Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata. A i pozwoli się podzielić myślami... A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 37      20 MARCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
UŚMIECHNIJ SIĘ,
CZYLI RYBY I LUDZIE
     Marzec nie sprzyja wędkarskim humorom. Jeśli już czemuś sprzyja - to ponurej refleksji nad marnością tego świata. Bo i o czym niby myśleć ma człowiek, który w ciągu dwóch godzin nad wodą przeżył wszystkie cztery pory roku?

     Depresyjny listopad miesza się z urokliwym majem, a ten zaś - z grudniem. Śnieżyce, zawieje i zamiecie, przeplatane są ostrym słońcem, niekiedy z dodatkiem ulewy. Ciśnienie skacze jak na linie... Właściwie, zmoknąwszy, należałoby się zebrać do domu, ale ciepłe promienie tak zwodniczo kuszą... dopóki nie poczęstują mokrym śniegiem. Na dodatek ryby, rzecz jasna nie chcą brać.
     Do bani z takim wędkowaniem!
     W zeszłym roku tak właśnie wymarzłam. W tym - nie odważyłam się wyściubić nosa, choć już połowa miesiąca za nami. I dlatego, dla tych, co się jednak odważyli - pocieszka z życia ryb i wędkarzy. Ku pokrzepieniu humorków i serc.

WSZYSTKIEMU WINNE MYSZY

     Ryby stały się jakiś czas równe Gagarinowi, myszom, szczurom i psom - też poleciały w kosmos. Trafiły tam wraz z lubianymi przez niektórych przynętami wędkarskim - świerszczami, oraz tradycyjnymi już na pokładach rakiet i wahadłowców gryzoniami, a to w celu zbadania wpływu stanu nieważkości na mózg i system nerwowy zwierząt.
     Podczas lotu kosmonauci, widać nie przyzwyczajeni do nowinek, zajmowali się przede wszystkim gryzoniami. Gryzonie nie zawiodły nauki - rozmnażały się jak trzeba, uczyły chodzić, jeść, a następnie znowu rozmnażały. Obserwacje tego złożonego procesu tak pochłonęły zdobywców przestworzy, że zaczęli oni cierpieć na bezsenność i dalsze eksperymenty - dotyczące tym razem zaburzeń snu poza granicami Ziemi - zmuszeni byli czynić już na sobie. I dlatego nigdy prawdopodobnie nie dowiemy się, czy ryba wywieziona w kosmos bierze na konika tak samo jak na Błękitnej Planecie, czy też może zupełnie inaczej...

UBOCZNE SKUTKI WĘDKARSTWA

     Ryby są dobre nie tylko do kosmicznych eksperymentów. Jak udowodnili amerykańscy naukowcy - potrawy z rybiego mięsa chronią przed zawałem, paradoksalnie dzięki temu, że bywają tłuste, choć wiadomo nie od dziś, że wielbiciele tłustego jedzenia, np. boczku, umrą bardziej chorzy od zwolenników mannej kaszki. Jeżeli więc mamy za żonę (lub męża - w przyrodzie nie takie anomalie się zdarzają) osobnika będącego zdeklarowanym wrogiem wędkarstwa, argument zdrowotny być może wreszcie trafi im do rozumu.
     Naukowcy obliczyli, że wystarczy opychać się rybami trzy razy w tygodniu, by odsunąć od siebie widmo takich okropieństw, jak miażdżyca serca, udar mózgu, reumatoidalne zapalenie stawów czy astma. Ponoć z braku ryb można łykać kapsułki z pochodzącym od nich tłuszczem, ale po pierwsze - to już nie to samo, a po drugie - można je kupić w aptece i konieczność wypadu na ryby, pięknie uzasadniona dbałością o dobro rodziny nie znajdzie już, niestety, zastosowania.

JAK DAWID Z GOLIATEM

     Niekiedy ludzki pęd do zdrowego stylu życia nie kończy się dla pędzącego dobrze. Przekonał się o tym pewien mieszkaniec wsi położonej nad granicą z Ukrainą. Facet ten miał nieszczęście - podczas kolejnej "dużej wody" na rzece - spotkać się oko w oko z potężną samicą karpia, tłustą i wyglądającą na znakomity środek przeciwko miażdżycy.
     Rzecz jasna, obok takiej ilości zdrowia rzeczony chłop nie był w stanie przejść obojętnie, niewiele więc myśląc chwycił rybę "pod pachy" i zaczął wlec w kierunku suchej ziemi. Dopóki karpica czuła pod brzuchem wodę, nie protestowała zbytnio przeciwko niespodziewanej zmianie swoich planów. Dała się nawet załadować do siatki. Ale, jako że była duża, a osobnik niezbyt trzeźwy - transport jej w owej siatce nadal odbywał się drogą holu.
     Gdy oryginalny zaprzęg dotarł do miejsca, w którym nie było już wody, w rybę wstąpił nowy duch. Przypomniała sobie, że nie jest stworzeniem lądowym, odwróciła się więc i z całą mocą poczęła przeć w kierunku swego naturalnego środowiska. Nie było jej łatwo - trafiła bowiem na osobnika równie zdesperowanego jak ona. Niefortunny chłop ani myślał rozstać się ze zdobyczą. A że siły w nim były już nie te, co przed pół litrem, pogodził się z faktem, że chwilowo to karp dyktuje kierunek marszu. Rozumował słusznie - po pewnym czasie samica, zmęczona ciągniętym za sobą ludzkim balastem dała się zatrzymać i nasza para ponownie rozpoczęła długą drogę w kierunku skraju rozlewiska. Tyle, że na suchym ryba znów zmieniła plany...
     Niestety, historia milczy o tym, ile razy człowiek i karp przemierzyli mokrą trasę. Wiadomo tylko, że razy wiele i że ostatecznie wygrał karp. Bohaterski łowca wrócił do domu mokry, zziajany i bezrybny, a to, co miała mu do powiedzenia żona, było ponoć bardzo atrakcyjne dla sąsiadów, nie mających na co dzień do czynienia z tak wyszukanymi obelgami. Od tego czasu - jako że większość tamtejszych panów ma żony - liczba chętnych do łapania karpi rękami wyraźnie zmalała...

MAŁA RZECZ, A CIESZY...

     Nie od dziś wiadomo, że wędkarstwo to hobby dla ludzi z wyobraźnią, wolnych duchem i nie poddających się dyktatowi producenta. Weźmy świetlik, drobiazg, który - teoretycznie - zamocowany do spławika służyć ma do sygnalizowania brań nocą. Bardzo szybko rodzinna wynalazczość przekształciła go w doskonały wskaźnik pikerowy, mocowany do szczytówki za pomocą przezroczystej klejącej taśmy biurowej, a następnie znalazła dlań jeszcze inne zastosowania. Znam faceta, który używał przedmiotu w charakterze latarki. Rzecz jasna nie dlatego, że chciał, a dlatego że musiał - o braku stosownego do połowów nocnych oświetlenia zdał sobie bowiem sprawę dopiero na łowisku.
     Wszystkich przeszła jednak młódź wędkarska, zgromadzona na jednym z obozów dla juniorów. Przyszłość jedynie słusznego hobby, zdegustowana faktem, iż ryby nie biorą i nic nie wskazuje na to, by stan ten miał ulec zmianie, postanowiła wziąć przykład ze starszych wędkarzy i zużyć swój zapas świetlików niekoniecznie zgodnie z przeznaczeniem. Dodajmy, iż część starszyzny, korzystając z mroków bezrybnej nocy, cudowne to urządzenie zastosowało jako miarkę zewnętrzną, określającą każdemu z nich ilość pocieszającego płynu, jaką może wypić na raz...
      Na taki wyczyn młódź była jeszcze za młoda, zorganizowała więc własną rozrywkę. Jako że wędkarstwo kojarzyło im się ze szlachetną rywalizacją, postanowili rywalizować... w pluciu na odległość świecącą śliną. Niestety, zawody przerwali dorośli (ci wszystko zawsze muszą popsuć) uświadamiając młodzieńców co do skutków spożycia fosforu.

NASZA JEST NOC

     Cokolwiek by mówić o wyczynie wędkarskim, nie jest to zabawa dla jednostek silnie zindywidualizowanych. Wiadomo - na komendę nęcimy, wwalamy w wodę spławiki, na komendę je wyciągamy i lecimy z rybami do wagi... Komendność - cecha skądinąd niekiedy przydatna - czasami przynosi opłakane skutki, o czym okazję przekonać się mieli uczestnicy pewnych zawodów, zorganizowanych na stawie wypełnionym - jak przystało na łowisko specjalne - karpiami, amurami i karaskami.
     Na stosowny gwizdek wrzucili oni w odmęty "paszę", na kolejny umieścili w toni spławiki i - pełni nadziei - rozpoczęli łowienie. Po kilku godzinach, gdy łupem padł jeden mały japoniec, nadzieja owa nieco w nich sklęsła, pod wieczór zaś (stan posiadania zwiększył się w tym czasie o kilka półkilowych karpików oraz kolejnych karaskowych kurdupli) pozostało tylko poczucie przegranej. Zaraz po tym gwizdek kończący oznajmił, iż klęska stała się faktem.
     Już, już paść miały komentarze, twierdzące, że specjalność stawu zasadza się na wyjątkowym braku ryb, gdy nad brzegiem pojawił się młody człowiek, dźwigający zwykłą spławikówkę, czym wzbudził złośliwą radość laskarzy. Jak to, oni tu nic przez cały dzień, z pomostami, kubłami i innymi akcesoriami, a on chciałby na taki kij!? Ani chybi, głupek!
     Głupek, zamontowawszy na spławiku świetlik nadział na haczyk zwykłego białego robaka, zarzucił sprzęt, a po godzinie oddalił się z pełną siatką półkilowych karasi. Jak się okazało, w tym stawie ryby przed zmrokiem nigdy nie brały...

Gośka Jurczyszyn

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusTygodnik WędkarskiOdooOdzież strażackaInstalacja i konfiguracja OpenERPEtykiety samoprzylepne