Z najłatwiejszym, ale i najbardziej interesującym okresem polowań na bolenie mamy do czynienia od czerwca. Zarówno dla ryb, jak i dla spinningisty najlepszym miejscem polowań okaże się pogranicze nurtu i spokojnej wody.
 

  NR 38      3 KWIETNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
GŁÓWKA W WARKOCZACH
     Na wielkich rzekach klasycznymi miejscami boleniowymi są ostrogi. Zarówno przed nimi, jak i w zanurtowej strefie powstają zastoiska, rozległe wsteczne i kołujące prądy. Sama główka, zazwyczaj kamienna na faszynowym podkładzie, bywa dla rapy idealną stołówką. Tuż przy niej, i to z każdej strony, wśród patyków i kamieni zbierają się masy rybiego drobiazgu, na który zawzięcie polują drapieżniki.

     Ataki bolenia bywają zazwyczaj dobrze widoczne. Ryba ta przepada za wypłyceniami graniczącymi z głębiną. Doskonale zamaskowana ciemnym grzbietem podpływa do uskoku, wybiera gromadkę ofiar, celuje i bije. Jej ataki tradycyjnie wzniecają w stadku straszliwą panikę. Bywa, że jedna, czasem nawet kilka rybek wyskakuje na kamienisty brzeg.
     Wiedzą o tym mewy siodłate i czaple siwe, które na ostrogach w bezludnych okolicach potrafią przesiadywać przez całe dnie i

wybierać spomiędzy kamieni

przerażoną drobnicę.
     Nie tylko najbliższa okolica główki bywa boleniowym łowiskiem. Także warkocz kipiącej wody tworzący się poniżej szczytu jest znakomitą stołówką. Wiele ryb lubi się ustawiać na pograniczu nurtu. Można tu zatrzymać się na spokojniejszej wodzie i bacznie obserwować strefę prądu. Nietrudno jest wyskoczyć w bystrze po niesione przez rzekę pożywienie.
     Sporo w spokojnej strefie warkocza przebywa uklejek i podrośniętego narybku innych karpiowatych. Od czasu do czasu pojedyńcze rybki porywane bywają przez bystrzynę. Co sił starają się dotrzeć do zwolnienia. Są niewątpliwie przestraszone, zdezorientowane. I właśnie one bywają łatwym pokarmem rap.
     Wędkarz, który o tym wie, zdaje sobie sprawę, że arcyostrożny boleń nie pobije przynęty, która prowadzona jest w nienaturalny sposób. Spinningiści, którzy natychmiast wchodzą na szczyt główki i prowadzą błystkę pod prąd, skazani są na próżne biczowanie wody. Szanse mają natomiast ci, którzy stają w sporej odległości od końca ostrogi i tak podają przynętę, by ta z nurtu wchodziła w spokojną toń, przecinając warkocz w różnych miejscach. Takie podanie blaszki, ripperka, twistera bardzo udatnie naśladuje naturalny pokarm bolenia.
     W pobliżu poprzecznych budowli hydrotechnicznych przebywają na ogół młodsze rapy. Można tu złowić sztukę kilogramową, czasem półtoraka. W warkoczu upolować da się osobnika ważącego nawet dwa i pół kilograma. Natomiast medalowe bolenie trzymają się raczej

dalej od brzegu.

     Widać je gdzieś na końcu warkocza, poza zasięgiem rzutu tradycyjną przynętą. Można je sięgnąć jedynie ołowianką lub pilkerem. Skuteczne bywają niewielkie rippery obciążone pokaźną główką. Daje się też cisnąć na taką odległość sporą obrotówką z przeciążonym korpusem. Drapieżniki przebywające dalej od brzegu bywają mniej ostrożne. Bytują na stałe w strefie mniej zasobnej w pokarm, dlatego atakują każdą przynętę, byle prowadzona była w naturalny sposób. Zasadą winno być prowadzenie jej z nurtu w wodę spokojniejszą.
     Na Wiśle, Odrze, Bugu, Narwi czy na Warcie można spotkać stare, zatopione ostrogi wybiegające daleko w rzekę. Są one najczęściej poprzerywane, zatopione i tworzą nawet kilkudziesięciometrowy przelew. Na tym przelewie lub tuż za nim czatują na łup największe bolenie. Od czerwca do sierpnia zwykły one dość regularnie dawać o sobie znać potężnymi, głośnymi uderzeniami. Jak gdyby ktoś walił o powierzchnię wody łopatą do chleba.
     Niekiedy potwór taki wyskakuje z wody całkowicie. Wędkarz, który ma okazję obejrzeć takie zjawisko, ciężko na ogół choruje. Znam tę chorobę...
     Mam taką główkę w podwarszawskiej Łomnej. Po dwudziestu metrach rzeka wyryła w ostrodze głęboką dziurę. Dziesięć metrów dalej na wodzie bardzo wyraźnie znaczy się dalszy ciąg poprzeczki. Kończy się ona ok. 50 60 m dalej. Na szczycie leżeć muszą potężne kamienie, być może ocalał cypel z betonu i trylinek. Przez całe lato widać w tym właśnie miejscu potężne uderzenia rapy.
     W 1994 roku ulokował się tam

boleń tak ogromny,

że musiałem podjąć próbę dorzucenia doń. Próbowałem przez trzy kolejne dni.
      Codzień przychodziłem z żyłką o numer cieńszą i o numer cięższymi główkami, którymi zbroiłem siedmiocentymetrowego rippera o klasycznym, czarnoperłowym ubarwieniu. I w końcu dorzuciłem.
     Przynęta przeleciała nad stanowiskiem drapieżnika, wpadła do wody ze dwa metry powyżej, skosem pod prąd. Uderzenie nie było specjalnie mocne - żyłka była bardzo cienka, długi jej odcinek zamortyzował pobicie.
     Po dziesięciu minutach niezbyt pasjonującego holu miałem ją przy ręku. Mierzyła ponad dziewięćdziesiąt centymetrów.
     Po kilku dniach jej miejsce zajął inny boleń. Ale już nie taki.
     Bolenie czatujące na długich przelewach, przyczajone za kamienistymi rafami, a także za ustalonymi przykosami łowić trzeba właśnie w taki sposób. Przynętę podaje się za wypatrzone stanowisko ryby, nieco w górę rzeki, a następnie wprowadza od strony nurtu w miejsce, w którym pokazywała się rapa. Uderzenie następuje natychmiast - byle tylko dobrze pocelować.
     Znanymi przez wszystkich specjalistów

boleniowymi łowiskami

są także śródrzeczne przykosy. Łowienie na nich niczym się nie różni od łowienia na przelewach. Obowiązuje natomiast nadzwyczajne krycie się i maskowanie. Właśnie tu można zaobserwować, że doskonałe wyniki miewa się, gdy przynętę sprowadza się z płytszej wody ku głębinie. Bywa to możliwe, jako że rozbudowane przykosy miewają mnóstwo cypli, jęzorów, rozgałęzień.
     Bardzo często bolenie pokazują się także w wodzie kompletnie stojącej. Nietrudno je złowić w maju, daje się na początku czerwca, ale potem jedynie obdarzeni nadzwyczajną cierpliwością wędkarze mogą się o rapę ze stojącej wody pokusić. Na ogół latem nie ma jednak takiej potrzeby - jeśli drapieżniki biją w zastoiskach, to pokazują się także w strefie nurtu, gdzie łatwiej je dostać.
     Na małych rzekach boleni jest mniej, ale i tam można je łowić. Każdy cypel wrzynający się w koryto, zakręt, ujście stumienia, wysoka burta czy kamienisko śródrzeczne mogą być stanowiskiem rapy. Także wyjścia ze zwężeń, tzw. wąskie gardziele za zwałowiskiem czy głazami warto obłowić boleniową przynętą, jeśli tylko drapieżnik prezentuje swą obecność. Nie ma tutaj właściwie żadnych specjalnych różnic między łowieniem w dużej czy niewielkiej rzece. Dobre maskowanie, dobre prowadzenie i dalekie rzuty mogą dostarczyć wędkarzowi wielkich emocji.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych