Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata. A i pozwoli się podzielić myślami... A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 38      3 KWIETNIA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
MARCOWA WYPRAWA
     Od lat wędkuję bez zimowej przerwy. Późnojesienne szczupaki, przedzimowe sandacze, miętusy... a potem lód. A potem, po Nowym Roku - pstrągi. Zimno, śnieg i jakiekolwiek kaprysy aury ani mnie dziwią, ani martwią. Nie ma złej pogody, jest tylko źle wyposażony wędkarz. Aż mi się wierzyć nie chce, że kiedyś sezon zaczynałem w kwietniu, czasem w końcu marca i było to zawsze Wielkie Wydarzenie.

     Początek wiosny rozpalał tęsknotę za jakąkolwiek wyprawą. Nie potrafiłem, nie mogłem usiedzieć w domu! Czasem jednak, jak to w marcu bywa, pogoda płata psikusa. Wraca zima. I trudno się z tym pogodzić...

*****

     Ocknąłem się zanim zadzwonił telefon. "Co to za dziwne pacnięcie o parapet?" - pomyślałem. Wyglądam przez okno - biało... Wieczorem kropił tylko drobny kapuśniaczek, teraz mokry śnieg wali na całego gęstymi płatkami. Tylko bałwany lepić. Nasypało już kilkanaście centymetrów. Z dachu co chwila spadają mokre płaty. A jeszcze wczoraj była piękna, marcowa wiosna. Fruwały motyle, bez trudności uzbierałem słoik rosówek na trawniku...
     Szykowaliśmy wyprawę na Roztocze, na miętusy i na pstrągi. Umawialiśmy się od dawna, wszystko było ustalone i zaplanowane. A tu masz...
     Maciek zjawia się punktualnie. Pijemy gorąca herbatę, analizujemy sytuacje. Odpuścić, odłożyć wyprawę - tak podszeptuje rozsądek cywilizowanych ludzi, zwycięża jednak irracjonalny wędkarski optymizm.
     Jedziemy. Mały fiat Ritmo z trudem brnie po ośnieżonej szosie. Nie szkodzi, zdążymy, nie śpieszno nam. Zresztą, liczymy na wyjaśnienie pogody. Pierwsze górki za Lublinem, gdzieś w okolicy Wysokiego, okazują się jednak nie do pokonania. Lekki samochodzik bezradnie buksuje w mokrym śniegu. Koniec, klops, nie da rady.      Zjeżdżamy na pobocze - to nawet nie połowa drogi...
     - Poczekajmy, już nie pada, zaraz przejedzie kilka ciężarowek i rozjeździ to wszystko - Maciek jest wielkim optymistą. Cóż...

*****

     Ruszamy dalej po godzinie. Zrobiło się jasno, mimo to ruch ciągle niewielki - sobota. Jakoś brniemy naprzód. Mijamy Biłgoraj, skręcamy na Aleksandrów. Wkrótce jesteśmy na miejscu, w Sigle. Szum, prawobrzeżny dopływ Tanwi, przecina tu szosę. Zaraz za mostkiem zjeżdżamy na pobocze. Szum - niewielka roztoczańska rzeczka, to taki pierwszy przystanek na początek. Wyskakujemy z samochodu, pośpiesznie wciągamy buty, montujemy spinningi. Przed nami niewielki, spiętrzony odcinek Szumu, małe rozlewisko poniżej mostka i młynówka. Dalej tartak wodny. Mało atrakcyjnie dla pstrągarza, taki sobie kanał...
     Woda dość wysoka, lecz szczęśliwie lekko tylko zmącona. Dobrze! W mętnej pstrągi nie spostrzegłyby naszych błystek. Podchodzimy ostrożnie, schyleni. Rzucamy z pozycji klęczącej. Nagle znów robi się ciemno i gęste płaty śniegu walą nam na głowy. A niech to! Wełniane czapeczki przemakają prawie natychmiast. Brr... Ale co tam! Łowimy. To się teraz liczy.
     Pierwsze rzuty, czujne, ostrożne, pełne napięcia, pełne oczekiwania. Miniaturowe srebrne wahadłóweczki lecą aż pod drugi brzeg rozlewiska, suną zygzakami nad porośniętym moczarką dnem. Pasują do tej wody.
     Plusk, gejzer z prawej strony. Maciek ma pstrąga! Niezły, ostro młynkuje. Minuta kotłowaniny i ląduje na brzegu. Czterdziestak, prześlicznie ubarwiony, brzuch żółty, grzbiet ciemny, czarnych kropek niewiele, ale za to czerwień pięknie obramowana błękitem. Nie mogę go jednak teraz obejrzeć, bo sam też holuję! Mój pstrąg zwija się, kręci bąka wokół własnej osi, kłapie paszczą. Jest nieco mniejszy, ale szeroki, krępy. Dwa rzuty - dwa pstrągi, czyż to nie pięknie?! Jest i trzeci, wyskakuje zza pala, tuż pod brzegiem - znowu Maciek. Nie pasuje rozmiarami do poprzednich, wraca więc do wody.
     - Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zrobimy tu komplet - mówię.
      O, zapeszyłem! Następnych brań nie ma...
     Przeszukujemy starannie ten krótki odcinek aż do spiętrzenia - nic.
     - Szkoda czasu, jedźmy na jeziorko do Górecka!

*****

     W Górecku jest taki miniaturowy zbiorniczek w lesie. Wysoka zapora ułożona z wapiennych kamieni musiała kosztować sporo pracy. Miała tu być elektrownia wodna, skończyło się na jeziorku. Rozchodzimy się po obu brzegach. Idziemy w górę zbiornika, rzucając to przed siebie - w głąb, to na boki - pod nawisy gałęzi. Zmieniamy wahadłóweczki na większe, poźniej na obrotówki - nic.
     Podziwiamy urok tego miejsca. Rozkoszujemy się lasem. Pachną jodły. Jeziorko swą nieruchomą taflą i stromymi brzegami przypomina mały fiord. W zielonkawej wodzie przeglądają się drzewa. Uroczy zakątek. Jest pięknie, jest całkiem przyjemnie i nie pada!
     Zbiorniczek wypłyca się i zwęża. Po godzinie rzucania spotykamy się ponownie, stojąc na przeciwległych brzegach. W zwężeniu wystają z wody pniaki, resztki zalanego lasu. Rzucamy tam na przemian - urywam złocistą obrotówkę...
     Dość tego.

*****

     Jedziemy na Tanew, główny cel dzisiejszego wypadu. To blisko, więc wkrótce jesteśmy. Skręcamy w las. Zostawiamy samochód, przedzieramy się przez bagienko, wychodzimy na łączkę. No, to jest to! Patrzymy oczarowani. Rzeka wije się pośród łąk, pośród płowych, zeschłych traw. Jej trasę znaczą wierzby, olchy, krzewy wikliny. Po obu stronach płaskiej doliny wysokie, strome brzegi, a na nich strzeliste jodły - resztki puszczy. Chyba tylko tutaj takie zostały. Spokój, nikogo wokół. Tylko my, drzewa, szemrząca rzeka, ptaki i zwierzyna leśna.
     A rzeka w sam raz, nie za duża nie za mała. Krystaliczna woda, piaszczyste dno, zakręty, jamki, zwalone pnie, podmyte skarpy, oblizywane wartkim nurtem korzenie drzew, kłody leżące w toni sczerniałe ze starości oraz spokojne głęboczki o spowolnionym prądzie - murowane kryjówki pstrągów. A nurt to wlewa się w głębokie jamy, to odbija w bok, kręci, kotłuje i sypie piaskiem. Wspaniałe miejsca.
     Maciek w woderach przechodzi na drugą stronę - tak będzie lepiej, nie będziemy sobie przeszkadzać, a w razie zaczepu jeden drugiemu uratuje błystkę. Spinningujemy starannie, przykładamy się. Ciche podejścia, indiańskie, takie prawie na czworakach i nie za blisko! Pierwszy rzut musi być celny! Musi, ale nie jest. Przynajmniej nie zawsze. Z początku łowimy zbyt nerwowo, błystka nie zawsze leci tam, gdzie powinna, czasem pada o te pół metra od celu. Wiadomo - zimowa przerwa!
      Ale już po godzinie rozkręcamy się i rzucamy na luzie, spokojnie, nawet z elegancją. Pierwszy rzut, ten oddany na klęczkach z dala od brzegu, przysparza nieco emocji, następny już mniej, a ten trzeci - to tylko tak, dla wprawy i satysfakcji z celnego oka. Dobrze dobrana obrotóweczka unosi się w wodzie zgodnie z kaprysami jej nurtu. To przykleja się do burty, to ociera się o dno, to tańczy w wirach. Zmieniam ją na małą, matową wahadłówkę. Ta idzie głębiej, bliżej dna, lepiej zagląda pod zwalone kłody. Urywam ją w końcu. Zakładam znów obrotówkę, potem woblerka - ten pozwala nieść się wodzie i wciska się pięknie pod przybrzeżne nawisy. Wszystko na nic, na próżno, do niego też nic nie wychodzi.
     Niepostrzeżenie mija nam kilka godzin, pora zrobić przerwę. Jemy kanapki, pijemy herbatę, patroszymy pstrągi. Co dalej? Do wieczora jeszcze sporo czasu, niebo pochmurne, na razie nie pada - ileż może zresztą padać! Jedziemy jeszcze w dół rzeki, w stronę Borowca. A woda tam cudna, brzegi wyższe, zakręty ciekawsze. Sporo zwalonych drzew. Dzika rzeka. Pstrągi, pstrągi, gdzie jesteście?! Robi się szaro. Z żalem przerywamy łowienie - nie będzie kompletu...
     Co dalej?

*****

     Według planu mamy przenocować nad wodą poniżej pstrągowego odcinka i zapolować tam na miętusy. Zabraliśmy stosowny do tego sprzęt, gruntówki, ciężarki, dzwonki. Rosówki też nazbierane...
     Mały samochodzik Maćka z trudem brnie przez leśne wykroty. Dalej już tylko pieszo, niedaleko zresztą. Znajdujemy w końcu to, o co nam chodzi - kilka zakrętów, jakieś krzaki, głęboczki - tu powinno być dobrze.
     Wpierw wędki - niech już stoją. Montujemy je, zarzucamy. Zakładamy dzwoneczki i dopiero teraz znosimy resztę sprzętu, plecaki, stołeczki. I kuchnię. Wziąłem butlę z gazem, by podgrzać cielęcinę z ryżem przygotowaną specjalnie na tę okazję.
     Zmierzcha, robi się fioletowo. Ptaki, które odezwały się przed wieczorem, wróżąc poprawę pogody, milkną. Milczą też dzwonki. Siedzimy przebijając wzrokiem gęstniejącą ciemność, pijemy herbatę, snujemy plany na jutro.
     Pierwsza kropla może być jeszcze złudzeniem, druga i dalsze rozwiewają wątpliwości - znowu pada! Drobny, jednostajny deszcz... Czy tego już nie za wiele?! Mamy peleryny, oczywiście, ale... co będzie, gdy znowu śnieg spadnie?! Bez koni nie wyjedziemy stąd! Trudno, zwijamy obozowisko! Bez większego żalu, bo pada na całego!
     W samochodzie robi się przytulnie, ciepło i... sennie. Monotonnie mruczą wycieraczki, koła usypiająco szumią po mokrym asfalcie. Trochę błądzimy po pustych szosach, trzeba gdzieś przenocować. Docieramy wreszcie do Sigły, miejsca porannych łowów. Za dobrze nam poszło, narobiliśmy sobie apetytu. Cóż, spróbujemy tu znowu rano, teraz spać. Rozkładamy siedzenia i zasypiamy prawie natychmiast w mokrych swetrach.
     Budzimy się zziębnięci i zesztywniali, grubo przed świtem. Jest zimno, na szybach rozpływa się wilgoć, przemoczone ubrania nie wyschły. Herbata w termosach dawno wystygła i ma ohydny smak. Nowej gotować nam się nie chce... Oby dotrwać do świtu, przeczekać najgorszą porę.
     Dnieje. Niezgrabnie gramolimy się na zewnątrz, dzwoniąc zębami. Robimy po kilka przysiadów, skłonów i wymachów ramion dla rozgrzewki. Uzbrajamy spinningi i do dzieła! Długo i dokładnie penetrujemy wczorajszy odcinek - nic... Aż się wierzyć nie chce, że tu mogą być pstrągi. Wczoraj były, ale od wczoraj woda przybrała, zmętniała. To nie ta rzeka. Nie, nic dziś nie zwojujemy, klapa, trzeba wracać.
     Przemoczone ubrania obsychają dopiero po dłuższej jeździe, kiedy już prawie mijamy rogatki uśpionego miasta. Wokół leży mokry śnieg. Wszędzie śnieg, a na ulicach kałuże. Lublin śpi. Jest niedziela rano. Normalni ludzie wylegują się w ciepłej pościeli. Ależ z nas idioci!

Andrzej Trembaczowski, Lublin, 1981 r.

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWszywki i metki odzieżowemetki tekstylne i żakardoweMetki i wszywki odzieżoweSystemy CMSeZ Publish