Buble potrafią zepsuć najpiękniejsze nawet połowy. Pękające blanki, tnące żyłkÍ przelotki... A nieskuteczne wabiki? Nieodporne na wodę antenki spławików? Znamy to wszyscy. I wszycy chcielibyśmy tego uniknąć...
 

  NR 35      21 LUTEGO

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
WANNA POD LODEM

Na pierwszym lodzie drapieżniki biorą wspaniale. Ktokolwiek nie boi się mrozu, czeka na ustalenie się pokrywy i gna na skute zbiorniki. Właśnie w tym okresie można spotkać na łowiskach, tuż obok siebie, przerębel w przerębel, fanów różnych technik zimowego wędkowania. Obok spławikowca siedzi mormyszarz, a pomiędzy nimi macha wędą miłośnik błystki podlodowej. W dobre dni efekty mają wszyscy, w gorsze też nie widać specjalnej różnicy w połowach na korzyść którejś z technik.

Mijają zimowe weekendy i oto nagle - poza jeziorami siejowymi - znikają z lodu błystkarze. No, może nie całkowicie, ale stają się pośród podlodowej braci rzadkością. Od pokoleń powtarzana jest bzdura, że środek zimy jest złym czasem dla podlodowej błysteczki. Tymczasem to nie błystka jest winna, ale jej agresywne prowadzenie.

Najpowszechniejszym stylem podlodowych połowów na błystki jest technika zwana równie obrazowo, co obraźliwie: kolano-oko... Stoi taki na lodzie i przez pół dnia macha króciutką wędeczką, przenosząc ją z poziomu kolana na poziom oka. Nie jest trudno wyobrazić sobie, co w wodzie wyprawia przynęta prowadzona w taki sposób. Tylko wczesnozimowy żarłok jest w stanie schwytać tak prowadzonego wabia. Warto więc przed pierwszą zimową wyprawą bardzo starannie zapoznać się z pracą wszystkich ulubionych przynęt.

Wiem, że narażam się na śmieszność, proponując poważnym facetom kilkugodzinne studia nad napełnioną po brzegi wanną, ale może złagodzę drwiące komentarze, otwarcie przyznając, że sam jestem zaprzysięgłym Ňwędkarzem waniennymÓ i niespecjalnie się tego wstydzę, gdyż łazienkowe próby kosztowały życie niejednego podwodnego drapieżcę. Nie tylko pozwalały mi bardzo dokładnie poznać pracę konkretnych wabików, zależności między ruchami wędki a ich pląsami, ale także skłoniły mnie do sięgania po coraz to nowe przynęty. Okazało się, że nie tylko klasyczna oblanka nadaje się do podsuwania pod rybie pyski, ale także wśród gumek znaleźć można zimowe skarby.
NA POZIOMKI
      O podlodowych połowach na drugiej półkuli wiemy bardzo niewiele. Nie nadążają za importowanymi do Polski wzorami kasety wideo i filmy reklamowe pomagające wędkarzom amerykańskim i kanadyjskim. Nie docierają też do nas - z powodu bariery językowej - ani książki, ani czasopisma fińskie, które bardzo wiele miejsca poświęcają wędkowaniu spod lodu.

      Na rynek trafiają zaś przynęty nie zawsze dostrzegane przez rodzime media i autorów. Na przykład mormyszka amerykańska przez bodaj dwa sezony odleżeć się musiała w wędkarskich pudełkach zanim doczekała się poważnego opracowania. Łowienie na nią techniką stosowaną na Wschodzie nie sprawdziło się bowiem i bardzo częste puste zacięcia spowodowały, iż przestała być kupowana.
      Tymczasem ci, którzy przyswoili sobie właściwą technikę, donoszą o niezwykłej skuteczności tej metody. Prowokuje mnie to więc do zdradzenia kolejnego sekretu i opowiedzenia, w jaki sposób Skandynawowie oraz Kanadyjczycy łowią na przynęty pląsające. Zapraszam więc w lutym na... poziomki.

PRZYNĘTY

      Jest ich bardzo wiele rodzajów. Najbardziej bodaj znane w Polsce są duże mormyszki z uszkiem w grzbietowej partii i hakiem w części ogonkowej. Używane one były do łowienia techniką "kiełżuczkowania", czyli tradycyjną metodą mormyszkową z kiwokiem nieco tylko sztywniejszym.
      Bodaj pięć lat temu pojawiły się u nas rybkokształtne, pięknie malowane - na ogół na oskę czy okonka - przynęty poziome, uzbrojone hakiem od przodu i od tyłu. Próbowano na nie łowić powszechną u nas techniką "kolano-oko" służącą do tradycyjnego w Polsce oblankowania, ale przynęty okazały się mniej skuteczne od klasycznych błystek i pilkerków.
      W tym samym czasie sprowadzono do nas ŇpoziomkiÓ z hakiem zatopionym w ogonku i z luźno zwisającą kotwiczką od strony brzusznej. I ta przynęta jednak - równie ślicznie emaliowana i zdobiona na rybi drobiazg - okazała się niewydajna podczas tradycyjnego łowienia poprzez opuszczanie i podrywanie przynęty.
      Także kilka lat temu po raz pierwszy trafiły pod lód najmniejsze ripperki, twisterki, ośmiorniczki. Te okazały się nieco skuteczniejsze podczas wymachiwania kijem w tę i nazad i znalazły się na stałe w arsenale niektórych kolegów.
      Bodaj właśnie oni samodzielnie, drogą eksperymentów oraz prób i błędów, doszli do techniki, która od pokoleń uprawiana jest w Finlandii i nad Wielkimi Jeziorami Ameryki.
      W każdym niemal opracowaniu dotyczącym tradycyjnego połowu na błystkę podlodową wyczytać można, że uderzenia należy się spodziewać przede wszystkim w chwili zatrzymania się przynęty w obu skrajnych położeniach - dolnym i górnym. Podobnie rzecz się miała z ripperkami uzbrojonymi szczególnie lekkimi główkami, z tym że po wstrzeleniu się w stadko okoni, gumki zagryzane bywały częściej i agresywniej.
      Miniaturowy ripperek otóż po zatrzymaniu przyjmował pozycję mniej lub bardziej zbliżoną do poziomu, stawał się rybką czy robaczkiem - w przypadku twisterów - zachowującą się w sposób naturalny. Okonie - a także szczupaki, sandacze oraz sieje - uderzały w tak podaną przynętę bardzo agresywnie, wyrywając wręcz z dłoni wędeczkę.
      Eksperymentujący koledzy zaczęli więc coraz częściej zatrzymywać na sekundę, dwie swoją przynętę. Zrezygnowali z jednostajnego, długiego podrywania i opuszczania przynęty na korzyść krótszych, nieregularnych ruchów szczytówką, na korzyść miniaturowych podrygiwań w chwili zatrzymania, Zaczęli też w głębszych łowiskach przeszukiwać wszystkie partie wody. I w ten oto sposób, dzięki eksperymentom, próbom, ciekawości wyważone zostały otwarte drzwi - odkryto metodę uprawianą powszechnie w Skandynawii i na drugiej półkuli. Zaczęto w Polsce chadzać zimą na poziomki.
      Gumkowi odkrywcy zaczęli sięgać po obecne na sklepowych ladach przynęty podlodowe z uszkiem na grzbiecie, czyli po te, które odpowiednio prowadzone przyjmowały w wodzie pozycję poziomą i właśnie wówczas bywały atakowane przez leniwe drapieżniki.
      Poziomki okazały się skuteczną bronią nawet na okonie lutego - najbardziej rozleniwione i mało agresywne ryby, które trudno skusić nawet najrzetelniej prowadzoną mormyszką.

KIJASZKI I INNE

      Wędzisko do połowu na poziomki najlepiej wykonać samodzielnie, aczkolwiek trafiają się na rynku kijaszki zupełnie przyzwoicie spisujące się podczas stosowania tej techniki. Są to te wędziska, które przystosowane są do mocowania w rękojeści niewielkiego kołowrotka snującego (o szpuli stałej) i posiadające dość długie, min. 40 cm elastyczne szczytówki z jedną lub dwiema przelotkami.
      Jednak najlepsze będzie wędzisko nieco dłuższe. Ja sam używam kijka, którego szczytówka wykonana jest z wysokiej klasy ułomka od węglowej odległościówki. Osadzona ona jest w krótkiej korkowej rękojeści z zaciskowymi pierścieniami przesuwnymi firmy Fuji pozwalającymi na mocne i pewne zamocowanie kołowrotka.
      Blank uzbroiłem trzema przelotkami - szczytową o średnicy pierścienia 5 mm i dwiema matchowymi (odsadzonymi wysoko) o przekroju kolejno 7 i 10 mm. Te stosunkowo duże średnice powodują, że nie mam nawet na sporym mrozie zbyt dużych problemów z przymarzaniem żyłki do przelotek, zaś ŇoblizanieÓ ich nie jest tak trudne jak zalodzonych drobiażdżków o małym przekroju pierścienia.
      Wielu kolegów woli zbroić swe kijaszki jedną czy dwiema przelotkami, ale ja uważam, że skoro stosuje się na miniblank materiał dobrej jakości, to po to, by w pełni wykorzystywać jego właściwości amortyzujące. Co prawda, po wielu latach łowienia techniką "kolano-oko" i holowania zaciętych ryb rękoma, z dużym trudem przestawiać się musiałem na "hol na kiju", ale wysiłek opłacił się. Oto w środku zimy mam podobne do letnich emocje związane z doprowadzaniem ryby do miejsca lądowania (w tym wypadku przerębla), słyszę cudowny dźwięk grającego hamulca przy każdej większej zdobyczy i odnoszę wrażenie, że tracę mniej ryb.
      Dobra jakość blanku ma też tę zaletę, że niesamowicie "nerwowo" przenosi niezbyt mocne zimą pobicia. Zaś jego długość daje mi ogromny komfort - nieznaczne ruchy nadgarstkiem pozwalają na granie przynętą, na jej opuszczanie i podnoszenie, na wprawianie jej w drgania, delikatne podskoki, czyli mogę bez żadnego niemal wysiłku łowić na moje ulubione poziomki.
      Mój kołowrotek to jednołożyskowa miniaturka z precyzyjnym i czułym przednim hamulczykiem zupełnie nieznanej azjatyckiej firmy - tak nieznanej, że nawet nie uznała za stosowne sygnować swej nazwy na korpusie i pudełku. Za ideał uważam silstarowską miniaturkę "Tiny", na którą miałem kiedyś okazję łowić, ale jest to kołowrotek rzadko spotykany, i uważany - jak na urządzenie do połowów podlodowych - za zbyt drogi.
      Niektórzy moi przyjaciele z lodu używają po prostu zwyczajnych, letnich "dziesiątek" - sprawdzają się 1010 GT i Stradic 2000 Shimano, doskonałe są maleńkie Cormorany a także Mitchelle. Bardzo przyzwoite są najmniejsze Vikingi.
      Dwie rzeczy są bardzo ważne - lekkość i niewielki rozmiar urządzenia oraz hamulczyk na tyle precyzyjny, by dawał się regulować dla żyłek o przekrojach 0,12 - 0,15 mm.

BYŁA SOBIE RYBKA

      Podtytuł rodem z bajek dla dzieci najkrócej opowiada o technice prowadzenia poziomek. Za pomocą dobrze skonstruowanego czułego wędziska można bardzo leniwie, bez wysiłku, prowadzić w każdej strefie wody przynętę przyjmującą po zatrzymaniu pozycję poziomą - bez względu na to, czy będzie to amerykański, skandynawski wyrób, czy krajowa podróbeczka, czy też ripperek lub twisterek na bardzo lekkiej główce.
      Zaczyna się tradycyjnie - od opuszczenia poziomki na dno. Wystarczy potem lekkie podniesienie szczytówki, by oto nad piaskiem, mułem, kamieniami pojawiła się malusieńka rybka (robaczek w przypadku stosowania twisterków) i zatrzymała się na moment. Wcale nie bez ruchu - oto przez siedemdziesięciopięciocentymetrowy kij przenoszone jest na przynętę najlżejsze drgnięcie naszej dłoni, o co na dużym mrozie nie trzeba się nawet specjalnie starać.
      Taki rybi drobiazg otóż nawet zimą nie zamiera na długo w kompletnym bezruchu - aczkolwiek odpoczywa często. Lekkie podniesienie szczytówki i opuszczenie jej i oto rybeńka, obciążona od strony główki, zaczyna pląsać, brykać rozbawiona. Kilka takich podniesień szczytówki potrafi zwabić drapieżniki z całkiem sporej odległości.
      Leniwe okonie nie zawsze jednak dają się w środku zimy sprowokować do ataku. Bywa, że pląsom przygląda się całe stadko patelniaków i jakoś żaden nie daje się wędkarzowi nabrać. Wystarczą jednak dwa, trzy obroty korbką, by za umykającą rybką rzucił się jakiś odważny i zaznaczył branie spazmem na kijaszku.
      W łowieniu na poziomki nie zacina się w jakiś specjalny sposób. Wystarczą otóż zwyczajne ludzkie odruchy - spazm na wędzisku i trzeba byłoby paralityka, by nie zareagował natychmiastowym podcięciem.
      Zabawa w grę "była sobie rybka" ma tę zaletę, że bardzo szybko można spenetrować wszystkie warstwy wody i po kilku minutach wiedzieć, czy w pobliżu znajdują się okonki lub sieje będące akurat przy apetycie.
      Jeżeli ich nie ma, to zaleta lutowego chodzenia na poziomki objawia się bardzo prędko - można otóż przemierzać zamarznięty zbiornik kilometrami, wiercić dziury w sporej odległości. Odwiedzać zatoczki, szukać dołków, górek, pozostałości podwodnych łąk. Można odbyć zimą prawdziwą spinningową wyprawę. I nie wymarznąć się tak straszliwie, jak koledzy siedzący nad przeręblem ze swoimi mormyszkówkami.

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych