Boleń jest sportowym przeciwnikiem, gra czysto, zna zasady fair play, choć przecież gra idzie o jego życie. Niemal nigdy nie umyka w pierwszej fazie holu w dół rzeki, nigdy też nie gna w stronę przybrzeżnych haszczy.
 

  NR 38      3 KWIETNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
TYLKO SPOKÓJ...
     Uciekając rapa odjeżdża na otwartą wodę, nie wyskakuje, nie robi młynków. Jeżeli tylko wędkarz zachowa spokój i zadba o precyzję w ustawieniu hamulca oraz nie zniży niepotrzebnie szczytówki, to po kilku minutach może być pewien zwycięstwa.

     Boleń uznawany jest za rybę szybko słabnącą, mało wytrzymałą. Jest to prawda jedynie do pewnego stopnia, czy raczej do pewnej wagi ryby. Trzykilogramowa sztuka może walczyć nawet kilkanaście minut, kilkakrotnie uruchamiać terkotkę hamulca, mocno wyginać kij i spowodować niezgorszy ból ramienia. Jednak po powstrzymaniu pierwszego odjazdu na ogół daje się prędzej czy później doprowadzić do ręki czy podbieraka.
     Sam hol także jest widowiskowy.

Po pierwszym szaleństwie

rapa wychodzi do wierzchu, jednak nie ma w zwyczaju - jak np. jaź - chlapać się czy kręcić wokół własnej osi. Walczy tuż pod powierzchnią. Bardzo wyraźnie widać przy tym płetwę grzbietową, niekiedy wierzch ogonowej. Potężne machnięcia ogona przyginają wędzisko, żyłka gwiżdże przy najlżejszym wietrze.
     Poza pierwszą fazą holu zdarzają się sytuacje niebezpieczne. Na długiej żyłce boleń próbuje pozbyć się przynęty poprzez rozwinięcie niesamowitej prędkości. Gna na oślep. W ciągu dwóch, trzech sekund potrafi umknąć kilkadziesiąt metrów w bok. Pamiętam, jak na jednej z główek w Nowym Dworze Mazowieckim boleń, który skusił się na dużą obrotówkę o kilkadziesiąt metrów od mojego stanowiska, pognał jak błyskawica w lewo... Zarył się w piach przykosy, wyskoczył na nią, majtnął się kilka razy, spiął z haka i wpadł na powrót do wody.
     Nie zawsze jednak uderzenia bolenia bywają tak dynamiczne. Już pod koniec maja rapy podchodzą

pod same burty

i właśnie tam warto je wówczas łowić. Woda jest jeszcze wyraźnie podwyższona, kamieniste lub faszynowe umocnienia zalane. Nad nimi gromadzi się drobnica. Z głębi przy kancie często wypadają bolenie.
     Wielu specjalistów radzi, by przynętę prowadzić w takich sytuacjach z prądem, bardzo szybko. Mają rację, pobicia zdarzają się chyba częściej niż przy prowadzeniu w poprzek nurtu czy pod prąd. Są także bardzo silne.
     Można jednak bolenie w takich okolicznościach łowić spokojniejszą metodą. Posyła się obrotówkę bądź pływającego woblera

daleko na rzekę,

wybiera luz żyłki i pozwala się przynęcie spłynąć po łuku ku burcie. Dość często rapa atakuje w momencie zbliżenia się wabika do brzegu. To także są uderzenia silne i zdecydowane...
     Po osiągnięciu nurtu przybrzeżnego przynętę prowadzi się pod prąd bardzo powoli, z krótkimi i częstymi zatrzymaniami. I do takiej wychodzą bolenie. Jakże jednak inaczej niż do prowadzonej tradycyjnie. Bywa, że śledzą ją przez kilka metrów - na wodzie pojawia się wówczas wyraźny odkos wywołany przez grzbiet drapieżnika. W końcu albo rezygnuje i odpływa, albo decyduje się na delikatne wessanie błystki od tyłu, z prędkością nieco większą od przynęty. Zaznacza się to wyprostowaniem szczytówki, leciutkim oporem, dreszczem - zupełnie jak w czasie "gumkowych" brań sandaczy.
     Na reakcję wędkarz ma maleńką chwilkę - jeśli natychmiast nie zatnie ryby, ta wypluje przynętę i tyle ją będzie widać.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych