Nad dolną Odrą usłyszałem o rapie, że jest rybą dalekich rzutów i wielkich emocji. Jest to chyba najbardziej lapidarna, a jednocześnie wyczerpująca maksyma o boleniu. Taka, której rozwinięcie może ciągnąć się przez całą monografię...
 

  NR 38      3 KWIETNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
RYBA WIELKICH EMOCJI
     Wędkarski żargon zawiera masę niezwykle celnych określeń, wielką ilość przysłów i porzekadeł. Wszystkie gdzieś u swych początków mają wnikliwą i mądrą obserwację wody, rybich obyczajów, otoczenia rzeki. Gdzieś w środku dzieją się skojarzenia, procesy słowotwórcze, by w końcu błysnąć skończenie wspaniałym określeniem.

     Ot, choćby nazwanie bolenia znad mazowieckich wielkich rzek, znad Wisły, Bugu i Narwi. Tu mówi się na tego największego drapieżnika z rodziny karpiowatych RAPA. Skąd się taka nazwa wzięła?
     Popatrzmy na wsteczne prądy za wiślaną ostrogą. Od warkocza ku brzegowi woda spokojniejsza, widać oczkowanie drobnicy, uklejkowe pląsy, wyskoki, błyskania. Rybek na gęsto.
     Widocznie gdzieś od spodu migotnął

cień drapieżcy,

bowiem woda zagotowała się od wyskakujących wachlarzykiem rybek. Atak jednak nie nastąpił. Coś się boleniowi odwidziało. W uszach pozostał jednak odgłos paniki wznieconej przez drobiazg. Takie niezbyt głośne, ale całkiem wyraźne i szeleszczące "rrra".
     Nie minęło kilka sekund, gdy "rrra" wzniecone przez ukleje rozlega się kilka metrów dalej. Tym razem drapieżnik wali w ofiary. Jak błyskawica, mocno, głośno... W gwałtownym zwrocie uderza ogonem o wodę. I oto w uszach pozostaje wyraźna nazwa napastnika - RRRA PA!
     Zafascynowany jestem tą onomatopeją (dźwiękonaśladownictwem) i przyznam, że dość rzadko posługuję się nazwą z atlasów przyrodniczych. Gdy wybieram się nad Wisłę uzbrojony w delikatny, lecz cięty kij spinningowy, to idę na rapy, gdy złowię tę fascynującą rybę, to rapę mam na rozkładzie. Nie bolenia...
     Odgłos towarzyszący atakowi bolenia dostrzegli i Niemcy, i Rosjanie, i kilka jeszcze innych nacji.
     Analiza nazw nadawanych rybom przez wędkarzy bywa często równie pożyteczna, jak wnikliwe obserwowanie rzeki i ryb. Warto też zastanowić się nad każdym porzekadłem, określeniem, jakie słyszy się na brzegu, jakie wyczytuje się w wędkarskiej prasie i literaturze.
     Ryba wielkich emocji - tak mawiają nad Odrą. I można tak mówić

nad każdą wodą,

w której rapy żyją...
     Dla tych, którzy boleni nie łowią, bywa to ryba wielkiej złości, ogromnego rozżalenia. Pod adresem drapieżnika padają ciężkie słowa. Nastawieni na leszcze i certy amatorzy przystawki klną rapy czyniące im zamieszanie między spławikami. Nie czynią tego z nienawiścią, bowiem wielu wędkarzy po kilku nieudanych próbach bezskutecznego zapolowania na bolenie raz na zawsze odpuszcza sobie te ryby. Po pewnym czasie rzucanie inwektyw pod jej adresem nacechowane jest pobłażliwością - i do niej, i do samego siebie. Można wręcz usłyszeć nad wodą, że rapa jest nie do złowienia.
     Ale nawet u trwających w tym przekonaniu ludzi, takich co to pacnięcia o wodę tęgiej ryby kwitują pobłażliwym wstchnieniem, rodzi się zabójca w dni, w które na bolenie z całej okolicy spada jakiś amok. Zdarzają się bowiem drapieżnikom kilkugodzinne okresy, w czasie których tracą wszelki rozsądek, przestają być ostrożne, uważne, przebiegłe i na całej rzece biją we wszystko, co się rusza. Takie napady agresji zdarzają się niekiedy pod koniec wiosny, na początku jesieni, a także w wieczory wyjątkowo skwarnego lata.
     Woda co kilka, kilkanaście sekund burzy się od wyskoków potężnych ryb, drobnica raz za razem szumi pod powierzchnią. Jeśli tylko rzecz się dzieje w łowisku, w którym woda choć trochę płynie, to nawet początkujący spinningiści tańczący w drewniakach po nadbrzeżnych kamieniach mogą liczyć na złowienie kompletu.
     W takie dziwne dni - których nadejścia nie jest w stanie przewidzieć nawet najbardziej zaawansowany raper, najtęższy łowca boleni - drapieżniki te atakują wszystkie przynęty. Biją w klasyczne boleniówki, wąskie, dość ciężkie whadłówki o niewielkiej amplitudzie kołysań, uderzają w ołowianki, w białe rippery, twistery, jigi, w obrotówki o srebrzystej paletce, w cykady, w pilkery, w uklejokształtne i uklejobarwne woblery. Czyli w przynęty, które do łowienia boleni używane bywają na codzień.
     Jednak w

dni boleniowego szaleństwa

łowi się rapy na przynęty, którymi nie posługują się boleniarze. Rapy konkurują z kleniami o pomalowane na wściekłe fluo pękatymi woblerkami o schizofrenicznej akcji, współzawodniczą z okoniami o obrotówki z paletkami o równie niesamowitych barwach, o rippery bijące w oczy. Potrafią uderzyć w robaka wijącego się na ściąganym właśnie zestawie przystawkowym, czy walnąć potężnie w ciężarek wyjmowanego z wody zestawu do drgającej szczytówki.
     W ciągu ostatnich lat trzykrotnie miałem szczęście trafić na taki dzień, w tym aż dwukrotnie w okolicach modlińskiej twierdzy na Narwi. Na własne oczy widziałem bolenie dyndające na zmontowanych ad hoc, na poczekaniu, dziwacznych przynętach. Ot, ozdobiona wyczesanym białym sznurowadłem ołowiana oliwka z kotwiczką nr 10 czy pęczek czarnych wentyli na jigowej główce.
     Pod murem twierdzy siedziało kilkunastu denkarzy. Bolenie wpadły w amok koło południa. Po dwóch godzinach niemal wszyscy biczowali wodę zaimprowizowanymi spinningami. Najlepsze efekty miał młody chłopak, który ze srebrnej bransoletki z wygrawerowaną grupą krwi zrobił maleńką błysteczkę.
     Bodaj po trzech kwadransach miałem komplet, usiadłem więc na kamieniach i przyglądałem się baletowi boleni. Istne szaleństwo. Zaraźliwe. Wędkarze, którzy mieli szczęście znaleźć się w taki dzień nad wodą i posiadali spinning lub coś spinningopodobnego, zachowywali się jak psychopaci. Pewnie do chwili, w której zdecydowałem się na przysiad i sięgnięcie do torby po kanapki wyglądałem identycznie - to musiała być ta sama żądza mordu, jakiś niesamowity pośpiech, gorączka, nieprzytomność, która malowała się na twarzach aktorów w najbardziej drastycznych sekwencjach filmu "Pluton" czy "Czas apokalipsy".
     Przyszły mi do głowy te właśnie kadry z prostego powodu. Boleniom przeszło bodaj po trzech godzinach. Zniknęły po prostu. Zaś chłopak od błystki z grupą krwi usiadł ciężko na kamieniach i jęknął:
     - O Jezu, ale Wietnam...
     Czyż nie jest tedy rapa rybą wielkich emocji?
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych