrujemy parę stanowisk - nic. Wracamy. Po drodze obserwujemy wędkarzy. Wszyscy starannie ubrani. Zgięte w paragraf sylwetki, czapli chód. Skradają się, podchodzą... wodę, bo pstrągów dawno już nie ma, spłoszył je ten, który szedł pierwszy. Przy moście spotykamy Piotrka. Poluje z muchówką na lipienia.
     - Zapomnijcie o pstrągach. W piach powłaziły.
     Odechciewa nam się łowienia. Takie gromadne łowy są zaprzeczeniem wszelkich uroków pstrągarstwa. Podchodzenie pstrąga zmienia się w jakiś bezsensowny, absurdalny wyścig. Odechciewa nam się nawet liczenia wędkarzy - jest ich dużo. Dużo więcej, niż może pomieścić ta rzeka. Cóż, każdy ma prawo. Nie tylko my jesteśmy takimi narwańcami. W całym Lublinie jest takich kilkuset. Czyja wina w tym, że łowisk jest mało?

Poniedziałek - epilog

     Wieczorem dzwoni Marek. Zaprasza na wędzonego pstrąga. Muszę przyznać, że wędzić też umie znakomicie.

Andrzej Trembaczowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusOdooNazwisko.plInstalacja i konfiguracja OpenERPFishingDarmowy ERP i CRM - Odoo - dawny OpenERP