Nasze ankietki to rzecz z ambicjami. Służyć mają dobru całej wędkarskiej braci, zmierzającej drogą wzajemnej wymiany doświadczeń ku lepszej przyszłości. Temat nie ma wprawdzie tym razem nic wspólnego z wędkarstwem, ale...
 

  NR 41      15 MAJA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
Krzyś Lutik: Taaaaaaaaaaaaaak. Oj, bolesny temat, bolesny. Moje żywe srebro za 2 dni kończy rok. 1 rok. I nie da się, jak napisała Gosia, upchnąć tego srebra nigdzie nad woda. To jest, rzekłbym używając idiotycznego sloganu filmowego, "człowiek - demolka". Autentyczny demolition man, a raczej woman. Nie da się z ttttttyyymmmm nigdzie pojechać. Sprawdziliśmy na własnej skórze. Wyczekany urlop na Kaszubach zamienił się w horror. Po pierwsze, ryb nie było jak na lekarstwo, po drugie, mały demon ryczał, krzyczał, wrzeszczał, itp (tu: wymień/wypisz/wyartykułuj wszelkie onomatopeje słowa RYK).
Od czasu posiadania córki wszystko się zmieniło. Natomiast ciągle mnie zaskakuje moja żona. Odbiega ona od wszelkich kanonów upierdliwej niewiasty, ciosającej kołki na głowie swemu lubemu tylko dlatego, iż natura obdarzyła go niewytłumaczalnym popędem do łowienia ryb. Otóż nie - moja żona (niech to nie zabrzmi jak pean) jest bowiem kobietą rozumiejącą. Pozwala mi (ludzieeeeeee!!!! naprawdęęęęęęę!!!!) na wyjazdy na ryby nie tylko krajowe, nie tylko na 1 dzień, ale nawet na dłużej. Anioł, znaczy się. Nawet do Szwecji wyjechałem na tamtejsze szczupce bez większych problemów.
Wciąż, a jesteśmy już 7 lat po...., nie mogę uwierzyć, ze dzieje się to naprawdę. Mogę spokojnie kupować wędki - coraz droższe i lepsze (ale cen przezornie nie zdradzam), kołowrotki, żyłki, grzebać w internetowym Cabelasie do znudzenia, zamawiać nikomu potem nie potrzebne pierdoły. Zaiste to cud. Tak naprawdę jest tylko jedno ustępstwo, na które musze chadzać. To... buty. Po prostu buty, obuwie, chodaki, trzewiczki, pantofelki, sandałki, adidaski. Uwielbia nabywać. Ciągle i w nieograniczonych ilościach. Tylko to. To nic, prawda ?. Pewnie, że to nic. Bo w zamian za to mam wodę, ciszę, las i ADRENALINĘ. Kocham moja żonę. Córkę też kiedyś pokocham. Ha ha hahahahaahahahah :-).


Wiesław Liszek: Problem ten już od dawna (ponad 14 lat) mnie gnębi. Wydaje się ze najlepszym sposobem byłoby wziąć połowicę i kinderki na piknik (połączony z wędkowaniem).
Minusy takiego rozwiązania :
  • Trzeba ustalić odpowiednią godzinę wyjazdu- a najczęściej rodzina lubi się wyspać przed wyjazdem.
  • Drugi problem - to ten z wyborem miejsca - najczęściej trzeba się pogodzić z myślą o wędkowaniu stacjonarnym, a w dodatku na jakimś ładnym kawałku brzegu - zwykle dość trudno jest pogodzić dobrą (wędkarsko ) miejscówkę z tym warunkiem.
  • Trzeci - to problem odpowiedniego zorganizowania czasu dzieciom. Dzieci zwykle szybko się nudzą wędkowaniem, wiec należy zawczasu przygotować odpowiedni program.
Jak już się uporamy z powyższymi sprawami, możemy spokojnie zając się ulubionym hobby.
Jednak, biorąc pod uwagę trudności, jakie możemy napotkać przy realizacji powyższego planu - chyba lepiej przekonać rodzinę, że lepiej im będzie pozostać w domu, a na ryby- jechać w gronie kolegów.


Marcin Temporale: Od pół roku jestem "szczęśliwym" małżonkiem i jakoś tak dziwnie się stało, że na rybach jestem dużo rzadziej niż za czasów kawalerskich. Kiedyś moja Gosia to nawet chciała mieć własną wędkę, a teraz moje nie bardzo jej pasują. Kolejnym utrapieniem stał się telefon komórkowy, który miał pomagać, a nie jak to się dzieje, skracać moje, i tak nieczęste, spotkania z wodą.
Jeśli więc chodzi o wędkarstwo, to jest niedobrze, powiem nawet, że jest źle. Przepadły już zawody Grand Prix do kadry okręgu jeleniogórskiego (w tamtym roku 1 miejsce w turze wiosennej) ale na szczęście nie z powodu kochanej małżonki, w przyszłą sobotę nie wezmę udziału w zawodach mistrzowskich koła (w tamtym roku 1 miejsce) ale winną tym razem jest szkoła (ochrona środowiska).
Po tym nieskromnym kawałku wrócę jeszcze do konfliktu współmałżonek/wędkarstwo: być może właśnie wspominany przez Ciebie PET domowy pomoże mi wrócić do dawnej świetności, otóż małżonka moja uwielbia psy i to może być to. Może właśnie pies stanie się przyczyną tego, że nie będę już tak mile widziany w domu jak do tej pory. Żona na pewno nic nie będzie mówiła, gdy będzie miała swojego nowego pupilka. Chwała psom i innym mniejszym stworzeniom.


Paweł Kobyłecki: Z moją lepszą połową nie mamy problemów, ponieważ, kiedy wyjeżdżamy gdzieś razem, Karolina nie robi mi problemów, kiedy chce powędkować, ja zaś staram się nie przeciągać struny i odpowiednia ilość czasu poświęcać Jej.
Kiedy jesteśmy w górach, naszym wypróbowanym sposobem jest Karolinowe rozwiązywanie wszelkiej maści krzyżówek. Od tych publikowanych w "Gazecie Wyborczej", poprzez "Rozrywki" a na będących dodatkiem do takiej na przykład "Niedzieli" kończąc. Kiedy zaś łowię ryby spokojnego żeru, wtedy Karolina towarzyszy mi łowiąc własną wędka. Nie powiem, że kilka razy złowiła więcej ode mnie.
CAŁY TEN ZGIEŁK
     Choć maj, to lato w pełni, słoneczko przygrzewa, wkrótce zacznie się rójka... Nie ma wędkarza, który by w tych warunkach wysiedział w domu. Wędki same wskakują do łap, samochód sam jedzie w odpowiednio mokrym kierunku, pies nawet merda ogonem o wiele bardziej zachęcającą niż na codzień...

     No właśnie, pies. Zwierze z natury żywe i entuzjastyczne, maniacko aportujące błystki, zacinające się na zestaw skrócony i usiłujące mordą podebrać holowany super - okaz. Taki pies nad wodą - to horror. Prawie taki horror jak wrzeszczący noworodek czy włażący wszędzie dopiero co uczący się chodzić dzieciak. Albo niezadowolona z życia połowica...

     Choć ciepełko kusi, niektórzy z nas znają nie tylko jego uroki. Bo niezadowolona połowica, wredny potomek i szalejący pies potrafią zepsuć najpiękniejsze nawet połowy. Trzeba zatem żywioły te obezwładnić. Jak? O to właśnie pytaliśmy w ankietce...



     Andrzej Trembaczowski: Najpierw jeździliśmy z żoną razem. Dotrzymywała mi towarzystwa nawet w dalekich eskapadach w dzicz i głusze. W lasy i na bagna. Na pstrągi i na trocie, na spływy wodniackie i na obozy wędrowne. I nawet sama zakładała robaki na haczyk. A potem były dzieci.
     Jak podrosły, zacząłem zabierać je z sobą, córka miała 4 lata, gdy pierwszy raz nocowała nad Wisłą śpiąc na kamieniu. I nie nudziła się. Syna, kiedy był mały, z oka spuścić nie mogłem. Lubił wpadać do wody. Dziś żona uważa, że to nie dla niej, na szczęście nie protestuje, kiedy wyjeżdżam.
     Córka sama planuje swoje wyprawy, jeszcze bardziej ambitne i szalone niż moje. A syna wciągnęła nauka i straciłem na razie w nim towarzysza wypraw. Od roku nie był ze mną ani razu. Pies chciałby bardzo, ale zabieram go tylko na Mazury. Zestarzał się zresztą i woli ciepły kąt i miękki fotel. Widać taka jest kolej rzeczy...


     Janusz Barczyk: Od siedmiu lat jestem, niestety, wdowcem. Ale pamiętam wspaniałe chwile które przeżywaliśmy razem na wędkowaniu. ONA oraz starsza córka zarażone były od pierwszych chwil wędkarstwem. Tak, że z tym nie było nigdy problemu. Jak chciałem na ryby, a ONE nie mogły jechać to jechałem sam i tylko po powrocie były pytania, jak tam było itd.
     Jeżeli chodzi o pieska (mały dupelek) to woda dla niego jest tematem nie do przejścia. Panicznie się jej boi. Do wody sam nie wejdzie. Tylko z aktualną swoją panią. Poprzednio była to Żona, obecnie młodsza córka.
     W ostatni długi weekend doszło do sensacji. Pies bez żadnego strachu wsiadł do łódki i bez problemu pływał z nami po jeziorze. Ma 14 lat...
     I to by było na tyle. Przepraszam, że tak krótko. Ale wspomnienia trochę mnie stresują. Takie życie.


     Wojtek Górny: Cóż, żona lubi czasami pospiningowac, a i spławikiem nie gardzi, tak wiec w trakcie urlopu łowimy nieraz razem z jednej łódki czy pomostu. Gorzej z córką, której cierpliwość do wędkowania przechodzi średnio po pięciu minutach. Do wieku 6-7 lat rewelacyjną metodą było ułożenie koca na dnie łodzi i wysypanie na niego wszystkich posiadanych gumek (bez główek, oczywiście) i poproszenie o segregowanie według wielkości, kształtu, koloru, itd. Wtedy łowić jakoż się dało, trzeba tylko było non-stop odpowiadać na pytania typu "a co to?".
     Obecnie nadal na łódkę zabieramy koc, ale córa już bierze nie na moje gumki, a na własne książki lub kredki. Nie bardzo zwraca uwagę na nasze wędkarskie poczynania, a kolejne ryby kwituje krótkim "o, znowu szczupak". Tak dzieje się na urlopie, a poza nim z reguły jeżdżę sam, gdy wyjazd jest z tych porannych, lub zabieram dziadków, którzy najlepiej neutralizują wszelkie zagrożenia dla spokojnego wędkowania.


     Marcin Daczko: Hmmm !!! Problem zupełnie mi obcy. Moja żona to chyba fenomen na skalę europejską (światową). Nie wędkuje, a wozi mnie (lub często całą ekipę) nad wodę, kiedy tylko poproszę. W tym czasie, gdy ja "mocze kijek" Ona się opala lub przygotowuje grilla (wersja letnia), albo wraca do domu i przyjeżdża po mnie o umówionej godzinie (wersja jesienno-zimowa). Niewiarygodne ??? A jednak prawdziwe.
     Potomstwa jeszcze się nie dorobiłem, psa też nie mam, wiec nie wiem, co powiedzieć. Swego czasu ulubiona zabawa foksteriera moich rodziców było aportowanie obrotówek i wahadłówek podczas wędkowania z pomostu. Zupełnie nie przeszkadzała mu ponadmetrowa odległość z pomostu do lustra wody - po sekundzie był już w wodzie. Po dwóch minutach pływania blisko pomostu (cwaniak !!) wracał lekko zniesmaczony i zażenowany, bo gdzieś się to żelastwo zapodziało, a on nie bardzo wiedział gdzie.
     P.S. Co do wyjazdów na ryby. Właśnie jedziemy we dwóch pobawić się z pstrążkami. Kto nas zawozi??? Oczywiście IZA!!!!!


     Jacek Naliwajek: Po raz pierwszy na rybach byłem mając 5 miesięcy. Leżałem na kopie siana, a ojciec wędkował w Narwii. Z dziećmi wiec można, nawet małymi ale wówczas, gdy nastawia się na grunt. Jako, że jestem spinningistą, nie znalazłem jeszcze sposobu na zabranie moich dzieci na długie wędrówki i aktywne łowienie.
     Jeżeli jednak mogę to zabieram ze sobą psa - golden retrievera. Stoję w woderach w wodzie, a obok mnie pies zanurzony po uszy. Nad lustro sterczy tylko jego łeb. Takie wyprawy maja często swój finał u weterynarza który zapuszcza preparaty grzybobójcze do jego ucha, ale nie mogę odmówić psu przyjemności towarzyszenia panu w wyprawie nad rzekę. Aby jednak stał spokojnie i nie płoszył ryb, musi wyszaleć się na lądzie. Pierwszy więc kwadrans wyprawy poświęcam na zabawę, spacer z dala od brzegu. Potem, już trochę zmęczony, cierpliwie obserwuje moje zmagania ze sprzętem. Nie odważyłem się jednak zabrania psa na wyprawę za pstrągiem. To już lepiej pójść na spacer z nim nad wodę, na jedno wyjdzie.


     Michał Sopiński: Najlepszy sposób to tłumaczenie i przyzwyczajanie od samego początku, iż zbyt częste przebywanie w swoim towarzystwie prowadzić może prędzej czy później do znudzenia. A tak, podczas trzydniowego wyjazdu na ryby można się stęsknić. Co do podziału domowych obowiązków można to rozwiązać udzielając się domowo przed lub/i po rybach.

     Piotr Regiec: jest to również i mój podstawowy problem, z którym jak do tej pory sobie nie radze. Będę wiec z nadzieja czekał na wyniki - może coś z nich i dla mnie wyniknie.

     Paweł Skarżyński: hmm, połowicy i dziatek na szczęście:-) jeszcze się nie dorobiłem i na rybki mogę chodzić wtedy, gdy czas pozwala, ale mam małą rodzinkę w swoim mieszkaniu, czyli duże akwarium i paru mieszkańców (mniejszych braci;-). Nie wiem, czy akceptują moje moczenie wędki, są natomiast doskonałymi wskaźnikami tego co dzieje się w danym momencie w środowisku naturalnym (w wodzie jezior lub rzek). Są dni, gdy leżą brzuszkami na dnie i nie reagują na żaden pokarm (nawet ulubiona mormyszka z obciętym haczykiem ich nie rusza;-) tak wiec ze spokojnym sumieniem mogę sobie wędkowanie tego dnia odpuścić. A żona no cóż, nie wiadomo czy polubiła by moja "mormyszkę", pewnie musiałbym ja przetopić z obrączki, a dzieci zagłaskałyby moje rybki (a wiadomo, że bez śluzu zachorują biedaczyska;-). Może kiedyś gdy sukces wędkarski będzie pewniejszy (rybniejsze wody) złowię swoja "złotą rybkę" i nie będę "musiał" poświęcać całych dni, a póki co "wędka" w dłoń:-))))))))))))))

     Andrzej Graczykowski: Jako, że jestem dość młodym żonkosiem (3 lata) a dzidziusia spodziewam się na dniach, mam raczej nikłe doświadczenia w tej dziedzinie. Jednak z moich obserwacji wynika, że skutecznym sposobem jest wykonanie w tygodniu poprzedzającym wyprawę kilku prac domowych (malowanie, szlifowanie...) uspokaja to trochę sumienie i zawsze stanowi kontrargument :-))))
     Oczywiście istotnym elementem jest bilans zysków i strat. Bo wyobraźcie sobie kopanie 1000 m działki przed wyjazdem na SWI :-)))))
     Ja do tego sposobu ubiegam się w momencie, gdy sytuacja domowa jest napięta, bo tak po prawdzie moja żonka jest oki i nie muszę stosować wykrętów, aby pojechać na ryby. Gorzej jeśli chodzi czas wolny od obowiązków służbowych. Tutaj jakoś nic mi nie przychodzi do głowy. Wiesz, jak mus to mus :-((


     Radek Gościmski: Mój sposób jest prosty, to moja małżonka kilka lat temu przypomniała mi o tym, jak dużo daje wędkowanie. Zawsze Jej o tym przypominam i jak do tej pory skutkuje. Poza tym mały znakomicie się czuje nad wodą, wiec (mimo, że na razie jeszcze tego nie powiedział na głos) też jest za (przynajmniej ja to tak interpretuję.

     Marek Hille: Jak to jest u mnie z wyjazdami na ryby - bardzo różnie. Najlepiej jest wtedy, gdy moja połowica ma mnie trochę dość - " a jedź, tylko powiedz, kiedy mniej więcej wrócisz". Gdy zaczyna kręcić nosem , że trzeba zrobić to lub tamto, dzwonię do teścia ( na szczęście też wędkarz) i problem znika. Generalizując, nie zdarzyło mi się usłyszeć, że nie, bo coś tam.
     Dzieci na rybach - starsza córka (w tym roku kończy 9 lat) jeździ ze mną bardzo często, pod warunkiem, że wędkowanie ma miejsce nad wodą stojącą, w rzece nie może sobie dać rady.
     Wyjazdy całą rodzinką maja miejsce tylko okazyjnie, najczęściej na łowiska komercyjne, mimo to o prawdziwym łowieniu nie ma wtedy mowy -młodsza córka (22 miesiące )jest bardzo absorbującą osóbką i pilnowanie jej przez jedną tylko osobę jest bardzo meczące.


     Jacek Gnat: W moim przypadku te problemy nie występują, dlatego że moją ulubioną metodą są wędrówki ze spinningiem. Czasem pokonuję i do 15 km piechotą, wiec żonka czy małolat wysiadają.
     Jednak, kiedy udaję się nad zbiornik znajdujący się w mojej miejscowości razem z rodzinką, to spiner oddaję żonce, która uparcie trenuje rzuty na ogromną odległość, dochodzącą do 10 m. Dzieciak chlapie kijkiem w wodzie i posyła tam kamienie, ja zaciskam zęby i cierpliwie czekam. Po ok. pół godzinie znudzone towarzystwo wraca do domu, a ja spokojnie wznawiam polowy.
     Jest to w moim przypadku bardzo skuteczna metoda.


     Robert Waszczyszyn: Nie mam w tym temacie zbyt dużego doświadczenia.
Ale chętnie posłucham innych:-)
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych