O rybach można długo, o rybach można dużo i bez końca. Na tej stronie będziemy umieszczali teksty dotyczące rybich obyczajów oraz wędkarskich implikacji wynikających z obserwacji i doświadczeń naszych autorów...!
 

  NR 38      3 KWIETNIA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

DRAPIEŻNIK SPOD METRA
     Nie wszyscy traktują płotkę jak spokojną rybkę odżywiającą się głównie kaszą manną i płatkami owsianymi. Na przedwiośniu bowiem ryby tego gatunku miewają mięsne fanaberie. Może to pragnienie odrobienia zimowych zaległości, może zbliżające się tarło powodują, iż duże płocie pożerają chętnie podnoszący się od dna narybek.

     Na niektórych jeziorach Suwalszczyzny, a także na nielicznych starorzeczach Bugu i Narwi wędkarze nastawiający się na dużą płoć podają jej miniaturowe żywczyki łowione na podrywki. Wszystkie ryby spokojnego żeru w tym okresie zbliżają się do brzegów, więc spławiki delikatnych żywcówek kołyszą się w pobliżu trzcin, przy podtopionych krzakach łozin i korzeniach olch. Żywcowe brania płoci są bardzo podobne do okoniowych - ot, spławik się kołysze i raptem... nie ma spławika.
     Nie jestem miłośnikiem żywcówki, nawet nie z powodów etycznych, a raczej przez to, że nie chce mi się pracowicie zdobywać przynęty. Podglądając więc te płociowe żywcowanie przez cały czas zastanawiałem się nad "przetransponowaniem" techniki żywcowej na spinning. Ale na przedwiośniu dużo czasu zajmowało mi uganianie się za okonkami, które żerowały w pewnym oddaleniu od brzegu, więc kończyło się tylko na rozmyślaniach.

PIERWSZE SPOTKANIE

     I oto, bodaj cztery lata temu, na moim ulubionym przedwiosennym, mazowieckim łowisku, u ujścia Rządzy do zalewu Zegrzyńskiego, nie mogłem się doczekać okoniowych pobić. Nie było ich w znanych mi miejscach. Z reguły podczas poszukiwania pasiastych drapieżników korzystam z drobnych cykad, gdyż przynęta to dalekosiężna i łowna. Na cienkiej żyłce (0,14-0,15 mm) leci daleko i świetnie się prowadzi.
     Zmieniłem stanowisko i próbowałem okonków szukać pod trzcinami, na bardzo płytkiej wodzie. Na granicy pasa roślinności było 50-60 cm głębokości. Pierwsze branie na wolno prowadzoną amerykańską cykadę miałem w trzecim rzucie. Zabujało szczytówką, terkotnął hamulczyk i ryba się wypięła. To musiał być wielki okoń, pomyślałem...
     Za kilka minut dowiedziałem się jednak, że nie był to wcale garbusek. Pod trzcinami siedziały piękne, ponadtrzydziestocentymetrowe płocie. Fantastycznie reagowały na srebrzystą cykadę calowej długości. Gdy prowadziłem ją tuż przy dnie, brań nie było. Dopiero podniesiona w pół wody wabiła płotki skutecznie. Także prowadzona tuż pod powierzchnią - do tego stopnia, że smużyła wodę - była przez płocie atakowana. Pozwoliło mi to zaobserwować metody ataku.

RYBA GODNA SZACUNKU

     Najczęściej gdzieś z boku pojawiał się odkos wywołany przez rybi grzbiet i w pewnym momencie zbierały się dwie smugi - smuga ryby ze smugą przynęty i czułem mocne uderzenie w kij. Przede mną było coś wspaniałego - hol trzydziesto-czterdziestodekowej płoci na delikatnym wędzisku matchowym, z którego chętnie korzystam podczas wiosennych wypraw spinningowych, z żyłką o teoretycznej wytrzymałości 1,5 kg jest ekscytującym przeżyciem.
     Zacięta na przynętę spinningową płotka pędzi na wodę, muruje do dna, próbuje się wbić z wielką prędkością w muł, w trzciny albo młynkuje na powierzchni niczym hodowlany tęczak.
     Wbrew powszechnym opiniom nie spotkałem się do tej pory z odejściem płociowego stada na skutek ekscesów walczącej o życie koleżanki. Odnoszę nawet wrażenie, że rozgrywająca się podwodna tragedia podnieca pozostałe ryby, tak że kolejna brania następują potem jedno za drugim. Fakt, że płotki żerują w licznych, rówieśniczych stadach jest dla nizinnego spinningisty okolicznością zesłaną przez opatrzność, bowiem po zimowej przerwie można się nałowią do woli.
     Od tamtego wydarzenia wpisuję na przedwiośniu płotkę do sztambucha ryb drapieżnych i choć nigdy nie stała się ona celem moich wypraw, to na starorzeczach, jeziorach i małych zbiornikach zaporowych zawsze rzucam pod trzciny, krzaki i korzenie, mając nadzieję, że trafię na stado płoci. Nadzieja ta spełniła się niejeden raz. I bardzo mnie to cieszyło, jest bowiem płoć rybą godną szacunku.
     Płotki z drapieżnym apetytem brały nie tylko na cykady, choć właśnie te przynęty uważam za najskuteczniejsze. Biły także w maleńkie woblerki - w dwucentymetrowe jugolki i salmiaczki, w najmniejsze chomolki, a w ubiegłym roku łowiłem je na pływające vabixy. Także miniaturki własnej produkcji okazywały się skuteczne.
     Zdarzały się także brania na meppsowskie zerówki, głównie na białe aglie oraz na hiszpańskie błysteczki z serii mini. Próbowałem też łowią na "paproszki" w rozmiarze 00, ale jakoś nic mi nie wychodziło, prawdopodobnie przez brak zaufania do tych obrotówek - nie spotkałem jeszcze takich, które kręciłyby się jak należy. Być może trzeba do tak maleńkich blaszek stosować żyłki jeszcze cieńsze?
     Nigdy natomiast nie zdarzyło mi się, by drapieżna płoć uderzyła w miniaturowego ripperka czy najmniejszego twistera. Nie potrafię sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć - swojego czasu sądziłem, że silikonowe przynęty wywołują zbyt małą falę hydroakustyczną. Musiałem jednak zrewidować ten pogląd, kiedy na starorzeczach Wkry spotkałem muszkarza, który kosił płocie na naśladującego wylęg streamera.
     Wyłudziłem od niego tę śliczną przynętę. Okazało się, że po obciążeniu oliwką także ona doskonale wabi przedwiosenne płotki...

NA MIARĘ CHANNEL

     Dość o spinningu. Płoć przecież nie jest rybą spinningową, to stworzenie spokojnego żeru. Spokojnego, a dla niektórych wręcz nudnego. A co może być - przynajmniej na pierwszy rzut oka - nudniejszego od łowienia na kanale?
     Polska nie jest krajem kanałów. Trudno porównywać żeglugę śródlądową Polski i Niemiec, nawet na Żuławach nie znajdzie się sieci kanałów tak rozwiniętej, jak w Holandii... Jednak, gdy przyjrzymy się naszym drogom wodnym, to przecież jest w czym wybierać, jest gdzie łowić. Tyle że kanały są łowiskami niełatwymi, pozornie monotonnymi, nudnymi. Nigdy też nie były zadbane specjalnie przez wędkarską prasę i literaturę. Szkoda - bowiem ryb jest w nich zatrzęsienie.
     Ryby to nie dla dyletantów - wystarczy rozejrzeć się po zanętach kanałowych, które docierają do nas z Zachodu. W przeciętnym sklepie specjalistycznym w Niemczech mieszanek takich jest z reguły kilkanaście. Dobry wędkarski niuch dowodzi natychmiast, że ryby z kanałów to kosmetyczna śmietanka podwodnego świata. Nie ma mowy o prostackich zapachach, o zbyt intensywnych bukietach, niezrównoważonych kompozycjach. Najlepsi kanałowi wędkarze marzą, by firmy produkujące zanęty zatrudniały w swoich laboratoriach ekspertów na miarę Chanela czy Diora. I nic w tym przesady.
     Stosunek zachodnich wędkarzy do kanałowych ryb obrazują też znakomicie setki modeli spławików przeznaczonych do łowienia w tych pozornie monotonnych łowiskach. Samych wagglerów typu channel, dla Polaka identycznych, można znaleźć na sklepowych półkach kilkanaście typów. Różnią się od siebie nie tylko nieznacznymi modyfikacjami kształtu, ale też położeniem środka ciężkości, wypornością antenki, ba, nawet faktura powierzchni miewa dla wędkarza znad kanału duże znaczenie.

FINEZJA SPOD METRA

     Jeden z moich belgijskich przyjaciół długo i namiętnie tłumaczył mi istotę łowiska nad jednym z kanałów Pomorza Zachodniego. O prostym jak spod metra kawałku wody opowiadał w taki sposób, jak gdyby mówił o rwącej górskiej rzece.
     I jest co na rzeczy w takim traktowaniu kanałowej rzeczywistości. Wiedzą o tym wszyscy, którzy rok w rok w kwietniu poświęcają kilka weekendów na łowienie płoci w kanałach.. Nawet w miesiącu, w którym ryby te zbijają się w pokaźne ławice i znacznie ograniczają swą ostrożność w szale przedtarlanego obżarstwa, kwestia delikatności i czuło ci zestawu spławikowego jest podstawą sukcesu.
     I oto okazuje się, że w najnudniejszym na świecie łowisku niełatwo jest tak dobrać elementy zestawu, by spławik nie wyprawiał brewerii podczas połowu z przynętą leżącą czy przetaczającą się po dnie. Okazuje się, że dziesiąta część grama źle ulokowana na żyłce zmienia całkowicie właściwości sygnalizacyjne wagglerka. Ale co tu mówić o ułamkach - oto tajemnicze siły powodują, że niełatwo jest utrzymać w sygnalizacyjnej gotowości spławik z gramowym obciążeniem.
     - Nie ma spławika uniwersalnego do połowów w kanale - autorytatywnie stwierdził mój znajomy Belg. Nie docenił polskiego wędkarza, który przez dziesięciolecia deficytu sprzętowego musiał wypracowywać uniwersalne, ubogie w akcesoria, lecz skuteczne techniki połowu. Wysłałem mu swego czasu do Gandawy przystawkowy spławiczek znad Kanału Żerańskiego. Wybrałem celowo najbardziej toporny model - wycięty żyletką z tzw. twardego styropianu i nawet nie potraktowany szmerglem.
      Zatelefonował po dziesięciu dniach. Ze śmiechem powiedział: - A jednak!

NIC NA CHAMA!

     A jednak spławik to nie wszystko - proszę się nie niepokoić, wrócę doń i starannie, acz prędko opiszę uniwersalną przystaweczkę kanałową "by Żeran Channel". Jednak podstawą sukcesu w wiosennych połowach płoci w łowiskach spod metra jest szacunek dla przeciwnika.
     Zacznijmy od początku, to znaczy od płociowego pyszczka.
     To nie jest morda chama, to buźka arystokraty przystosowana do połykania maleńkich kąsków. Płoć poza okresem wiosennym nie znika przecież, nie zagrzebuje się w mule, ona po prostu przestawia się na najwygodniejszą dla siebie dietę. Specjaliści od połowu tej ryby łowią ją przez cały rok - np. na prażone siemię lniane czy konopne. Podobne podejście do płotki w kwietniu, gdy nie gardzi ona nawet kukurydzą, gwarantuje sukces nad kanałem. A więc haczyk...
     Najlepsze chyba będą kolorowe haki Gamakatsu o długim trzonku, gwarantującym skuteczniejsze zacięcie. Ja zazwyczaj wybieram haczyki czerwone i nieodmiennie jeden numer - szesnastkę. Bynajmniej nie mam nic wspólnego z wyczynem - widać to po żyłce, którą dowiązuję do trzonka: 0,12 mm. Po prostu grubszej się nie da zamotać na takim haczyku. Subtelniejszym ode mnie radzę jednak korzystać z przyponów bardziej zbliżonych do kręgów zawodniczych.
     W przynęty zaopatruję się w sklepie akwarystycznym. Akwarystyczna ochotka, drobniejsza od wędkarskiej, wymaga na szczęście nie tyle zegarmistrzowskiej precyzji, co dobrego wzroku. Jeden z moich kolegów, płociarz nad płociarze, potrafi na hak nr 20 nadziać tubifexa. Przesada? Być może, tyle że analiza treści pokarmowej płoci z Kanału Żerańskiego (kolega ten jest zoologiem), wskazuje, że nawet duże ryby już od połowy maja odżywiają się wyłącznie rozwielitkami (dafniami).
     Nie namawiam nikogo do łowienia na dafnie. W kwietniu zupełnie przyzwoite efekty miewa się na pojedyńczego białego robaczka. Byle na właściwym haku.

PYK, PYK, PRZYSTAWECZKA...

     I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o płoć "spokojnego żeru", nie tylko kanałową. Moim zdaniem, podstawą jest hak - cała reszta zestawu musi dobrze znaczyć brania, pozwalać na zdecydowane podcięcie z nadgarstka i delikatny, precyzyjny hol.
     Podstawą natomiast kanałowej przystaweczki jest spławiczek przedstawiony na ilustracji. Należy go wykonać samodzielnie. Nie zastąpi go żaden kupiony w sklepie. Ja wycinam takie spławiczki nożem modelarskim z balsy. Dobrym (chyba lepszym) tworzywem jest tzw. twardy styropian lub lekka pianka poliuretanowa. Podstawą podstawy bowiem jest wyporność materiału, z którego została wykonana. Zbyt mało wyporny nie nadaje się do kanałowej przystawki - najlżejszy uciąg wciągnie go pod powierzchnię.
     Na rysunku przedstawiam też konstrukcję całego zestawu oraz zasadę kontrolowania tegoż. Nic więcej powiedzieć się nie da. Może poza tym, że żyłka musi być cienka (u mnie 0,16) i możliwie mięciutka. Mistrzowie kanałówki potrafią kontrolować swe zestawy nawet na dwudziestkach.
     Brania są cudowne - spławiczek pyka, pyka a następnie zaczyna jechać po powierzchni. To najlepszy moment do zacięcia. Puste niemal się nie zdarzają.
     A kij, a kołowrotek?
     Wsio ryba!

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych