Co się dzieje nad wodami, co się stało w ostatnich dniach? Rzeki, jeziora, morza... Ryby, wędkarze i inne zwierzęta... Wygrzebane w internecie, w prasie, podsłuchane w mediach i na łowiskach... Czekamy na donosy Czytelników...
 
  NR 38      3 KWIETNIA
Wydawca: KROKUS ska z o.o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 


Katastrofa z ministrem w tle

- Tama na Wiśle we Włocławku jest w katastrofalnym stanie - alarmuje Ministerstwo Ochrony Środowiska.- Jeśli runie, na okolicę wyleje się 400 mln metrów sześciennych wody.
Budować tamę na Wiśle w Nieszawie czy nie - zastanawia się grupa ekspertów. Zainteresowany budową tamy jest minister środowiska Antoni Tokarczuk.
- Takiej powodzi w tym stuleciu jeszcze nie było - ostrzega minister Tokarczuk. Uważa, że szansą na uniknięcie tragedii jest budowa drugiej tamy. Za 8 lat. Włocławska tama już od 30 lat zmaga się z żywiołami. Jak zapobiec kataklizmowi? Co zrobić: zburzyć staruszkę czy postawić jej towarzyszkę - tamę w Nieszawie? Ci, którzy głosują za tamą w Nieszawie, twierdzą, że ratują ludzi. Przeciwnicy zarzucają, że chodzi o pieniądze dla prywatnych spółek. Takich jak Budopol, którego udziałowcem jest minister ochrony środowiska Antoni Tokarczuk.
Regionalna Dyrekcja Gospodarki Wodnej (RDGW) w Warszawie uznała, że jedynym sposobem na uniknięcie katastrofy jest postawienie w Nieszawie drugiej tamy, wspomagającej włocławską. Zaaprobowały to lokalne samorządy. Tama ma kosztować ok. 1 mld złotych i powstać za 8 lat. Jeśli Sejm zatwierdzi jej projekt, ma ją budować konsorcjum kujawskich firm. Zarobią też lokalne zakłady budowlane, produkujące beton i surowce do jego produkcji.
Przeciwnicy tamy w Nieszawie twierdzą, że osobiście zainteresowany budową tamy jest minister środowiska Antoni Tokarczuk - b. radny i wojewoda bydgoski, biznesmen. Od 1997 roku prezes bydgoskiej firmy budowlanej Budopol. Po mianowaniu na ministra został zawieszony w funkcji prezesa. W każdej chwili może wrócić na stanowisko. - Minister popiera kolegów z branży. A oni nie odpuszczą i będą robili ten biznes w Nieszawie. To interes na najbliższe 10 lat - oświadcza Jacek Bożek, prezes klubu ekologicznego Gaja.
- Jestem na urlopie. Nie zostałem zwolniony, ale na moje miejsce został wybrany nowy prezes i zarząd. Nie wrócę na swoje stanowisko co najmniej przez 3 lata - zapewnia minister Tokarczuk. Posiada 430 akcji Budopolu (na 7591 akcji będących w rękach 211 udziałowców; średnio przypadałoby więc po 36 akcji na udziałowca). Jest jednym z największych akcjonariuszy.
- Nie sprzedałem akcji, bo nie było kupca. Zgłosiłem ofertę sprzedaży kilka tygodni temu. Mam prawo mieć do 10 proc. akcji firmy - twierdzi. - Gdybym był prezesem Budopolu, nie przystąpiłbym do przetargu o budowę tamy. Firma specjalizuje się w obiektach użyteczności publicznej, np. szkołach. Nie mam interesu, żeby budować tamę w Nieszawie. Sądzę tylko, że to najlepsze wyjście z sytuacji. Nie, nie mogę narażać życia 100 tys. osób! Gdyby doszło do katastrofy, byłyby ofiary śmiertelne. Czy tama we Włocławku poczeka z zawaleniem 8 lat? Co z ludźmi? (...)
Tama we Włocławku była projektowana jako jedna z kilku zapór na Wiśle. Chciano... zawrócić rzekę. Tak jak w Chinach i b. ZSRR. Włocławską tamę miały asekurować pozostałe, dlatego postawiono kolos na małych fundamentach. Ale projekt zakończył się na Włocławku. Przez 30 lat woda podmyła fundamenty tamy, obniżyło się dno. Prąd rzeki może tamę przesunąć, nawet przewrócić.(...)
Ekolodzy zamiast nowej tamy proponują obniżenie włocławskiej o 2,5 metra - tyle, ile woda wyżłobiła w dnie rzeki.
- I nie trzeba budować nowej - tłumaczy Jacek Bożek z Gai. Argumentuje: - Jeśli powstanie nieszawska tama, zginą najrzadsze zwierzęta.
Według ekspertów z Polskiej Akademii Nauk, na zawsze wymrze kilka gatunków ptaków z Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt: np. sieweczki rzeczne i obrożne, rybitwy białoczelne.
- Są bezcenne - zapewnia dr Wiesław Nowicki.
- Częściowe rozebranie tamy we Włocławku byłoby korzystniejsze dla wszystkich. I odbyłoby się prawie za darmo - dodaje Bożek. Urzędnicy i decydenci z pobłażliwością słuchają argumentów ekologów, chociaż popierają ich niezależni eksperci z PAN-u, hydrotechnicy, Światowy Fundusz na rzecz Przyrody (WWF).
- Tu nie chodzi o żabki, ale o bezpieczeństwo ludzi - grzmi Jerzy Zieliński, zastępca dyrektora RDGW. - Zresztą dla ryb zbudujemy specjalne schodki, którymi będą sobie wędrowały przez tamę - dodaje. - Obniżyć tamę? Absurd! - denerwuje się dyrektor Zieliński. - Wtedy niemożliwa byłaby produkcja prądu we włocławskiej elektrowni. Budżet państwa traciłby co roku 140 milionów złotych.
Według Janusza Żelazińskiego, hydrotechnika z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie, w porównaniu ze stratami związanymi z budową tamy w Nieszawie - to i tak niewiele. Żelaziński jest za obniżeniem tamy, w tym duchu sporządził ekspertyzę dla Sejmu.
- Z mojego, ponad 40-letniego doświadczenia zawodowego wynika, że koszt budowy tamy może się zwiększyć i o 100 proc. Będzie więc kosztowała 2 miliardy! To czyste naciągactwo. Lobby zainteresowane rozkręceniem interesu nigdy się nie zgodzi na inne rozwiązanie - dodaje.
By zacząć inwestycję, potrzeba miliarda zł. Budżet państwa da (wg wstępnego projektu) 150 mln, resztę mają sfinansować firmy, które będą budowały zaporę. Wezmą kredyty na państwowych gwarancjach. W razie niepowodzenia zadłużenie spłaci budżet, czyli podatnicy. W razie sukcesu - one będą czerpać zyski. Konsorcjum przedstawia za to korzyści, jakie ma przynieść społeczeństwu budowa zapory: zlikwidowanie groźby katastrofy we Włocławku, produkcja prądu, ożywienie gospodarcze regionu...
- Słabe argumenty - uważa doc. Janusz Żelaziński. Wyjaśnia: - W skali kraju elektrownie wodne produkują 4 proc. prądu. Nieszawa da, góra, 0,5 proc. Prawie nic. Konsorcjum obiecuje nowe miejsca pracy dla miejscowych. - Wejdą maszyny, specjaliści. Ludzie z okolic znajdą pracę jako dozorcy i kucharki. Najwyżej 50 osób - mówi Żelaziński. Przykład? Dziesięć razy większą zaporę we Francji budowało 150 osób. Jeśli postawimy tamę w Nieszawie, przesuniemy tylko problem w czasie. Za 20 lat znów będzie problem, czy budować kolejną tamę, która zmniejszy niebezpieczeństwo zawalenia się poprzedniej.
Wicepremier Leszek Balcerowicz powołał specjalną komisję, która ma zaopiniować, czy budowa tamy w Nieszawie jest zasadna. Jest w niej prof. Jerzy Kołodziejski z Politechniki Gdańskiej, od lat zajmujący się sprawami zagospodarowania Wisły.
- Budowy tej tamy nie popiera środowisko ekspertów, profesjonaliści są jej przeciwni. Lepszą koncepcją jest obniżenie zapory we Włocławku. Budowa tamy w Nieszawie doprowadziłaby do Piekła - śmieje się, mając na myśli miejscowość Piekło, w której musiałaby stanąć ostatnia z wielu tam na Wiśle, mających za zadanie ochraniać tę w Nieszawie. Komisja ma rozpocząć prace w przyszłym tygodniu.
Chcieliśmy (redakcja SuperExpresu - przyp. red) się dowiedzieć, czy Budopol zamierza się angażować w budowę tamy w Nieszawie. Jednak nie mogliśmy się dostukać do drzwi kierownictwa firmy. Wreszcie przyjęła nas pani Alicja Koralewska, kierownik biura zarządu.
- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie - stwierdziła. - Nie jestem kompetentna. Powiedziała, że 18 grudnia ub. roku został wybrany nowy prezes Budopolu. Nie chciała jednak pokazać poświadczonego notarialnie sprawozdania z zebrania zarządu, z którego można by się dowiedzieć, jaki jest status Antoniego Tokarczuka i na jakich zasadach może wrócić on na swoje stanowisko. - To wewnętrzne dokumenty firmy - powiedziała. - Tajemnica.
Stanisław Krzyżelewski, zastępca kierownika tamy we Włocławku: - Nie wierzę, że włocławska tama może się zawalić na przykład jutro. Jednak jeśli przyszłyby gwałtowne opady deszczu i wichry, to byłaby prawdziwa katastrofa. Na wypadek awarii zapory we Włocławku zabezpieczamy się już od roku. Przygotowujemy system wczesnego ostrzegania. Stawiamy kolejne głośniki, które mają ostrzec mieszkańców, bo podczas prób okazało się, że ludzie nie słyszą syren alarmujących o awarii tamy. Zanim jednak skończymy ten system, minie jeszcze 2-3 lata! Ludzie są jeszcze niedoinformowani, gdzie mają uciekać w razie awarii. Ale zapewnimy im miejsca noclegowe i żywność na taką okoliczność.
Wiktor Zborowski, aktor: - Bezwzględnie sprzeciwiam się stawianiu zupełnie niepotrzebnej tamy w Nieszawie. Ja i koledzy Marian Opania i Marek Kondrat konsultowaliśmy się z ekspertami w tej dziedzinie. Uważamy, że są inne, lepsze rozwiązania, które nie zniszczą jednej z najpiękniejszych rzek w Europie. Decyzja ministerstwa o budowie nieszawskiej tamy jest wątpliwa technicznie, ekonomicznie i bardzo niebezpieczna dla przyrody. Nie można myśleć w sposób: "teraz mamy interes, żeby tamę postawić, a po nas to choćby potop". Tu chodzi przecież o rzekę! Bezwzględnie popieram stanowisko ekologów, jako zaangażowany wędkarz i jako człowiek. Aktorzy zebrali w swoim środowisku ponad 100 podpisów pod protestem przeciwko budowie tamy w Nieszawie, które złożyli na ręce premiera Jerzego Buzka.
Włocławska zapora jest największą zaporą na terenie nizinnym, na Wiśle, jedyną, przy której stoi elektrownia i produkuje prąd. Pozostałe tamy na Wiśle (wszystkie były budowane w latach 70.) są niedokończone. Postawiono ją, by podwyższyć poziom wody w Wiśle i uregulować rzekę. Chciano też zawrócić bieg rzeki i skierować Wisłę na ubogi w wodę Śląsk i w góry. Miało powstać minimum 10 tam, które spiętrzą wodę. Skończyło się na tamie we Włocławku. Wybudowano elektrownię, która miała produkować prąd. To jedyna korzyść z tamy. Pozostałe, czyli zawrócenie rzeki, usprawnienie żeglugi jest dziś nieaktualne. Na szczęście, bo w b. ZSRR spowodowało to katastroficzne skutki. Np. Wołga zamiast do Morza Kaspijskiego płynęła w przeciwnym kierunku, do Bałtyku. Morze Kaspijskie wysychało, zginęły m.in. jesiotry.
SuperExpress
Ropa w Warcie
Co najmniej kilkaset litrów etyliny 94 wyciekło z cysterny, która wpadła do jeziora Orzechowo w okolicach Cedyni w woj. zachodniopomorskim. Cysterna przewożąca ok. 9 ton benzyny bezołowiowej znalazła się na dnie jeziora tuż przy brzegu. Strażacy wypompowywali paliwo do późnych godzin nocnych.
Tego samego dnia plama ropy pojawiła się na Warcie w Poznaniu. Plamę o powierzchni około 200-300 metrów kwadratowych zauważyli przechodnie. Strażacy szybko rozstawili tzw. separatory, które uniemożliwiają przemieszczenie się plamy, i zaczęli wypompowywać substancję. Na razie nie wiadomo, jak i gdzie doszło do wycieku. Substancja zajmowała powierzchnię około 200-300 metrów kwadratowych. W akcji, trwającej kilkanaście godzin, brało udział 50 strażaków.
PAP, SuperExpress


Benzyna w Potoku
Po wierzchu Potoku Służewieckiego płynęła kilka dni temu tłusta, kolorowa ciecz. Raz była niebieska, raz zielona.
- To ropopochodna substancja. Ktoś zatruł strumyk - mówił Zbigniew Wityński z jednostki ratowniczo-gaśniczej straży pożarnej z Wilanowa. - Wygląda jak benzyna, ale pewni nie jesteśmy - tłumaczyli strażacy. Gruba warstwa płynęła od ul. Rzymowskiego do ul. Potockiego. Strażacy zatrzymali ją na wysokości gminy Wilanów.
- Myślę, że ropa zrobiła jakieś 3 km - tłumaczył Zbigniew Wityński. - Przy ul. Sobieskiego utworzyła się naturalna zapora z liści i gałęzi, dzięki temu do Wilanowa dopłynęło trochę mniej zatrutego potoku. Niestety, część dostała się jednak do jeziorka przy pałacyku. Taka trucizna zagraża roślinom i zwierzętom. A ryb i ptaków tutaj nie brakuje.
Aby zapanować nad sytuacją, strażacy postanowili utworzyć dwie zapory. Na wysokości ul. Potockiego rozłożyli na wodzie gąbczaste tworzywo, w które wsiąkała tłusta ciecz. Kilka metrów dalej, zaraz pod mostkiem, ustawili zaporę ze słomianych paczek. Zapobiegli dalszemu przedostawaniu się trucizny.
Pracowniczki Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska pobrały próbki zakażonego potoku. Jak trucizna dostała się do wody? - Być może wypłynęła z jakiegoś zakładu. To nie pierwsze zatrucie tego potoku. Trudno jednak ustalić sprawcę, taka ciecz szybko się rozprzestrzenia i płynie potem kilometrami - mówi Rafał Lasota, rzecznik straży miejskiej.
Gdy uda się złapać winowajcę, sprawa zostanie skierowana do kolegium. Grozi mu do 5 tys. zł kary.
SuperExpress


W morzu z podnoszeniem
Przestał obowiązywać zakaz połowu ryb na tzw. wodach morskich podległych Urzędowi Morskiemu w Szczecinie. (...) Do najlepszych łowisk na "wodach morskich" należy z pewnością Kanał Piastowski przecinający wyspę Karsibór. Wędkuje się wzdłuż prawego brzegu kanału, na długości ok 2,5 km. Dobre stanowiska wędkarskie można znaleźć też w samym Świnoujściu, szczególnie po obu stronach końcowego odcinka kanału żeglownego. W Wolinie wygodnie i skutecznie łowi się z obu brzegów Dziwny i tamtejszych kanałów. Tym, którzy na wymienione łowiska wybierają się po raz pierwszy, warto chyba przypomnieć o obowiązku posiadania licencji na sportowy połów ryb na wodach morskich.
Ze względu na dość duże głębokości, na wymienionych łowiskach łowi się z przelotowym spławikiem, bądź metodą gruntową, z ciężarkiem na końcu żyłki. Ciężarek przesuwa się po żyłce między dwoma śrucinami zaciśniętymi w odległości 40 - 50 cm. Haczyk wiążemy kilkanaście centymetrów nad górną śruciną, stosując krętlik, co zapobiega skręcaniu się żyłki. Jest to skuteczna metoda łowienia ryb żerujących przy dnie, przy wyrzutach z brzegu na odległość 50 - 70 metrów i więcej. Stosuje się także metodę zwaną "przepływanką z podnoszeniem". Zestaw płynie z prądem - przynęta wleczona jest po dnie, co jakiś czas podrywa się w górę wędzisko, co prowokuje ryby do brania. Przy tej metodzie można stosować spławik, lub łowić bez niego - wówczas żyłkę należy trzymać między palcami, aby wyczuć branie.
Zalecane przynęty to czerwone i białe robaki - biorą na nie głównie okonie, oraz pęcak gotowany, kukurydza, groch i gotowana pszenica, na które biorą płocie, leszcze i krąpie.
Głos Szczeciński


Piranie, boa i szkielet
Czarne piranie, pyszczaki, które przechowują młode w pyskach, groźny wąż boa, jadowita żaba upodobniająca się do podłoża - te niezwykłe okazy można zobaczyć na Wystawie Ryb i Roślin w Ogrodzie Zimowym w PKiN w Warszawie.
Na egzotycznej ekspozycji zgromadzono kilkadziesiąt gatunków zwierząt, z którymi nieczęsto mamy do czynienia. Zielony wąż boa, który zawinął się wokół gałęzi i trochę większy, tęczowy, wzbudzały największe zainteresowanie zwiedzających. (...) W akwarium obok, na kamienistym podłożu, rozpłaszczyła się żaba rogata, również bardzo niebezpieczna.
- Trzeba z nią uważać, bo jest jadowita - tłumaczy Waldemar Jastrzębski z Warszawskiego Związku Akwarystów, który zorganizował wystawę. Duże emocje wzbudzały również całkowicie przezroczyste rybki. Doskonale widać nawet ich szkielety.
Choć wystawiane czarne piranie są roślinożerne, lepiej nie wkładać palca do ich akwarium. - Mogą dziabnąć - ostrzega Waldemar Jastrzębski.
SuperExpress


Wody w jednym ręku
Na początku lat 90. resort ochrony środowiska podzielił gospodarkę wodną na dwa piony - okręgowe dyrekcje gospodarki wodnej (ODGW) i regionalne zarządy gospodarki wodnej (RZGW). Oddzielono w ten sposób, wbrew naturalnym związkom, zarządzanie zasobami wodnymi od ich eksploatacji.
W przypadku województwa zachodniopomorskiego i pozostałych województw nadodrzańskich, pod opieką ODGW pozostawiono problematykę odrzańską, ochronę przed powodziami, utrzymanie żeglowności, walkę z zimowymi zatorami lodowymi i współpracę z sąsiadami z zachodniego brzegu Odry.
Administrowanie zasobami wodnymi rozległej zlewni Odry znalazło się na prawie dziesięć lat w gestii RZGW. Stworzono układ nie mający odpowiednika w innych krajach europejskich, w których władza nad wodami spoczywa zazwyczaj w rękach państwa, a ich gospodarczym wykorzystaniem zajmują się agencje współpracujące z władzami komunalnymi.
Wygląda na to, że obowiązująca od początku br. struktura organizacyjna administrująca zasobami wodnymi będzie odpowiadać europejskim wzorcom. Połączone administracje, dawna ODGW i RZGW, działają na obszarze pokrywającym się z terenem, który był im poprzednio podporządkowany. Teren ten to polskie dorzecze Odry od ujścia Nysy Łużyckiej po deltę odrzańską, a także zlewnie rzek wpadających bezpośrednio do Bałtyku, od Świny do Wieprzy. We władaniu nazywającego się jak dawniej, ale jednak nowego Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Szczecinie nie znalazło się dorzecze Warty. Regionalne Zarządy Gospodarki Wodnej istnieją także w Gdańsku, Gliwicach, Krakowie, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu. RZGW mają ściśle współpracować z Inspekcją Ochrony Środowiska, Instytutem Meteorologii i Gospodarki Wodnej, komitetami przeciwpowodziowymi, prowadzić akcje lodołamania, pełnić rolę inwestora lub inwestora zastępczego na wszelkich budowach wodnych. oczywiście lista zadań RZGW jest dłuższa. To, jak w najbliższych latach będą działać RZGW w całym kraju, a w szczególności najliczniejsza ich grupa bezpośrednio związana z polskim dorzeczem Odry, zależy w dużej mierze od dwóch aktów prawnych, na które wszyscy czekają. Akty te to nowe Prawo wodne i przygotowywany od kilku lat "Program dla Odry 2006". Nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy dokumenty te zaczną obowiązywać.
W Szczecinie, a także we Wrocławiu, Gliwicach, Zielonej Górze i Opolu duże nadzieje wiąże się z doprowadzeniem Odry do takiego stanu, by żegluga na niej mogła odbywać się przez cały rok. By tak się stało, potrzebne będzie chyba mocne międzynarodowe wsparcie idei transportowego korytarza nadodrzańskiego, bo na realizację koniecznych inwestycji samej Polski dziś nie stać.
Głos Szczeciński


Zapłaćcie za bobry!
373 tysiące złotych odszkodowań za straty spowodowane w ubiegłym roku w gospodarstwach przez chronione bobry, wilki i żubry wypłacił rolnikom podlaski Urząd Wojewódzki. Urząd ocenia, że realnych szkód jest o 40 proc. więcej, ale wielu rolników ich nie zgłasza lub jeszcze nie wie, że może to zrobić.
Najwięcej szkód powodują bobry. Na ich działalność "poskarżyło się" do wojewódzkiego konserwatora przyrody w Białymstoku ponad tysiąc gospodarzy. Budowane przez bobry tamy i żeremia spowodowały najczęściej podtopianie okolicznych łąk i szkody w drobnym drzewostanie.
85 podań o odszkodowania dotyczyło szkód w trzodzie dokonanych przez wilki. Do wilczych ataków na bydło dochodziło najczęściej w trzech powiatach na Suwalszczyźnie: suwalskim, augustowskim i sejneńskim. Wilki zagryzały bydło w okolicach Wiżajn, Przerośli, Filipowa, Gib, Sztabina ale także Michałowa i Zabłudowa na Białostocczyźnie.
W styczniu podlaski konserwator przyrody Romuald Luto zwrócił się do ministra ochrony środowiska z ponownym wnioskiem o zgodę na odstrzał wilków. (...) Konserwator czeka także na zgodę ministra na kolejny odłów i przesiedlenie bobrów, których także - mimo odłowów - ciągle przybywa.
Najwięcej bobrów w Podlaskiem jest na Suwalszczyźnie. Występują także w dolinie Narwi na Ziemi Łomżyńskiej oraz w powiecie sokólskim. Konserwator ocenia, że w całym regonie żyje ok. 10 tys. tych zwierząt.
PAP


Gniazda do remontu
260 bocianich gniazd wyremontowano w Podlaskiem i na Warmii i Mazurach przed wiosennym przylotem tych ptaków. Akcja zakładania platform pod gniazda na słupach linii energetycznych trwała od września ubiegłego roku. Po raz trzeci przeprowadziło ją Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (PTOP), a sfinansowały: fundacja EkoFundusz i Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska w Olsztynie, które przeznaczyły na ten cel 100 tysięcy złotych.
Zdaniem Romana Kalskiego z PTOP, około 200 gniazd rocznie wymaga takich napraw, których nie mogą wykonać same ptaki. Duże gniazda często strąca wiatr, spadają też z powodu pochylania się słupów i gałęzi, na których są zakładane. Dotychczas w całej północno- wschodniej Polsce założono 700 platform pod bocianie gniazda.
Bociany, przylatujące do Polski z południa, na północny- wschód docierają najpóźniej, gdyż tam najdłużej utrzymują się niskie temperatury i chłodne prądy powietrzne. Mimo to pierwsze tegoroczne bociany widziano już na rozlewiskach Biebrzy we wsi Białosuknia w gminie Goniądz oraz w Wilamówce w sąsiedniej gminie Trzcianne. (...)
Polska jest europejską ostoją bociana białego. Liczbę przylatujących tu rocznie bocianich par szacuje się na 41 tysięcy (z 160 tysięcy żyjących na świecie). Jedna czwarta polskiej populacji bociana żyje w północno-wschodniej Polsce, gdzie ma dobre żerowiska w dolinach niezmeliorowanych rzek. Prawdziwą bocianią wioską jest wieś Żywkowo koło Górowa Iławeckiego na Warmii i Mazurach gdzie w ubiegłym roku było więcej bocianów niż mieszkańców. Ornitolodzy doliczyli się tam 35 par bocianów. Cztery lata temu były tam 42 bocianie gniazda, co dawało 5 gniazd na jedno gospodarstwo i ponad dwa na każdy budynek we wsi.
PAP


Seks pod kołami
Ekolodzy apelują do kierowców, by uważali na kopulujące płazy, które właśnie przechodzą okres godowy. Płazy często wybierają na miejsce godów asfaltowe drogi, cieplejsze od otoczenia. Tam giną pod kołami rozpędzonych aut. W obronie płazów stanął też poseł Unii Wolności i ekolog Jan Rzymełka.
- Trzeba pamiętać, że płazy też są częścią ekosystemu. Żywią się owadami. Jeśli pod kołami zginie większość żab i ropuch danego obszaru, to może się na przykład okazać, że będzie tam bardzo dużo komarów lub szkodników niszczących uprawy - powiedział. - To naprawdę niewiele kosztuje - zatrzymać się na 2-3 minuty, by pozwolić przejść połączonym namiętnym uściskiem żabom czy salamandrze. Wchodzimy do Unii Europejskiej i również pod tym względem powinniśmy realizować normy unijne, choćby budując przejścia dla zwierząt - pod lub nad autostradami. W Belgii czy Holandii na drogach są znaki - uwaga na żaby czy jaszczurki. W okresach godowych wolontariusze czuwają przy drogach i zatrzymują samochody w razie potrzeby.
Płazy to tzw. ekowskaźniki - występują tam, gdzie środowisko jest czyste i przyjazne dla człowieka, a więc również na terenach atrakcyjnych turystycznie. Asfaltowe drogi często przecinają ich ścieżki z miejsc godowych do obszarów, gdzie np. składają skrzek.
W kwietniu nadal trwa migracja rozrodcza płazów (żab , ropuch, traszek). Do stawu w Jeleniowie koło Kudowy Zdroju z okolicznych łąk podąża, aby złożyć skrzek ok. 23 tys . płazów. Rozwój motoryzacji powoduje , że wiele płazów podczas przechodzenia przez drogę ginie pod kołami samochodów. Aby temu zapobiec Park Narodowy Gór Stolowych realizuje "Projekt czynnej ochrony płazów w Górach Stolowych". Przy drodze zainstalowany jest płotek ochronny i pułapki na żaby , które są następnie wypuszczane do stawu .
PAP


Wstały misie
Tatrzańskie niedźwiedzie przebudziły się na dobre. Ślady tych zwierząt pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego napotkali w pięciu rejonach Tatr. W górach leży jeszcze od jednego do blisko trzech metrów śniegu, ale w ciągu dnia na ogół panują dodatnie temperatury powietrza. Sprzyjająca pogoda, a także głód i pragnienie wywabiły niedźwiedzie z gawr.
Tatrzański Park Narodowy podał, że niedźwiedzie wędrują już w rejonie Łysej Polany oraz dolin: Strążyskiej, Białego i Chochołowskiej. Na początku tygodnia ślady jednego osobnika widziano też w Dolinie Bystrej. Po raz pierwszy w tym roku dwa niedźwiedzie widziano w połowie marca w Dolinie Rybiego Potoku, w rejonie Pięciu Stawów. Jeden z nich usiłował upolować łanię.
W Tatrach Polskich żyje od 10 do 15 niedźwiedzi, natomiast w Tatrach Słowackich ponad 50 sztuk.
PAP


Nietypoły przyłów
Rybacy z Ustki wyłowili młodą fokę. Zwierzę trafiło do fokarium w Helu. - Zwierzak jest bardzo wycieńczony. Płynął do nas ponad 400 km - mówi dr Krzyszot Skóra, szef Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego. Foczka zaplątała się w rybackie sieci kutra U-140 w sobotę, 10 mil na północ od Rowów
. - Dostaliśmy sygnał z Ustki, natychmiast pojechaliśmy na miejsce i przywieźliśmy fokę do stacji - mówi Krzysztof Skóra. - Zwierzę jest bardzo chude, musiało zużyć cały zapas tłuszczu płynąc w stronę polskiego wybrzeża. Podejrzewamy, że pochodzi z Estonii, żeby tu dotrzeć, musiało pokonać ponad 400 kilometrów.
Foczka waży 11,5 kilograma, ma 84 cm długości. Dostała środki wzmacniające, wczoraj rano pracownicy stacji nakarmili ją rybną papką.
- Teraz odpoczywa - mówi dr Skóra. - Kiedy nabierze sił, wypuścimy ją z powrotem do Morza Bałtyckiego. (...)
W zeszłym roku, także na początku kwietnia, do helskiej stacji trafiła inna foka - nazwano ją April. Po odkarmieniu zwierzę wypuszczono do morza. Niestety foka zginęła, zaplątana w rybackie sieci.
SuperExpress


Krajobraz z pampersami
Do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego przyjeżdża wielu spragnionych kontaktu z przyrodą warszawiaków. To tylko 15 kilometrów od centrum stolicy. Tuż za osiedlem w Starej Miłosnej las zaczyna przypominać śmietnik: plastikowe butelki, puszki po piwie, papiery. Nad malowniczym stawem straszy góra przyszarzałych już ze starości odpadów budowlanych.
- Tu takie obrazki widać co krok - macha ręką starszy pan z dwoma psami. - Ludzi stać na to, żeby budować domy, a nie stać na wywożenie śmieci.
Przy rozwidleniu leśnych dróg bieleje góra... zużytych pampersów. Wśród nich flaszki po dobrych alkoholach, opakowania po margarynie i inne domowe odpadki. Brudas zostawił "wizytówkę": rachunek za telefon komórkowy (915 złotych), z nazwiskiem i adresem. Dzięki tym danym można dowiedzieć się, co jada się, pije i pali w domu państwa P. z ulicy Hiacyntowej w Starej Miłosnej. Wie już o tym również straż miejska w Wesołej. Strażnicy zapewnili "Super Express", że zajmą się sprawą pampersowego śmieciowiska w krajobrazowym parku.
SuperExpress


Cisza przed wiosną
W poznańskim Ogrodzie Botanicznym trwa przedwiośnie - na prawdziwą wiosnę trzeba będzie poczekać do maja. Na ponad 20 ha powierzchni Ogrodu kwitnie niewiele roślin, ale według zapewnień jego pracowników pierwsze oznaki wiosny da się już zauważyć. Są to głównie wczesne gatunki kwiatów: krokusy, przylaszczki, śnieżyce. Przebiśniegi, które pojawiły się najwcześniej, zaczęły już nawet więdnąć.
Na dobre obudziły się niektóre drzewa i krzewy, na przykład wierzby i forsycje. Te pierwsze powoli przekwitają i zamiast bazi pojawiają się młode listki. W ciągu ostatnich dwóch dni zakwitły też sasanki. W niektórych miejscach można znaleźć bardziej egzotyczne, również kwitnące gatunki, jak ałtajską bergenię sercolistną czy kaukaską piwonię Młokosiewicza.
Gazeta Wielkopolska, dodatek do Gazety Wyborczej


Ostrygi na cenzurowanym
Władze Kuwejtu wprowadziły całkowity zakaz sprzedaży ostryg w kraju, grożąc islamską klątwą - fatwą - tym wszystkim, którzy nie zastosują się do zarządzenia. Bezprecedensowe postanowienie kuwejckich władz, podjęte na żądanie islamskich duchownych, ma związek z zakazanym przez islam hazardem.
Kuwejt od wieków był głównym centrum odłowu ostryg - przede wszystkim zaś perłopławów. Dziś ostrygi łowi się przede wszystkim dla konsumpcji, a przy okazji na miejscowym rynku powstał obyczaj stawiania zakładów co do zawartości muszli. Zdarza się bowiem, że poławiacze na oczach gawiedzi na miejskim rynku po otwarciu muszli znajdowali w niej doskonałą perłę, którą mogli sprzedać nawet za dziesięć tysięcy dolarów.
Rynek, gdzie stawiano zakłady, zostanie zamknięty, a gromadzącym się tam hazardzistom grozić będzie klątwa, jeśli nie zastosują się do decyzji rady miejskiej Kuwejtu i nadal będą organizować zakłady co do cennej zawartości wyławianych muszli.
PAP


 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusUsługi poligraficzneWędkarstwoŁowiskaPozycjonowanie stron WWWDarmowy ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany Odoo