Co się dzieje nad wodami, co się stało w ostatnich dniach? Rzeki, jeziora, morza... Ryby, wędkarze i inne zwierzęta... Wygrzebane w internecie, w prasie, podsłuchane w mediach i na łowiskach... Czekamy na donosy Czytelników...
 
  NR 39      15 MAJA
Wydawca: KROKUS ska z o.o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 

Niemcy się przyglądają
Kiedyś piskorze z Narwi sprzedawano w Białymstoku całymi miskami. Była z nich pyszna zupa. Teraz tych małych rybek jest mało i są pod ochroną. Tak opowiadał w Kurowie (siedzibie Narwiańskiego Parku Narodowego) dyrektor parku Bogusław Deptuła, zachwalając jednocześnie dawne metody gospodarowania żyjących na tym terenie ludzi:
- Kiedyś rolnicy wypasali bydło, kosili trawy, trzciny, było więcej ptaków, więcej ryb. My chcemy zachować dolinę w takim stanie, w jakim była kiedyś, ale nie można jej pozostawić samej sobie. Trzeba wycinać zarastające rzekę trawy i krzaki, bo inaczej park zarośnie i zostanie jedno wielkie trzcinowisko, a ptaki uciekną.
Tak dyrektor Deptuła opowiadał kilkunastu Niemcom, m.in. z fundacji Euronatura, którzy przyjechali nad Narew zobaczyć, jak realizowane są finansowane przez fundację programy: "Zielone Płuca Polski - Narew" oraz renaturalizacja rzeki (prowadzona z Północnopodlaskim Towarzystwem Ochrony Ptaków).
Niemcy pytali m.in. o rolnictwo ekstensywne (trzeba z tym poczekać na programy pomocowe z Zachodu) oraz organiczenia dla turystów (dyrektor zapewniał, że park jest otwarty dla wszystkich). Dzięki pięcioletniemu programowi "Zielone Płuca Polski - Narew" (rozpoczął się w 1998 r.) otrzymujemy pieniądze z Zachodu na dofinansowanie gospodarstw agroturystycznych, podnoszenie ich standardu, budowę turystycznych obiektów, m.in. pól biwakowych.
Z kolei program renaturalizacji rozpoczął się w 1992 r. Dzięki pomocy niemieckiej fundacji w latach 1993-97 Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków wykupiło 430 ha gruntów w strefie buforowej doliny i rozpoczęło oczyszczanie starorzeczy oraz budowę tam zatrzymujących wodę. Dzięki temu poziom wód gruntowych podniósł się o prawie o metr.
- Trzeba naprawiać skutki źle przeprowadzonej melioracji - mówi Dariusz Ochryniuk, szef PTOP. - Skończyły się pożary wysuszonego torfu, wzrosła liczba ptaków.
Ale taki program naprawczy sporo kosztuje. Na renaturalizację 1 km rzeki trzeba wydać ok. 1,2 mln zł.
W tym roku będą dalej odtwarzane starorzecza (w okolicy wsi Rogowo), odkrzaczane tereny, żeby zrobić miejsce dla ptaków. Za kilka tygodni zacznie się rekultywacja zapuszczonych pastwisk. Projekt będzie prowadzony jeszcze trzy lata.
Teraz Narwi szkodzą sinice, które płyną z wodą spuszczoną z zalewu Siemianówka (zrobiono to w ramach rekultywacji zbiornika, żeby pozbyć się właśnie - prawdopodobnie toksycznych - sinic, które co roku tam zakwitały i zabierały tlen).
- Kto tu przyjedzie, jak w Narwi jest zupa - złorzeczy Roman Kalski z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. - Jaki turysta zamoczy nogę w takiej brei, w której kwitną sinice? W starorzeczach, gdzie woda się wolno wymienia i jest ciepła, już pływają śnięte ryby.
Gazeta w Białymstoku, dodatek do Gazety Wyborczej


Woda bez klasy
Ani sanepid, ani Powiatowy Inspektorat Weterynarii nie potrafią odpowiedzieć na dwa pytania: czy Motława w centrum Gdańska nadaje się do kąpieli i czy złowione w niej ryby nadają się do spożycia.
Letnia pogoda zachęca do wędkowania i zażywania kąpieli, nie tylko w morzu, ale i w rzekach. Od wędkarzy roi się nad Motławą w okolicy hotelu Novotel, a także na moście w pobliżu mariny. Zauważyliśmy, że spokojny nurt Motławy w okolicach ul. Łąkowej również zachęca do kąpieli.
W gdańskim sanepidzie nie dowiedzieliśmy się, czy rzeczna kąpiel i zjedzenie ryb złowionych w Motławie grożą jakimiś powikłaniami.
- Żadnych tego typu badań nie prowadzimy - słyszę od pani z działu higieny komunalnej, która bardzo niechętnie zgodziła się na rozmowę. - Zajmujemy się jedynie kąpieliskami chronionymi, a tych jest dość nad morzem i jeziorami. Nie ma takich nad Motławą. Jeśli ktoś jest samobójcą - to jego sprawa. W sprawie ryb proszę zwrócić się do weterynarii.
Ale i tu nie zaspokoiłem swojej ciekawości. - Nie prowadzimy badań ryb złowionych w Motławie - mówi Piotr Dukowski z Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Gdańsku.- Badamy tylko ryby przeznaczone na sprzedaż. Wkraczamy do akcji również, kiedy ryby zaczynają chorować. Mogę jedynie powiedzieć, że nie ma zakazu łowienia ryb w Motławie.
Próbuję jeszcze w Wydziale Monitoringu Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska.
- Ostatnie badania czystości Motławy na całej jej długości były prowadzone w 1995 roku - dowiaduję się od Adama Zarębskiego. Częściowe badania z 1999 r. obejmowały także rzekę w śródmieściu - pomiędzy ulicami Stągiewną i Olszyńską. Woda została zakwalifikowana do III klasy stanu czystości. Klasa I to woda najczystsza - można się jej napić. Woda II klasy może służyć celom rekreacyjnym, kąpieli, zwierzętom hodowlanym. Woda III klasy - taka, jak w Motławie w centrum Gdańska - może być używana wyłącznie do nawadniania i w celach przemysłowych. Czy zatem można w niej kąpać się bądź łowić ryby?
- Nie jesteśmy upoważnieni do wydawania tego typu opinii, może to uczynić jedynie sanepid - twierdzi Zarębski. - A czy mój pies Morus podczas spaceru może pić tę wodę - pytam. - Ona nie należy do klasy II - śmieje się zapytany.
Wyniki badań WIOŚ nie pokrywają się z odczuciami wędkarzy.
- Woda jest coraz czystsza. Wyławiamy dorodne leszcze, okonie i sandacze - opowiada jeden z łowiących. Od pana Grzegorza Gęsiarza z Zarządu Okręgu Polskiego Związku Wędkarskiego dowiedziałem się, że członkowie PZW również łowią ryby w Motławie, ale nie poddawali ich badaniom, np. na obecność w nich metali ciężkich.
- Nic mi nie wiadomo, by po zjedzeniu ryb złowionych w centrum ktoś miał jakieś powikłania - powiedział pan Grzegorz.
Gazeta Morska, dodatek do Gazety Wyborczej


Zarybione muzeum
Ponaddwumetrowy spreparowany sum wzbogacił ostatnio zbiory radomskiego Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Ryba została złowiona w ubiegłym roku w Jeziorze Goczałkowickim.
- To może być ostatni eksponat, który udało nam się kupić. W czerwcu kończy się dotacja z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska - mówi Marek Słupek z działu przyrodniczego muzeum.
W związku z tym nie wiadomo, czy uda się zrealizować projekt zgromadzenia w placówce wszystkich okazów ryb żyjących w naszym regionie. Jest ich blisko 40. M.in. bardzo rzadkie: koza złota i minóg morski oraz strzebla przekopowa, którą podobno można spotkać w dorzeczu Zwolenki.
Gazeta w Radomiu, dodatek do Gazety Wyborczej


Ktoś wylał olej do Dzierżęcinki
Załogi dwóch wozów koszalińskiej Państwowej Straży Pożarnej przez 2,5 godziny walczyły z plamą ropopochodnej substancji, która utworzyła się w niedzielę na przepływającej przez centrum Koszalina rzece Dzierżęcince.
- Substancja, prawdopodobnie olej opałowy, dostała się do rzeki ze studzienki deszczowej - mówi rzecznik Komendy Miejskiej PSP w Koszalinie, młodszy kapitan Jan Tworek. - O jej pojawieniu się powiadomiono nas późnym popołudniem. Nasi ludzie zabezpieczyli 30-metrowy odcinek rzeki i przy pomocy 15 kg sorbentu zneutralizowali rozlaną na powierzchni 5 m kw. substancję, a potem zebrali ją za pomocą specjalnych wiader i szczotek do dwóch beczek.
Oprócz straży w akcji uczestniczyli pracownicy koszalińskiego oddziału Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Szczecinie, Pogotowia Wodno-Kanalizacyjnego i policji. - Substancja nie stanowiła dużego zagrożenia dla czystości rzeki - uważa Jerzy Kamiński, dyrektor koszalińskiej placówki WIOŚ. - Sprawę przekazaliśmy wydziałowi ochrony środowiska i gospodarki komunalnej Urzędu Miejskiego.
Niezależnie od urzędu dochodzenie w sprawie ropopochodnej substancji w rzece prowadzi koszalińska policja.
Gazeta na Pomorzu, dodatek do Gazety Wyborczej


Projekt szlaku wodnego do Berlina
Gmina Dobiegniew zaprojektowała atrakcyjny turystycznie szlak wodny łączący kilka jezior, rzek i kanałów. Małe żaglówki ze składanymi masztami z samochodowej naczepy spływają na wodę jeziora Lipie w Długiem. Żeglarze szykują sprzęt i prowiant. Spędzą na wodzie prawie dwa tygodnie. Rejs zaczną w Długiem.
Z jeziora Lipie naturalnym kanałem przedostaną się na jezioro Słowa i 300-metrowym kanałem wpłyną potem na jezioro Osiek - znane z wielu urokliwych przystani i świetnych warunków do uprawiania windsurfingu. To największe jezioro "Lubuskich Mazur". Razem z Ogardzką Odnogą ma prawie 10 km długości. Stąd wodniacy wpłyną do kanału Szarzawa. Niestety z powodu dużego ruchu kilka godzin spędzą w śluzie. Kanałem dostaną się na wody jeziora Wielgie. Teraz czeka ich najtrudniejszy odcinek wodnego szlaku - ponad 20-kilometrowy spływ Mierzęcką Strugą do Drawy. Dalej Drawą dostaną się na Noteć. Jedni pożeglują na wschód, do Bydgoszczy i dalej Wisłą do Gdańska na spływ flisaków. Ich koledzy z Niemiec skierują żaglówki z biegiem Noteci na zachód. Wpłyną na Wartę, potem Odrę i kanałami dopłyną do Szprewy.
Po kilku tygodniach na wodzie żaglówki zacumują przy berlińskim nabrzeżu. Tak ma wyglądać najdłuższy wodniacki szlak w Lubuskiem. W Dobiegniewie opracowywany jest plan nazwany oficjalnie "Lubuskie Mazury".
- 75 km szlakiem z jeziora Lipie aż do Drawy kajakarze już pływają. Aby jednak stał się on atrakcją turystyczną, potrzeba sporo pieniędzy - mówi Kazimierz Błaszczyk, burmistrz Dobiegniewa. - Plan już jest. Teraz szukamy źródeł finansowania tego rozłożonego na kilka lat przedsięwzięcia. Na szczęście na wielu odcinkach szlaku inwestycje to właściwie kosmetyka. W niektórych miejscach kanały trzeba pogłębić o 20-30 cm, umocnić brzegi itp.
Aby szlak był żeglowny bez względu na poziom wody w jeziorach, trzeba w lecie o kilkanaście centymetrów podnieść lustro wody w jeziorze Osiek. Służyć temu ma budowa obwałowania i jazu na Szerzawie. Kolejna inwestycja to budowa obok jazu śluzy, dzięki której bez potrzeby przenoszenia kajaków czy żaglówek można kontynuować spływ. Kolejnym etapem inwestycji byłaby budowa jazu wodnego na Mierzęckiej Strudze, który utrzymywałby poziom wody w jeziorze Wielgie. Na koniec należy oczyścić Mierzęcką Strugę.
Wszystkie prace hydrotechniczne mają być przeprowadzone pod nadzorem konserwatorów przyrody. - Ten szlak to szansa dla północnej części województwa lubuskiego. Kompleks turystyczny w Długiem przy trasie Gorzów-Gdańsk jest powszechnie znany. Teraz powstaje atrakcyjna przystań w Osieku. Drawy nikomu nie trzeba reklamować, bo już w tej chwili nie ma wolnych kajaków i terminów na popularne w lecie spływy. W roku Drawą spływa 28 tys. oficjalnie zarejestrowanych turystów. Szacujemy, że na dziko spływa dwa razy więcej - twierdzi burmistrz Błaszczyk. - Uruchomienie szlaku z Długiego na Drawę, a dalej nawet do Berlina to kwestia czasu. Musimy to zrobić, bo sama Drawa jest już przepełniona.
Władze gminy nie chcą wypowiadać się na temat terminów i kosztów przedsięwzięcia. Pieniądze na modernizację czy budowę szlaku wykładać mają m.in. inwestorzy, którzy zechcą na szlaku prowadzić działalność usługową, gastronomiczną czy hotelarską. Gmina szukać będzie także wsparcia w ekofunduszach. Budowa jazów i śluz to rządowy program tzw. małej retencji - ochrony lasów przed odwodnieniem.
Gazeta Zachodnia, dodatek do Gazety Wyborczej


Śmierć komarom!
Od kilku dni naukowcy z Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni prowadzą badania komarów w rejonie Krynicy Morskiej. Efektem ma być znaczne zmniejszenie się populacji komarów na tym terenie. Prawdopodobnie już w przyszłym roku turyści, którzy odwiedzą latem Krynicę Morską, będą mieli spokojniejsze wakacje. Wczesną wiosną, zanim larwy komarów przeobrażą się w dorosłe osobniki, w miejscach ich wylęgu zostanie umieszczona zabójcza dla nich toksyna.
- Rada Miasta Krynicy Morskiej, nie mogąc dłużej patrzeć na cierpienia turystów i mieszkańców kąsanych bezlitośnie przez komary, poprosiła nas o pomoc - mówi Joanna Stańczak z zakładu paracytologii tropikalnej IMMiT w Gdyni. - Badania prowadzimy w promieniu około półtora kilometra od miasta.
Są to pierwsze badania populacji komarów od 1959 roku na tym terenie i jedne z nielicznych w kraju. Zwalczenie plagi komarów jest dużym problemem, zwłaszcza na terenach wilgotnych, obfitujących w bagna i wody powierzchniowe. Naukowcy z IMMiT chcą wypowiedzieć tym owadom wojnę, wprowadzając do ich zwalczania środki przyjazne dla środowiska. Preparat używany do niszczenia larw komarów oparty jest na bakterii bacillus thuringiensic. Bakteria ta wytwarza toksynę (delta-endotoksynę) wyglądającą jak malutki kryształek, którą umieszcza się w wodzie - w pobliżu miejsca wylęgu komarów. W tym środowisku pozostaje ona nieaktywna i całkowicie bezpieczna dla pozostałych organizmów żyjących w środowisku wodnym. Jeśli jednak zostanie zjedzona przez larwę komara, staje się dla niej zabójcza. Sparaliżowana larwa ginie w ciągu 24-48 godzin.
Im młodsza larwa, tym bardziej jest wrażliwa na toksynę. Zanim jednak ta metoda eliminacji zostanie zastosowana, muszą zostać przeprowadzone szczegółowe badania. - Trzeba zlokalizować miejsca wylęgu komarów, poznać czas rozwoju kolejnych stadiów larw, liczebność populacji itp. Całe badanie trwa od momentu wylęgu do późnej jesieni - wyjaśnia Joanna Stańczak. - A pierwszy rok badań jest najważniejszy. W kolejnych latach wystarczy, że raz na jakiś czas pojedziemy sprawdzić, kiedy miał miejsce wylęg, i w odpowiednim czasie wprowadzimy toksynę.
Naukowcy z IMMiT przyznają jednak, że jest pewien problem - brak pieniędzy na badania. - Środek jest bardzo drogi, a żadna instytucja finansująca działania na rzecz ochrony środowiska nie chce nam pomóc. Jesteśmy więc bardzo wdzięczni władzom Krynicy za zapewnienie nam noclegów na czas badań - dodaje doktor Stańczak. - Kilka dni temu koleżanka z naszej ekipy przez dziesięć minut łapała wszystkie komary siadające tylko na nogach, zebrała w ten sposób ponad sto owadów.
O tym, że ukłucie komara jest bolesne i bardzo nieprzyjemne, wie każdy. Nie wiadomo jednak, czy nie niesie za sobą także zakażenia wirusami. - Jak dotąd w Polsce takie badania nie były prowadzone, choć wiele czynników wskazuje na to, że może tak być - mówi doktor Stańczak. - Zdarza się, że po pogryzieniu przez komary mamy wysoką gorączkę. Tak naprawdę nikt tego nie wiąże bezpośrednio z ukąszeniem, a nie można przecież takiej możliwości wykluczyć.
Komar, czyli culicidae, pochodzi z rodziny muchówek. Na świecie żyje około 2,6 tysiąca gatunków tych owadów, w naszym regionie kilkanaście. Larwy komarów żyją w wodzie. Dorosłe samice żywią się krwią kręgowców. Stadia rozwojowe komara: jaja, larwa, poczwarka i owad dorosły.
Gazeta Morska, dodatek do Gazety Wyborczej


By szanował cudzą pracę
Uczestnik protestu ekologów w Wysokiej Damian Kaczmarek został uznany winnym obrzucania ochroniarzy fekaliami i został skazany na osiem miesięcy ograniczenia wolności. Skazany zamierza się odwołać.
19-letni Damian Kaczmarek z Poznania był jedną z kilkudziesięciu osób, zrzeszonych w Koalicji na rzecz Góry Świętej Anny, które w lipcu ubiegłego roku zajęły przeznaczone do rozbiórki domy we wsi Wysoka, stojące na drodze powstającej właśnie autostrady A4. Podczas akcji firmy ochroniarskiej, której pracownicy mieli za zadanie ściągnąć ekologów z domów, zostali obrzuceni kamieniami i oblani fekaliami czy starymi kompotami.
Damian Kaczmarek, mieszkaniec Poznania, jest jedyną osobą, którą udało się zidentyfikować. Prokuratura oskarżyła go o użycie przemocy wobec pracowników ochrony, którym tym samym uniemożliwił wykonanie czynności służbowych.
Prokurator w mowie końcowej zaatakowała nie tylko oskarżonego. - Jest szereg osób, które pojawiają się tam, gdzie coś się dzieje, gdzie są media. Osoby te szukają taniej sensacji - spojarzała wymownie w stronę czterech przyjaciół Damiana przysłuchujących się rozprawie.
Przypomniała, że w czasie budowy autostrady ekolodzy niszczyli znaki, obrzucali kamieniami maszyny, nabijali drzewa gwoździami. - Co jest bardzo ekologiczne zresztą - ironizowała. Stwierdziła, że wyjaśnienia bezpośredniego świadka, ochroniarza, który został oblany fekaliami, są bardzo szczegółowe, dokładne i wskazują na winę oskarżonego. Następnie powiedziała, że do zeznań świadków powołanych przez ekologa trzeba podchodzić z dużą ostrożnością. (...)
- Oskarżenie opiera się na zeznaniach jednej osoby i nie są one tak spójne, jak chciałaby prokuratura - odpierał Kaczmarek. W czasie procesu zwrócił uwagę, że ochroniarz, który go później rozpoznał, zaraz po akcji w Wysokiej zeznał, że nie jest w stanie rozpoznać na zdjęciu żadnego z ekologów, gdyż "byli brudni i zarośnięci". (...)
Sąd uznał winę oskarżonego i skazał go na osiem miesięcy ograniczenia wolności; w tym czasie będzie on musiał pracować po 30 godzin miesięcznie na cele społeczne, które wyznaczy mu Urząd Miasta w Poznaniu.- Dla tak młodego człowieka kara pozbawienia wolności, nawet w zawieszeniu, byłaby niecelowa - uzasadniała sędzia. Dlaczego został skazany na obowiązkową pracę społeczną? - ... żeby zapobiec dalszej demoralizacji. Nabierze szacunku do czyjejś pracy, nie będzie jej niszczył. Są inne drogi dla osiągnięcia celów.
Gazeta w Opolu, dodatek do Gazety Wyborcze
j

Pies w butach
Młodociani przestępcy z angielskiego poprawczaka w Oxon podnieśli prawdziwy wrzask: mieli już dość śladów psich łap na swoich pryczach. I zażądali, aby wszystkie strażnicze psy przyodziać w solidne i często pastowane buty. Na początku władze poprawczaka gruchnęły śmiechem. Ale potem zamówiono u miejscowego szewca specjalne psie buty.
- Może i więźniowie mają rację. W końcu psiaki, które przeszukują ich cele w poszukiwaniu np. narkotyków, to spaniele. I trzeba przyznać, że włosiska się z nich sypią - wyjaśnia na łamach brytyjskiej gazety "The Sun" szef poprawczaka Paul Manwaring. Czarne skórzane mokasynki mają kilkucentymetrową podeszwę. To dlatego, żeby psiaki nie ucierpiały w przypadku rozruchów w poprawczaku i mogły swobodnie biegać po stosach zbitego szkła i żelastwa. - Spaniele nie narzekają na "skórzane łapki". Zresztą na noc ściągamy im te buty. Nakładają je tylko podczas swych strażniczych obowiązków - wyjaśnia Manwaring.
SuperExpress


Żaba w opałach
Warszawski hipopotam Żaba, który do gdańskiego zoo pojechał w celach matrymonialnych, został wczoraj poturbowany przez niechętną samicę. Gdańskie hipopotamki Kiwi i Hektorka już od dawna czekały na młodego hipcia. Żaba miał sobie wybrać partnerkę do spłodzenia potomstwa. Żadna z "dam" nie przyjęła jednak zalotów Żaby. Agresywna i starsza Hektorka zaatakowała go. Rozerwała mu skórę w okolicach pachwiny i dotkliwie pogryzła. Gdy tylko Żaba wyzdrowieje, opiekunowie ponownie będą próbowali kojarzyć parę.
SuperExpress


 

Strach nad wodą
Kłusownicy opanowali zbiornik retencyjny w Witulinie koło Białej Podlaskiej - alarmują wędkarze. W biały dzień stawiają siatki i masowo wyciągają rybę. Ostatnio dotarła do nas informacja, że ofiarą kłusowników padła wydra. Wędkarze znaleźli martwe już zwierzę na wyspie pośrodku zbiornika.
- Kłusowniczym procederem, o czym wszyscy wiedzą, trudni się grupa mieszkańców Terebeli. Pieniądze ze sprzedaży nielegalnie złowionych ryb przeznaczają zazwyczaj na alkohol - informuje wędkarz z Białej Podlaskiej, zastrzegając swoje nazwisko tylko do wiadomości redakcji. - Nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć. Przyjeżdżają zazwyczaj pijani, zaczepiają obecnych nad wodą, ubliżają ludziom. Wędkarze są bezradni. Wielokrotnie interweniowaliśmy w Państwowej Straży Rybackiej, ale nie przynosi to rezultatów. Żaden z wędkarzy nie będzie zadzierał z kłusownikami, bo się boi. W ubiegłym roku, wraz z innymi wędkarzami, byłem świadkiem jak przyjechała grupa kłusowników z Piszczaca. Rozpakowali sprzęt, wypłynęli na zbiornik, złowili kilkadziesiąt kilogramów ryb i odjechali. Takie sytuacje powtarzają się wielokrotnie o każdej porze roku.
Zbiornik w Witulinie, położony w pobliżu Białej Podlaskiej, jest ulubionym łowiskiem emerytów. Łatwo tam dojechać, a poza tym zbiornik bogaty jest w ryby. Można tam złowić nie tylko karpia, leszcza czy okonia, ale też suma, a nawet węgorza. Zbiornik jest bowiem od wielu lat systematycznie zarybiany przez Polski Związek Wędkarski.
Janusz Hołownia, komendant Społecznej Straży Rybackiej przy bialskim okręgu PZW, potwierdza otrzymane przez nas informacje i podkreśla, że jest to plaga wszystkich dobrze zarybionych wód na terenie byłego województwa bialskopodlaskiego. Ściganie kłusownictwa jest niezwykle trudne. Sprawców trzeba złapać na gorącym uczynku, a straż społeczna nie zawsze jest w stanie reagować natychmiast na sygnały wędkarzy. Sama jednak też niewiele może zrobić. W patrolach wyruszających na kontrole zbiorników powinien znajdować się funkcjonariusz Państwowej Straży Rybackiej lub policjant. Nawet jak kogoś się złapie, to kłusownik nic sobie z tego nie robi. Kolegia do spraw wykroczeń kłusownictwo traktują jako czyn o niewielkiej szkodliwości i nakładają symboliczne grzywny, nie więcej jak 100 czy 200 złotych. Kłusownicy z tego się śmieją.
Państwowa Straż Rybacka systematycznie kontroluje najważniejsze akweny. Też jednak nie jest w stanie skutecznie walczyć z tą plagą. Na takim zbiorniku jak w Mostach, który ma powierzchnię 400 ha, kłusownicy czują się bezkarni. A są jeszcze zbiorniki w Podedwórzu, Zahajkach i Żeliźnie. Zdaniem Janusza Hołowni, kłusownictwa na akwenach wędkarskich całkowicie nie uda się zlikwidować, można jednak ten proceder znacznie ograniczyć. Częste kontrole i wysokie grzywny to jedyne lekarstwo - twierdzi.
Szczególnie bulwersującym wydarzeniem było uśmiercenie przez kłusowników wydry. Wędkarze, którzy ją znaleźli stwierdzili, że na ich oczach wpadła we wnyki. Nie wiadomo jednak, czy były one zastawione w wodzie czy na brzegu. Wydra walcząc o życie zerwała wnyki, ale nie zdołała się z nich wyzwolić. Cienki stalowy drut niemal przeciął wydrę na pół.
Pora chyba najwyższa, by problemem poważnie zajęła się policja. Ustalenie kto zajmuje się kłusownictwem, nie powinno być trudne.
Kurier Bielskopodlaski, dodatek do Kuriera Lubelskiego


Przywróćmy życie rzekom
Większość dużych rzek Europy Zachodniej jest martwa lub umiera. Ludzie chcieli je ujarzmić celu tego jednak nie osiągnęli. Spowodowali natomiast zniszczenia, których naprawa ma kosztować miliardy euro. Goszczący w poniedziałek w Polsce prezes Światowego Funduszu na rzecz Ochrony Przyrody (WWF) przestrzegł Polaków przed popełnieniem tych samych błędów, co kraje Unii Europejskiej.
- Polskie rzeki w zdecydowanej większości niosą bardzo zanieczyszczone wody. Niewiele z nich jest jednak uregulowanych. Na szczęście. Regulacja przyniosła zniszczenie naturalnych terenów zalewowych, co zwiększyło znacznie częstość występowania powodzi. Przyczynia się także do przesuszenia gruntów. Tworzenie zapór natomiast przegradza naturalne korytarze ekologiczne i powoduje zanikanie gatunków zwierząt i roślin.
My Holendrzy, zdobyliśmy nasz ląd zabierając go morzu i skanalizowaliśmy prawie wszystkie rzeki powiedział w Warszawie Ruud Lubbers, prezes WWF, były premier Holandii. Stwierdziliśmy jednak, że nie zawsze uzyskujemy korzyści gospodarcze prostując rzeki, przegradzając je tamami, obudowując groblami i odcinając je od terenów zalewowych. Zawsze natomiast tracimy cenne siedliska naturalne. Nasza woda pitna jest kosztowna i mamy wielkie kłopoty, by zachować jej czystość przy obfitym spływie nawozów z pól. Wiele gatunków związanych ze środowiskiem rzek wyginęło. A powodzie zdarzają się nadal.
Po wojnie zniszczono 85 procent naturalnych polderów nad Renem, a rzekę zamieniono w otwarty kanał ściekowy. Przywracanie w nim życia trwało wiele lat i kosztowało rządy 5 państw położonych w jego dorzeczu krocie. Brak terenów zalewowych nadal jest przyczyną katastrofalnych powodzi, które nawiedzają dolinę Renu.
W ciągu najbliższych 20 lat na przywrócenie dawnych polderów nad Renem wyda się 12 miliardów euro. 17 milionów euro będzie kosztowało przywrócenie do tej rzeki łososia. Austriacy już przeznaczyli 31 milionów euro na renaturalizację swoich rzek, demontując nawet zapory wodne. Francuzi rozebrali 2 tamy na Loarze.
Wy Polacy, macie jeszcze wybór, by zachować wasze rzeki żywe, z ich biologicznymi walorami, z ich możliwościami dostarczania wody pitnej, zwalczania zanieczyszczeń oraz ochrony przeciwpowodziowej - twierdzi R. Lubbers.
Czy wyciągniemy wnioski z przykrej lekcji państw UE? Aby tak się stało, polski rząd musi między innymi opracować strategię ochrony rzek, doprowadzić do renaturalizacji koryt rzecznych i terenów zalewowych oraz odtworzyć do 2010 roku populację łososia w naszych rzekach.
Głos Wielkopolski


Wypocząć na gminną wodą
Władze gminy zadecydowały o wydzierżawieniu Jeziora Lusowskiego, nad którym położony jest między innymi ośrodek wypoczynkowy La Costa (na zdjęciu). Od momentu przejęcia jeziora trwają intensywne starania, aby poprawić czystość wody. Badania w ubiegłym roku wykazały, że Jezioro Lusowskie posiada drugą klasę czystości. Do niedawna należało do Państwowego Gospodarstwa Rybackiego w Skokach. Gmina wydzierżawiła je na 20 lat.
Od razu rozpoczęły się działania, które mają poprawić czystość wody. Przede wszystkim odcięto ,,dzikie'' przyłącza. Systematycznie też odbywają się kontrole nad brzegiem. Od kilkunastu dni, dzięki słonecznej pogodzie nad Jezioro Lusowskie przyjeżdża więcej osób. Wiele z nich odwiedza ośrodek La Costa. Oprócz sal, w których odbywają się konferencje czy przyjęcia okolicznościowe, na terenie ośrodka znajdują się także domki campingowe.
Głos Wielkopolski


Perła województwa
Nie ma chyba turysty, który przebywając na wyspie Wolin, przynajmniej raz nie odwiedził międzyzdrojskiego żubrowiska. To jedna z wielu atrakcji Wolińskiego Parku Narodowego, który wczoraj obchodził 40 rocznicę powstania.
W chwili powstania WPN obejmował swoim zasięgiem niewiele ponad 4800 ha. Dziś ma już blisko 11 tys. Jako pierwszy i jak dotąd jedyny w Polsce oraz całym basenie Morza Bałtyckiego ma status parku morskiego. Urzeka różnorodnością nie tylko krajobrazu, ale także fauny (blisko 150 gatunków lęgowych ptaków) i flory. Trzy piesze szlaki turystyczne ("Brzegiem Bałtyku", Nad Zalewem Szczecińskim" i "Leśny") co roku odwiedza wielu turystów. Nikt nie liczy także amatorów biegania, którzy codziennie przemierzają ścieżki WPN.
- Nikt nie liczy ile osób odwiedza nasz park. O tym, że jest ich wiele najlepiej świadczą rozdeptane szlaki, a także ilość "pozostałości" po turystach. Nierozważne działanie ludzi jest największym zagrożeniem dla całej przyrody - mówi Ireneusz Lewicki, dyrektor WPN. - O tym, że jest ich wielu najlepiej świadczą rozdeptane szlaki, a także ilość tzw. pozostałości po turystach - mówi Ireneusz Lewicki, dyrektor WPN.
Głos Szczeciński


Morze w Dojlidach?
Białostocki radny z klubu AWS-Jedność-Dobro Wspólne Ryszard Warzecha wraz z wędkarzami, kajakarzami, żeglarzami i motorowodniakami proponuje poszerzenie zalewu w Dojlidach. Według przedstawicieli władz Białegostoku, takie przedsięwzięcie jest - jak na razie - niemożliwe i należałoby się raczej skoncentrować na poprawie stanu istniejącego, a więc chociażby na wzmocnieniu grobli od strony ul. Plażowej oraz zagospodarowaniu samej plaży.
Zalew w Dojlidach został zbudowany w 1973 r. i od tego czasu, w letnich miesiącach, stanowi miejsce wypoczynku tysięcy białostoczan. Wokół zalewu znajdują się 32 stawy. Łącznie wszystkie zbiorniki wodne mają powierzchnię 119 ha.
- Chcielibyśmy, żeby wreszcie ładnie i estetycznie zagospodarowano ten obiekt, by stał się on wizytówką miasta. Uważam, że białostoczanie zasługują na to, by w ich mieście znajdowało się miejsce, gdzie można byłoby wypoczywać w kulturalnych warunkach. Bo to, co jest obecnie nad zalewem w Dojlidach idealnie pasuje do wizerunku Białegostoku jako miasta znajdującego się w Polsce B. W ramach uporządkowania otoczenia na Dojlidach proponujemy też powiększenie zalewu - mówi radny Ryszard Warzecha.
Według Warzechy cała to operacja byłaby bardzo prosta do przeprowadzenia, bowiem polegałaby na likwidacji grobli rozdzielających poszczególne stawy.
- Nie tylko w Europie, ale już i w Polsce takie zalewy i obiekty wodne są na naprawdę na wysokim poziomie. Wystarczy wspomnieć chociażby poznańską Maltę. Wkrótce taki obiekt powstanie też w Radomiu - dodaje Warzecha.
Członek Zarządu Miasta Białegostoku Krzysztof Sawicki, który nadzoruje w białostockim Urzędzie Miejskim tę tematykę, przyznaje, że na dziś sam obiekt na Dojlidach, jak i jego otoczenie, wyglądają fatalnie.
- W zasadzie z zalewu nie można normalnie korzystać. Uważam, że to miejsce należałoby zabezpieczyć, ogrodzić, wybudować porządną drogę i chodniki, by białostoczanie mogli bez problemów przychodzić tu w sezonie. To jest do zrobienia i to za około 200-300 tys. zł. Nie ulega wątpliwości, że temu miejscu potrzebny jest gospodarz - twierdzi Krzysztof Sawicki.
Ale, zdaniem Sawickiego, aby myśleć o powiększeniu zalewu w Dojlidach konieczne jest włączenie wszystkich stawów pod jeden zarząd. W tej chwili bowiem znajdują się one na terenie aż trzech gmin - Białegostoku, Supraśla i Zabłudowa. Szczególnie ważne jest porozumienie w gminą Supraśl, na której terenie znajduje się 80 proc. stawów. Wiadomo jednak, że władze tej miejscowości byłyby w stanie zgodzić się jedynie na to, by władze Białegostoku zagospodarowały za swoje pieniądze cały teren. Nie są natomiast zainteresowane pozbyciem się tej części swojej gminy.
Inną sprawą jest stan techniczny zalewu i dojlidzkich stawów. Na nasypach rosły bowiem drzewa i krzewy, które je rozpulchniły. Istnieje też różnica poziomów - i to wynosząca aż 2,5 metra - między zalewem a ul. Plażową.
- Na dziś, w tym stanie, w jakim znajduje się obiekt w Dojlidach, nie jest możliwe jego powiększenie. Bo jeśli usunęłoby się groble pomiędzy stawami, to ciśnienie na groblę znajdującą się od strony ul. Plażowej tak by wzorsło, że po prostu by ją rozsadziło. Doszłoby do wielkiej katastrofy - dodaje członek Zarządu Miasta.
Zdaniem Sawickiego, prace nad zalewem w Dojlidach trzeba podzielić na kilka etapów. Na początku należałoby wykonać zabezpieczenia, a więc chociażby należałoby wzmocnić betonowymi zastrzykami groblę od strony ul. Plażowej. W ramach kolejnych prac należałoby zagospodarować to, co w tej chwili jest w Dojlidach, a dopiero potem przygotować ekpertyzy i plany ewentualnego poszerzenia zalewu.
- Trzeba mieć też świadomość, że na takie poszerzenie stawów najprawdopodobniej nie wystraczyłoby całego budżetu miasta - mówi Krzysztof Sawicki.
- Prace te wiązałyby się bowiem z wywożeniem ogromnych mas ziemi, zbudowaniem nowej, wyższej grobli od strony ul. Plażowej czy też nawet dróg dojazdowych, by nad zalew mogły dotrzeć ciężarówki, które wywoziłyby ziemię. A pogłębienie tego obiektu jest konieczne, bo przy obecnej głębokości 1,2-1,5 metra nie jest to zalew, ale bajoro - dodaje Roman Maleszewski z Wydziału Ochrony Środowiska i Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego.
Gazeta Współczesna


Wędkarze w gorączce
"Gorączka pstrąga" ogarnęła wędkarzy łowiących na niewielkiej rzeczce Skotawie pod Słupskiem. W niewyjaśnionych okolicznościach około trzech ton pstrągów przedostało się do rzeki ze stawu hodowlanego koło Dębnicy Kaszubskiej (Pomorskie).
Setki wędkarzy wyciągają z niewielkiej rzeki ogromne ilości pstrągów. Nie wiadomo, w jaki sposób ze stawu hodowlanego w okolicach Dębnicy Kaszubskiej wydostała się wprost do Skotawy taka ilość ryb. Informacja ta lotem błyskawicy obiegła okolicznych wędkarzy. Nad rzekę zjechały setki amatorów wędkowania.
Jak na razie, żaden z hodowców pstrąga nie zgłosił sprawy policji - powiedział PAP oficer dyżurny komisariatu policji w Dębnicy Kaszubskiej.
PAP


Zielone zachodniopomorskie
Województwo Zachodniopomorskie należy dzisiaj do najbardziej atrakcyjnych i najpiękniejszych regionów Polski- piątym pod względem wielkości, zajmującym prawie 23 tysiące km kwadratowych i zamieszkiwanym przez 1,7 mln osób. Do tego gęstość zaludnienia wynosi 76 osób na kilometr kwadratowy, przy średniej krajowej wynoszącej 123 osoby. To prawdziwy komfort, biorąc pod uwagę wspaniałą przyrodę, rozległość lasów i wód.
Lasy zajmują prawie 34 procent powierzchni województwa. Nic więc dziwnego, że na najcenniejszych przyrodniczo obszarach województwa mamy dwa parki narodowe - Woliński Park Narodowy oraz Drawieński Park Narodowy, a także 6 parków krajobrazowych i aż 75 rezerwatów przyrody.
Drugą cechą charakterystyczną województwa zachodniopomorskiego są ogromne ilości wód powierzchniowych, jezior, rzek i rozległych wód przymorskich Zalewu Szczecińskiego. Wody zajmują około 6 procent powierzchni województwa. Wyróżnić tutaj należy pojezierza - Słowińskie, Drawskie, Myśliborskie, Wałeckie i Ińskie. Największe i najpiękniejsze jeziora to - Bukowe, Dąbie, Drawsko, Ińsko, Jamno, Kopań, Lubie, Pile, Miedwie, Myśliborskie, Płoń, Wierzchowo, Wielimie, Siecino i Woświn - chętnie odwiedzane przez turystów.
Dzisiaj w województwie zachodniopomorskim jest 1650 jezior o powierzchni powyżej jednego hektara. Z tego około 900 jezior znajduje się w dawnym województwie szczecińskim. Spośród nich 310 jezior, o powierzchni 17280 hektarów przejął szczeciński oddział Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa (działający na terenie dawnego województwa szczecińskiego oraz w powiatach myśliborskim i choszczenskim) od dawnych państwowych gospodarstw rybackich i Polskiego Związku Wędkarskiego. Większość jezior ma wody wysokiej klasy czystości, co sprawia, że są one niezwykle atrakcyjne dla amatorów wypoczynku nad wodą, sportów wodnych i wędkarzy. W dawnym szczecińskiem nad wieloma jeziorami znajdują się ośrodki wypoczynkowe, gospodarstwa agroturystyczne, przystanie jachtowe i ośrodki sportów wodnych. Praktyka ostatnich lat dowodzi, że właściciele ośrodków rekreacyjnych i plaż nad jeziorami dogadują się z dzierżawcami i mieszkańcy oraz turyści nie mają żadnych kłopotów z korzystania z uroków wypoczynku nad jeziorami.
Oddział AWRSP w Szczecinie wydzierżawia ponad 150 jezior (o powierzchni 14800 ha) Gospodarstwu Rybackiemu Jeziorowo-Stawowemu "Ińsko", 73 jeziora Polskiemu Związkowi Wędkarskiemu oraz pojedyncze jeziora firmom i osobom prywatnym. Sprzedano zaledwie kilka małych, bezodpływowych jezior i stawów, o powierzchni 142 ha. Część jezior jest niedostępna, gdyż znajduje się w parkach narodowych i krajobrazowych, a także w rezerwatach przyrody.
W dawnym województwie koszalińskim Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa administruje około 80 procentami jezior. Szczególnie piękne są regiony pojezierza drawskiego, wałeckiego i bytowskiego. Z turystyczno-rekreacyjnym wykorzystaniem jezior jest jednak gorzej niż w szczecińskiem. Co prawda, wielu mieszkańcom marzy się letni dom nad jeziorem. Brakuje jednak dużych inwestorów, którzy chcieliby wybudować nad wodą obiekty wypoczynkowe i centra sportowo-rekreacyjne z małą infrastrukturą.
- Jeziora nie interesują turystów, którzy najczęściej wybierają wypoczynek nad morzem, w miasteczkach nadmorskich, w tłumie - podkreślają przedstawiciele Środkowopomorskiej Izby Turystyki. - Nad jeziora, zwłaszcza w weekendy, jeżdżą głównie miejscowi. Cała nadzieja w rozwoju agroturystyki, która może dać impuls do zagospodarowania terenów przybrzeżnych.
Głos Szczeciński


Kto wybuduje most nad Parnicą?
W Generalnej Dyrekcji Dróg Publicznych w Warszawie odbyło się otwarcie ofert na budowę nowej przeprawy przez Parnicę w Szczecinie, w ramach Projektu Dostępu do Portów i Zarządzania Portami, współfinansowanej przez Bank Światowy. Pierwszy kontrakt obejmuje budowę mostów przez rzekę Parnicę od ul. Gdańskiej do ul. Hryniewieckiego. Drugi kontrakt obejmuje budowę dróg dojazdowych.
W sumie w konkursowe szranki stanęło 8 polskich firm, w tym BÖGL-BUD ze Szczecina, która złożyła oferty na realizację obu kontraktów. Oprócz szczecińskiej firmy, która zadeklarowała wybudowanie mostów za 22,1 mln zł, inwestycję tę chcą realizować: Mostostal Warszawa (21,5 mln zł), Płockie Przedsiębiorstwo Robót Mostowych (19,8 mln zł), oraz Kieleckie Przedsiębiorstwo Robót Mostowych (19, 3 mln zł).
Prace przy budowie dróg dojazdowych do przeprawy, firma BÖGL-BUD wyceniła na 25,6 mln zł, spółka Kieleckiego Przedsiębiorstwa Robót Mostowych z Gdańskim Przedsiębiorstwem Robót drogowych zamierzają wykonać to zadanie za 24,8 mln zł. Połączone siły Płockiego Przedsiębiorstwa Robót Mostowych i Przedsiębiorstwa Robót Drogowych z Goleniowa złożyły ofertę na kwotę 23,7 mln zł. Natomiast Dromex z Warszawy zadeklarował zrealizowanie tego kontraktu za 21,6 mln zł. Teraz, złożone oferty będą ocenione przez komisję przetargową, powołaną przez Generalnego Dyrektora Dróg Publicznych, zgodnie z wytycznymi Banku Światowego. Jak nas poinformowano w GDDP, od najbliższego poniedziałku komisja przetargowa przystąpi do oceny ofert. Wyłonionego wykonawcę poszczególnych zadań poznamy w połowie czerwca, po akceptacji Banku Światowego.
Głos Szczeciński


Łódź Wikingów w Kazimierzu
Łódź Wikingów wyruszyła w kwietniowo-majowy weekend w swój dziewiczy rejs Wisłą z Kazimierza Dolnego do Janowca, Mięćmierza i z powrotem.
Tą samą trasą popłynęły też inne statki: Marzanna, Posejdon i Nerejda, należące do Henryka Skoczka.
W weekend, po zimowej przerwie, wznowiono wycieczkową żeglugę po Wiśle, która uatrakcyjnia pobyt odpoczywającym w Kazimierzu Dolnym. Jej największą atrakcją w tym roku jest niewątpliwie łódź Wikingów mogąca zabrać na pokład 120 osób. Zbudowana została na bazie holownika z 1902 r. Wyróżnia ją nie tylko odmienny od pozostałych statków kształt, ale także zdobiące jej burty smoki i tarcze, a także wysoki maszt z bocianim gniazdem.
Po zimowej przerwie ruszył także prom zbudowany we współpracy z Holendrami, który połączył Kazimierz z Janowcem.

PAP

Bez komplikacji
17-letni chłopak, który wskutek pogryzienia przez meszki przez trzy doby był nieprzytomny, po intensywnym leczeniu wyszedł wczoraj ze szpitala. Jego stan ogólny jest dobry - oceniają lekarze.
Na oddział toksykologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. Jana Bożego w Lublinie trafił półtora tygodnia temu, gdy w czasie snu w lesie koło Tomaszowa trucizna z jadu meszek pozbawiła go przytomności. - Pacjent był leczony potężnymi dawkami leków - mówi dr Hanna Lewandowska-Stanek, ordynator oddziału toksykologii. - Rany zagoiły się szybko dzieki temu, że chłopak będąc nieprzytomny nie drapał pogryzionych miejsc. Nerwy wzrokowe i narządy wewnętrzne nie są uszkodzone.
Niebezpieczniejsze od komarów meszki mogą nam dokuczać jeszcze do końca maja.
Dziennik Wschodni


Płonie Biebrzański Park
Kataklizm - tak można określić pożar, który powstał w pobliżu wsi Kuligi (gm. Rajgród) na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Spłonęło 200 hektarów trzcin i traw. Zagładzie uległa wielka liczba rzadkich gatunków ptaków i małych zwierząt.
Sześć oddziałów gaśniczych PSP i OSP było wspieranych przez dwudziestu żołnierzy z jednostki wojskowej w Osowcu oraz piętnastu pracowników BPN. Ponadto samolot Dromader trzy razy zrzucił duże ilości wody. Akcja gaśnicza, którą kierował starszy kapitan Michał Szczotkin z Komendy Wojewódzkiej PSP w Białymstoku, była niezmiernie utrudniona z uwagi na brak dróg dojazdowych oraz podmokły, bagienny teren. Ponadto wiał bardzo silny wiatr, który przerzucał płomienie na coraz to nowe obszary. Strażacy, żołnierze i pracownicy Parku musieli posługiwać się łopatami i tłumicami. Był to już drugi w maju pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. Poprzednio spłonęło 40 hektarów traw i łąk.
80 osób przez 8 godzin gasiło największy w tym roku pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. Ogień w sobotę strawił 200 hektarów łąk w pobliżu rezerwatu Grzędy, w tzw. trójkącie pomiędzy rzeką Ełk, Jegrznią i Kanałem Woźnawiejskim.
- Pożar rozpoczął się o godz. 11. Jest bardzo sucho, więc linia ognia była długa. Do akcji gaszenia przyjechało 30 żołnierzy z jednostki w Osowcu-Twierdzy, jednostki Państwowej Straży Pożarnej z Grajewa oraz Ochotniczej Straży Pożarnej. W sumie pożar gasiło 80 osób - mówi Robert Kowalski, nadleśniczy w BPN. Dodaje, że gaszenie poszło sprawnie, gdyż wszyscy zjechali się szybko.
- Wprawdzie na podmokłym terenie nie było dojazdu dla ciężkich wozów strażackich, więc terenowym suzuki dowoziłem motopompy. Wodę braliśmy z rowów. W akcji uczestniczył samolot z Lasów Państwowych, który dokonał dwóch zrzutów wody. W sumie mieliśmy dużo szczęścia, bo akcja zakończyła się o godz. 19.
Robert Kowalski dodaje, że nie bez znaczenia był nowy most na rzece Jegrzni umożliwiający dojazd do ătrójkątaÓ. Most został oddany do użytku na początku br. Wcześniej, przez kilka lat za drogę dojazdową do łąk służyły bale spróchniałego drewna.
- Wtedy nikt by nie wjechał i straty były znacznie większe. Chociaż i tak pożar na 200 hektarach miał tragiczne skutki dla przyrody w największym parku narodowym w Polsce.
- W czasie pożaru giną siedliska, w których bytują i rozmnażają się ptaki. W ătrójkącieÓ najbardziej były zagrożone siewkowate: dubelt, bekas, kszyk, bekasik mówi Włodzimierz Wróblewski, nadleśniczy i p.o. zastępcy dyrektora ds. ochrony ekosystemów w BPN.
Zdaniem pracownika BPN żaden gatunek ptaków nie został zagrożony wyginięciem podczas pożaru, gdyż ptaki uciekły. Gorzej natomiast przedstawia się sprawa z gryzoniami: myszami, nornicami i ryjówkami, które stanowią pożywienie dla ptaków drapieżnych. Podczas pożaru zginęło też mnóstwo płazów i owadów.
- Ogromna strata przyrodnicza to spalenie się torfu. Torf rocznie przyrasta ok. 1 mm. Jeżeli spali się kilkanaście centymetrów, to na powrót do pierwotnego stanu trzeba czekać kilkaset lat. A nasze torfowiska są jednymi z ostatnich takich miejsce w Europie - dodaje Włodzimierz Wróblewski.
Przyczyną sobotniego pożaru było podpalenie, ktoś chciał wypalić swoją łąkę. Dodajmy, że w ubiegłym tygodniu spaliło się ok. 40 hektarów łąk w okolicach Kapic. W tym roku w Parku Biebrzańskim spłonęło ok. tysiąca ha łąk.
Mimo zakazów, ograniczeń i najwyższego - trzeciego stopnia zagrożenia, pożarów nie ubywa. Ogółem w piątek i sobotę wydarzyło się 30 pożarów łąk i trzcinowisk, w wyniku których wypaleniu uległo ponad 215 ha. Ponadto odnotowano 41 zaprószeń w lasach, co doprowadziło do zniszczenia 23 ha poszycia leśnego. Strażacy i leśnicy gasili pożary m.in. w leśnictwach: Krasne i Podsupraśl (nadleśnictwo Supraśl), Wilcze Bagno (nadleśnictwo Augustów), Snopki (nadleśnictwo Pisz), Jasionowo (pow. augustowski). W akcji gasniczej w rejonie lesnictwa Podsupraśl dwukrotnie uczestniczył samolot Dromader zrzucając ăbomby wodneÓ.
Całkowitym zakazem wstępu objęte są już Puszcze Augustowska i Piska, a częściowo Knyszyńska. Wzbroniony jest też wstęp do lasów komunalnych w Białymstoku. Ograniczenia nie obowiązują jedynie na terenie nadleśnictw Białowieża, Gołdap, Krynki, Olecko, Waliły i Żednia. Jeśli w najbliższych dniach nie pojawią się opady deszczu, Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białymstoku nie wyklucza, że również i tam wprowadzony zostanie zakaz wstępu.
Wilgotność poszycia leśnego jest już minimalna. W piątek, sobotę i niedzielę utrzymywała się zaledwie w granicach 5 proc. Woj. podlaskie objęte jest najwyższym, trzecim stopniem zagrożenia pożarowego.
Gazeta Współczesna


Katastrofalna susza
Od początku maja wybuchło w Polsce 3500 pożarów, które strawiły 2000 hektarów lasów. Najstarsi leśnicy nie przypominają sobie, aby taka sytuacja wystąpiła o tej porze roku.
W minioną niedzielę pojawiły się 334 pożogi, 8 maja 327, a 7 maja 337. Przeciętnie notuje się ponad 200 pożarów dziennie. Na szczęście obejmują one po kilka arów. Zawdzięczać to można czujności i maksymalnej mobilizacji służb leśnych.
Głos Wielkopolski


Maluch - widmo
Trwają poszukiwania "malucha", który od czterech lat leży na dnie Jeziora Kierskiego. Akcję zainicjowało i prowadzi poznańskie Centrum Działalności Nurkowej "Oceania". Nurkowie z tego klubu postanowili odnaleźć i wydobyć wrak samochodu, którym cztery lata temu dwaj mężczyźni z Napachania usiłowali przejechać przez niecałkowicie zamarznięte jezioro. Jechali do Krzyżownik po alkohol. Na miejsce dotarli bez przeszkód, ale w drodze powrotnej kierowca w ciemnościach zjechał z lodowej tafli i samochód wpadł do wody. Jezioro nie było bowiem równomiernie skute lodem - w niektórych miejscach woda nie zamarza tam w ogóle, bo uniemożliwiają to prądy powstające podczas napowietrzania dna zbiornika.
Obaj pasażerowie utonęli. Ich ciała wydobyto, ale znalezienie topielców zajęło nurkom z policyjnej kompanii antyterrorystycznej kilka dni.
Wrak auta do tej pory leży na dnie. Ostatnio kilkunastu nurków z "Oceanii" przez dwa dni szukało go w głębinach. Niestety, bez powodzenia. Najprawdopodobniej "maluch" znajduje się na głębokości ok. 30 m i, jak podejrzewają nurkowie, może być częściowo przykryty mułem. Jednak nie to jest największą przeszkodą w odnalezieniu wraka. - Utrzymujące się od kilku tygodni wysokie temperatury spowodowały wcześniejszy niż zazwyczaj zakwit wody, która stała się przez to mało przejrzysta - wyjaśnia inicjator akcji Bolesław Graczyk z "Oceanii". - W takiej sytuacji nurkowie są w stanie dostrzec przedmioty oddalone od nich najwyżej o półtora metra - dodaje.
Mimo dotychczasowych niepowodzeń nurkowie zamierzają kontynuować poszukiwania. Zapewniają też, że już wkrótce wrak "malucha" zostanie zlokalizowany i wydobyty.
Gazeta Wielkopolska, dodatek do Gazety Wyborczej


Widziano łosia, łowiono łososia
Redakcję zaalarmowali czytelnicy. - Łoś, taki duży, włochaty zwierz żyje pośrodku Wisły. Jak to, w Wiśle żyje? - powątpiewaliśmy. - Na wyspie na Wiśle - uściślili czytelnicy.
- To było w ostatni weekend. Popłynęliśmy na Wisłę z praskiego brzegu. Ciepło było i ładnie. Chcieliśmy trochę odpocząć na wyspie, tej na wysokości Cytadeli za mostem Gdańskim. Ale spostrzegliśmy, że na niej coś się ogromnego poruszyło. To był łoś, widzieliśmy na własne oczy, że to był łoś. Podobno on tam żyje od kilku tygodni - zapewniał jeden z czytelników. - Prosimy tylko tego nie nagłaśniać, bo ktoś z Pragi może sobie na zwierza zapolować - poprosili czytelnicy.
Nie nagłośniliśmy, tylko sprawdziliśmy. Na wszelki wypadek jako pierwszą przeczesaliśmy wielką łachę wiślaną za mostem Śląsko-Dąbrowskim. Przepytaliśmy plażowiczów na okoliczność łosia. - To ukryta kamera, tak? - śmiał się wędkarz w białych spodenkach, gdy zobaczył nas obładowanych aparatami i lornetkami. Zaprzeczyliśmy. - Nie, łosia tu nie widziałem - odparł wędkarz. Szukaliśmy dalej łosia wśród opalających się. W krzakach odkryliśmy... dwóch małoletnich wagarowiczów.
- Byliśmy tu też wczoraj, ale łosia to nie widzieliśmy - odparli przestraszeni.
Pojechaliśmy za łosiem na wyspę vis--a-vis Cytadeli. Po stronie praskiej, w dolinie między rzeką a betonową drogą, która wygląda jak pas startowy dla awionetek, znajdują się ogródki działkowe. Kolorowa mozaika dachów posklecanych z różnych blach i desek wygląda jak gigantyczna pasieka. W środku "uli" uwijali się niczym pszczółki działkowicze. Pompowali wodę, podlewali nią spalone słońcem trawniki, pielili grządki czy zwyczajnie opalali się w hamakach - letnisko w centrum Warszawy.
Wąskie dróżki dzielą "pasiekę" na sektory. Skręciliśmy w jeden z nich i spotkaliśmy działkowca w czapce amerykańskiej piechoty morskiej. Pytamy o łosia.
- A no, ja też łowię. Od lat łowię. Podobno w zeszłym roku chodził jeden właśnie przy tej wyspie. Jeszcze go nie złowiłem, ale w tym roku to mu nie przepuszczę. Zasadzę się na tego łososia i go na pewno złowię, bo ja jak już łowię, to od rana do nocy - mówi właściciel czapki. Prostujemy, że to nie o rybę, ale o ssaka chodzi, takiego dużego, z rogami na łbie. - No wiem przecież, co to łoś. Ale nie widziałem.
Suchą nogą na wyspę dostać się nie można - woda głęboka. Oglądamy ją przez lornetki, ale nic, żadnego ruchu. Wracamy. Na "pas startowy" dla awionetek wjechała straż miejska.
- Do łosia? - pytamy strażników. - Dostaliśmy sygnał, że żyje tu na wyspie. Szukamy go - przyznali. Mówimy strażnikom, że na wyspę nie dotrą bez łodzi. - No, to już trzeba do tego policji - zasępili się strażnicy. Pojechaliśmy do rzecznego komisariatu przy Wybrzeżu Szczecińskim. - Sygnał dostaliśmy, patrole na wodzie, sprawdzamy - zakomenderował oficer dyżurny. Na łódkę z patrolem nas nie wzięli, więc czekaliśmy. Minęły dwie godziny. Oficer dyżurny relacjonował. - Zbadaliśmy wyspy na odcinku piętnastu kilometrów Wisły. Na żadnej nie było łosia, nawet śladów zwierzęcia nie było - powiedział. - Ale na jednej z wysp, na wysokości 516. kilometra rzeki, patrol natknął się na drewnianą kłodę. Do złudzenia przypominała łosia - dodał poważnie.
Gazeta Stołeczna, dodatek do Gazety Wyborczej


Łoś po raz drugi
Pięć patroli straży miejskiej i policja także ścigały - po ulicach stolicy -łosia. Niestety, nikomu nie udało się go złapać. Łoś jak widmo przemieszczał się między ulicami, by w końcu zupełnie zniknąć w okolicach Wisły.
"Łosiowa panika" wybuchła, gdy zwierzę pojawiło się w okolicach ronda Starzyńskiego. Kierowcy ze zdumieniem przecierali oczy. Policja musiała na chwilę zablokować ruch, gdyż zwierzę nic sobie nie robiło z pędzących samochodów.
- Łoś uciekł w stronę ulicy Odrowąża - na bieżąco informował nas Rafał Lasota, rzecznik straży miejskiej. Pojechaliśmy więc tropić łosia w stronę tamtejszego cmentarza. Niestety, tam już go nie było. Jeden z naszych czytelników obserwował przez chwilę zwierzaka z okna swojego domu. Od niego dowiedzieliśmy się, że łoś popędził w stronę Wisły.
- Z tego, co wiem, to w pogoni za zwierzakiem już ruszył patrol rzeczny - mówił nasz czytelnik.
Policjanci z komisariatu rzecznego przebyli rzekę na odcinku 10 kilometrów. Niestety, nie zauważyli zwierzaka.
W akcji brał udział Eugeniusz Mikłusz, lekarz weterynarii, który współpracuje z zoo.
- Zostałem wezwany przez straż miejską. Pojechaliśmy na rondo Starzyńskiego, ale łosia tam już nie było - mówi. - Zdarza się, że łosie wychodzą w maju z Kampinosu. Są dwa powody, dla których to robią. Po pierwsze, młode łoszaki mogą być wypędzane z lasu przez dorosłe samice. Drugi powód, to ludzie, którzy straszą zwierzęta - dodaje lekarz. Jedno jest pewne: łoś był w mieście i być może jeszcze do niego powróci.
SuperExpress


Orzeł przedni wrócił do gniazda
Pierwszy urodzony w niewoli orzeł przedni Champion został przeniesiony do gniazda rodziców. Pracownicy stacji badawczej Polskiego Związku Łowieckiego w Czempiniu chcą aby Champion został wypuszczony na wolność.
- Najgorsze mamy już za sobą, ptak wczoraj wieczorem wrócił do gniazda rodziców i dziś możemy stwierdzić, że został przez nich zaakceptowany" powiedział PAP Henryk Mąka, opiekun ptaków ze stacji w Czempiniu. - Najlepiej jakby udało się znaleźć żyjąca na wolności parę, która złożyła jajka, ale nie wykluły się z nich pisklaki i podrzucić do gniazda naszego Championa - dodał.
Drugim sposobem przywrócenia młodego orła przyrodzie może być wywiezienie ptaka w Bieszczady, gdzie nauczy się latać i będzie przez pewien czas dokarmiany.
Champion urodził się na początku maja, jego rodzicami są orlica "Wikta", która trafiła do stacji w 1982 roku a ojcem "Witek". W Polsce w niewoli hoduje się orły przednie tylko w Czempiniu i Poznaniu. Na wolności populacje orłów szacuje się na 30 gniazd.
PAP


Ziemia woła o wodę
Ziemia jest spalona i spękana. Wegetacja zbóż, rzepaku i buraków zatrzymała się. Jeżeli upały będą trwały nadal i w ciągu najbliższych dwóch tygodni nie spadnie deszcz, to rolnictwu na Pomorzu grozi klęska.
- To pierwsza taka sytuacja od zakończenia drugiej wojny światowej, że już w kwietniu przyszły niesamowite upały przy całkowitym braku opadów - powiedział Janusz Molenda, wiceprezes Szczecińskiego Związku Producentów Zbóż. - Nie pada już od sześciu tygodni i nie wiadomo kiedy spadnie chociaż kropla deszczu. Nawet, gdyby dzisiaj deszcz spadł, to i tak zbiory zbóż ozimych i rzepaku ozimego będą niższe o 30-40 procent. Natomiast co do zbiorów z plantacji roślin jarych, czyli pszenicy, buraków cukrowych, rzepaku jarego, rokowanie jest trudne bowiem może okazać się, że w ogóle nie uzyska się plonów.
Głos Szczeciński


Mostem nad Regalicą
W ub. tygodniu na swoje miejsce trafił ostatni stalowy łącznik mostu Nowocłowego nad Regalicą. Operacja techniczna wciągnięcia na linach kilkudziesięciotonowej stalowej konstrukcji z pontonu na swoje miejsce trwała zaledwie kilka godzin i można było przystąpić do zespalania ostatniego odcinka z resztą. Montaż wszystkich elementów mostu wykonała szczecińska firma "Montostal". O skali przedsięwzięcia może świadczyć rozpiętość stalowej konstrukcji, której łączna długość wynosi ok. 535 m.
Kurier Szczeciński


Nie ma programu ochrony
Od lipcowego kataklizmu w 1997 r. stan zabezpieczenia przeciwpowodziowego Polski nie poprawił się - twierdzi NIK. Nadal nie ma programu ochrony przed powodzią, a skutki minionych katastrof nie zostały naprawione.
NIK przedstawiła dziennikarzom wyniki kontroli usuwania skutków powodzi z lipca 1997 r. przez administrację publiczną. Raport został opatrzony wieloma uwagami dotyczącymi właściwego zabezpieczenia kraju przed tego typu kataklizmami.
- Wyniki wszystkich kontroli NIK dotyczących powodzi wskazują na to, że na skutek niecałkowitego usuwania ich efektów, pogarsza się stan infrastruktury zabezpieczającej przed powodzią - powiedział wiceprezes Izby Jacek Uczkiewicz. W ocenie Izby, administracja rządowa za późno opracowała wytyczne w sprawie szacowania szkód powodziowych (jednolity system został wprowadzony dopiero w marcu 1998 r.). Do tego czasu wiele gmin "naciągnęło" państwo na środki finansowe, które rzekomo miały być wydane na usuwanie skutków powodzi. Na przykład gmina Czerwieńsk (Lubuskie) otrzymała dotację na wybudowanie 50 mieszkań dla powodzian. Na terenie gminy nie było jednak osób, które spełniałyby kryteria przydziału takich lokali. Gmina Marcinowice (Dolnośląskie) wydała 30 tys. zł z tych funduszy na modernizację drogi, która nie była zniszczona przez powódź. W pięciu przypadkach takiego nieuzasadnionego wydatkowania pieniędzy NIK skierowała sprawy do prokuratury. W jednej zapadł już wyrok skazujący.
Kurier Szczeciński

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWszywki i metki odzieżoweeZ PublishOsuszanie bydynków - izolacja pionowaŻbikowskaDyskusje wędkarskie