Każdy spinningista próbował na początku swej łowieckiej kariery zapiąć na błystce bolenia uganiającego się po zastoiskach za główkami, u ujścia nieprzepływowych łach. Czasem nawet rzecz taka udawała się...
 

  NR 38      3 KWIETNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
KARPIOWATY INACZEJ
     Ileż emocji, ileż gniewu, złości, rozczarowania, zniechęcenia przeżywało się przy okazji... Później dopiero przychodziła wiedza, że na stojącej wodzie polowanie na rapę przypomina najczęściej ślęczenie nad jednorękim bandytą w salonie gier.

     Znam oczywiście wędkarzy, którzy widząc żerujące intensywnie bolenie rozpoczynają taką grę i po jakimś czasie trafiają rapie w punkt, ale najtężsi znani mi raperzy omijają takie łowiska jako zbyt fuksiarskie i zbyt irytujące.
     W wodzie płynącej daje się bowiem łowić bolenie w sposób świadomy, niejako z premedytacją. Drapieżnik atakuje w miejscach łatwiejszych do wypatrzenia, przewidzenia, powtarza ataki z dokładnością do kilku centymetrów.
     Jeszcze przed dziesięciu laty łowcy boleni stanowili

elitę wśród spinningistów,

dziś raperów jest nad polskimi wodami wielu. Można rybę tę łowić regularnie, jeśli tylko jest się otwartym na rzekę, na ryby i potrafi korzystać z prasy, literatury oraz rad przyjaciół znad wody. Wystarczy mieć spore pokłady cierpliwości i nie wstydzić się śmieszności podczas podchodzenia do łowiska. Bolenie bowiem na pojawienie się nieostrożnego wędkarza w polu ich widzenia reagują zaprzestaniem żerowania. Co prawda po chwili potrafią je podjąć i bić w drobnicę pod nogami spinningisty, ale na żadną przynętę nie dają się nabrać.
     Wielu próbowało szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Nikt znany mi nie rozwiązał tego problemu. Zresztą czy rozwiązanie takie jest potrzebne, skoro wystarczy do brzegu podejść na kolanach, podczołgać się do niego, wykorzystać osłonę, jaką dają krzaki, drzewa, by poczuć na kiju przepotwornie mocne uderzenie rapy w przynętę...
     Ten atak właśnie jest dla łowców boleni celem wędkarskich wypraw. To niewiarygodna dynamika i siła, to kolejne, najwspanialsze emocje, których kolegom po kiju nie szczędzi ta supersportowa ryba.
     Drapieżnik ten jakoś wymyka się

z wszelakich matryc.

     Zresztą nie tylko ja traktuję go jako coś odstającego od rzecznej zwyczajności, także wielu moich przyjaciół o rapie opowiada jak o zjawisku nadzwyczajnym.
     Nawet biologowie podkreślają niezwykłość bolenia - ryba to przecież karpiowata, budową ciała i narządów wewnętrznych od rodziny nie bardzo odstająca, a drapieżnik bodaj czy nie większy od na przykład sandacza, który przecież nie stroni od pijawek, od rybich zwłok zalegających na dnie, od raków, żab czy myszy porwanych przez nurt.
     Dorosły boleń odżywia się niemal wyłącznie rybami. Przycież nie można owych krótkich okresów szaleństwa, gdy wali w nietypowe przynęty, uważać za stan normalny. Raz tylko widziałem, jak drapieżnik uderzył w wielkiego chrząszcza próbującego oderwać się od wody. Rzecz miała miejsce nad kryształowo przezroczystą Pilicą w pobliżu Spały, więc miałem okazję do końca obserwować spotkanie ryby z owadem. Po raz pierwszy i jedyny w życiu widziałem, jak się ryba krztusi - widać chrząszczysko nie było tym, co boleniom smakuje najbardziej, bowiem natychmiast po zebraniu owada z powierzchni ryba zatrzymała się w miejscu i zaczęła wykonywać przedziwne, jak gdyby kaszląco-krztuszące ruchy. Po kilku sekundach wypluła zmielone przez zęby gardłowe szczątki chrząszcza. "Kaszlnęła" jeszcze kilka razy i wróciła pod mostowy filar do swej czatowni.
     Do ryby, która "kaszle", która jest łudzącą podobna do uklei, lecz o wiele razy razy większa, a na dodatek uleją głównie się odżywia, trzeba podchodzić

jak do odrębnego zjawiska,

czegoś wyjątkowego, niezwykłego...
     Wędkarz spotyka się z rapą późno. Do niedawna dopiero bowiem w maju kończył się jej okres ochronny - i wielu przy tym terminie pozostało.
     Odpoczywa boleń dość długo po tarle. Nawet podczas wyjątkowo ciepłego początku maja rzadko można dostrzec jej przypowierzchniowe ataki. Trzyma się raczej rzecznych rynien, w których zalegają spore kamienie, za którymi znajduje prądowe cienie i w których to cieniach przesiaduje przez większą część dnia, czatując na ofiary niesione przez rzekę.
     Na łowy wyrusza dopiero pod wieczór. Nie penetruje jednak płycizn, porusza się wzdłuż uskoków dna, w toni głębokich, spowolnionych dołów. Właśnie w tych miejscach znaleźć może stada uklei gromadzących się na noc.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych