Dokąd mamy pojechać i na jakie metody zdecydować się, kiedy już dojedziemy... W którym kącie, czy na którym zakręcie szukać wymarzonego okazu... Jeśli tylko możemy, podzielmy się naszymi łowiskami. Mięsiarze nas nie czytają!
 

  NR 41      15 MAJA

Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
ZAPOMNIANA KRÓLOWA
     Od zarania dziejów nad rzekami powstawały ludzkie osady. Rzeki bowiem niosły życie - po pierwsze wodę do picia. Ta sama woda po wykopaniu fos dawała poczucie bezpieczeństwa. Rzeka była też szlakiem komunikacyjnym, przez stulecia wygodniejszym i bardziej efektywnym od dróg lądowych. Darzyła ludzi pożywieniem - łowiono ryby, polowano na zwierzęta, które przy rzece mieszkały w wielkiej obfitości, wreszcie nawadniała i użyźniała pola.

     Nad rzekami powstawały miasta, które przez wodę były zdeterminowane. Na rzecznym handlu zbijano fortuny, tysiące ludzi z rzek czerpały środki do życia. Nie inaczej było z Wisłą i z Warszawą. Kiedy patrzy się na obrazy Canaletta malowane z praskiego brzegu, to z miejsca widać, czym wielka rzeka była dla stolicy. Szkuty pod żaglami wiozące towary, wielkie łodzie piaskarzy, niezliczone promy przeprawiające przez rzekę konie, ludzi i wozy. I dobre towarzystwo obnoszące nad rzeką swoje nowe stroje i toczące dystyngowane rozmowy.
     Ale

Wisła miała pecha.

     Przyszły zabory, które ten arcyważny dla Polski szlak wodny podzieliły granicami. Rzeka przegrała z odrębnymi systemami prawa handlowego, z komorami celnymi, z odmiennymi koncepcjami zabudowy hydrotechnicznej. Podupadła jako droga żeglugowa, zachowując drożność na odcinkach lokalnych...
     Mam znajomego Anglika, którego kapitalizm przed kilku laty nad Wisłę przywiódł. I bardzo go złości, gdy większość zaniedbań, jakie w Polsce spotyka, o rozbiory się opiera, rozbiorami tłumaczy. I komuną. Peter Thumbe, specjalista od księgowości i przepływu kapitału, jest rodowitym londyńczykiem i wszystko do City porównuje. Opowiada chętnie, w jakim stanie przed dziesięciu, piętnastu laty była Tamiza. Rzeka-trup, rzeka-brud, rzeka-fetor... Nie było ryb, nie było ptaków, za to ludzkie mrowie poruszało się po farwaterze. Statki rzeczne i mniejsze jednostki morskie, barki, szalandy, jachty... Życie biologiczne zduszone zostało przez koncepcje zagospodarowania hydrotechnicznego z lat sześćdziesiątych, gdzie jedynym celem było gospodarcze wykorzystanie rzek.
     Nie było zaborów, nie było komuny, a

rzeka i tak umarła

- w sensie przyrodniczym. Jedyna różnica, którą widzi między Wisłą a Tamizą angielski księgowy, to fakt, że od brytyjskiej królowej rzek nigdy nie odwrócili się ludzie, natomiast dla mieszkańców Warszawy Wisła praktycznie nie istnieje. Ekologiczne przebudzenie, które nastąpiło w krajach zachodnich, pozwoliło na odnowę biologiczną rzek w bardzo krótkim czasie. Dziś do Tamizy wchodzą łososie, zaś inne ryby łowi w niej setki posiadaczy niewielkich łodzi wędkarskich. Dotyczy to także niemieckiego Renu, francuskiej Sekwany i Rodanu, włoskiego Padu...
     Mój znajomy Anglik, z którym mieszkając w stolicy często spotykałem się podczas spinningowania na jednej z wiślanych ostróg w pobliżu warszawskiego ogrodu zoologicznego, jest typowym wytworem kultury yuppies - jeszcze młody, stuprocentowy mieszczuch, dwustuprocentowy profesjonalista, który nie ma najmniejszych oporów, by dla dobrej, ciekawej, znakomicie opłacanej pracy przenosić się z miasta do miasta, z kraju do kraju, znad jednej rzeki nad kolejną... Zna doskonale paryskie bulwary, przez dwa lata pił piwo w bremeńskich bierstubach, rozlokowanych na nabrzeżach Wezery, często odwiedzał Hamburg z jego Łabą. Kiedy nadszedł okres fascynacji krajami Europy Środkowej, bywał nad Dunajem, nad Wełtawą, nad Szprewą, Newą i Dźwiną... I nigdzie - ani w Budapeszcie i Belgradzie, w Pradze, w Berlinie, Piotrogrodzie i Rydze - nie widział, by mieszkańcy odwrócili się

plecami od rzeki

w taki sposób, jak dzieje się to w Warszawie. Irytuje się niesamowicie, gdy farfocle, jakie wieszają mu się na żyłce, tłumaczę realnym socjalizmem, piekli się, gdy brak ścieżki rowerowej wzdłuż rzeki i kikuty latarń wzdłuż istniejących chodników wyjaśniam powojennym czterdziestoleciem.
     - Zajrzyj do albumu swoich rodziców, zajrzyj do albumu warszawiaków z wcześniejszego pokolenia - mówi i ze złością ciska przynętę w wiślany nurt.
     Wie, co mówi. Mieszka na Powiślu, u rodziny, która zawsze była stąd. Poszukałem więc wśród znajomych warszawskich albumów i już w pierwszym, wśród czarno białych fotografii, trafiłem na pamiątkowe zdjęcie z parostatku ăTrauguttÓ napędzanego bocznymi kołami - to z wycieczki do Czerwińska. Znalazłem też fotki z kajakowych eskapad na wysokości Portu Czerniakowskiego, z żeglarskich rejsów wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego... Wszystkie pochodziły z lat sześćdziesiątych. I na wszystkich odnaleźć dało się ten sam ruch, który widać na płótnach Baciarellego. I przecież nawet ja pamietam jeszcze ten ruch z dzieciństwa...
     A dziś - co? Zamiast wycieczek i spływów - kolektory. I opinia, że to martwa rzeka, rzeka bezrybna, śmierdzący ściek...
     Tymczasem w Wiśle

ryby jeszcze są.

I są jeszcze wiślani wędkarze.
     Nie wszystkich odstręczają od Wisły wyloty kolektorów odprowadzających ścieki komunalne. Przede wszystkim nie odganiają ryb - wprost przeciwnie, poniżej zrzutów miejskich zanieczyszczeń roi się od nich. Mnóstwo tu jadalnych drobin, którymi żywi się drobnica, w osadach dennych bujnie kwitnie życie bezkręgowców, które pożerane są przez większe leszcze, krąpie, jazie, brzany i certy. Na białą rybę polują szczupaki, sandacze, sumy, bolenie...
     Każdy wylot kolektora, zwanego przez warszawiaków "berglem", gromadzi także stałą ekipę wędkarzy. W sezonie wielu z nich łowi tutaj codziennie, niektórzy nawet rozbijają w pobliżu namioty i spędzają po kilka czy kilkanaście dni. Trafiają się bezrobotni i renciści, dla których sprzedaż złowionych ryb na pobliskich bazarach bywa poważnym zastrzykiem finansowym. Stałymi bywalcami bywają także wiecznie spragnieni panowie, którzy pieniądze za ryby przeznaczają na kolejne owocowe winka.
     Przy ujściach kolektorów można jednak spotkać również rasowych wędkarzy, ubranych we wspaniałe kamizelki, trzymających w rękach najdroższe wędziska. Dla możliwości złowienia kilku dorodnych ryb gotowi są stać w smrodzie i co chwila zdejmować z zestawów obrzydliwe farfocle. Wszyscy powtarzają, że do smrodu nos przyzwyczaja się błyskawicznie, a takich łowisk na próżno szukać by gdzie indziej. Tu ryby są niemal zawsze - można wpaść na godzinę dwie

po pracy, przed robotą,

w sobotę czy w niedzielę.
     Bywają dni, gdy brań jest bez liku. Nikogo tu nie dziwi pełna siata leszczy, kilka wielkich brzan, kilkanaście cert. Każdy "bergiel" ma też swoich "sumiarzy". Kilkunasto i kilkudziesięciokilowe sumy żerują tu regularnie na obficie zgromadzonej drobnicy. Łowione są na spinning, na żywca, na pęczki dżdżownic. Szczególnie wielkim powodzeniem cieszy się wysunięty do połowy Wisły kolektor burakowski. W sierpniu, podczas zejścia wielkiej wody, z burzowca i z przypływających tu codziennie wędkarskich łodzi oraz z pontonów złowiono kilkadziesiąt tych wąsatych ryb. Zdarzały się sztuki czterdziestokilogramowe.
     Każdy z bywających tu od lat wędkarzy albo sam miał na kiju, albo przynamniej widział hol dwumetrowego suma. Piszący te słowa może swoją wędkarską reputację położyć na szali i przysiąc, że na warszawskim odcinku Wisły żyją sumy mierzące około trzech metrów i ważące ponad setkę. W 1994 roku taka bestia spaliła mu kołowrotek w pobliżu "bergla" pod bielańskim klasztorem. W ubiegłym roku obserwował podobną przygodę przy wylocie burzowca spod ul. Karowej. Latem w okresach intensywnych żerowań ryb pod kolektorami bywa tak tłoczno, że wędkarze stykają się łokciami.
     Ryby z Wisły już nie śmierdzą. Trudno jest je odróżnić od ryb z najczystszych wód. Potwierdza to tezę, że dziko płynąca rzeka potrafi dać sobie radę z ogromnym ładunkiem zanieczyszczeń. Skądinąd jednak wiadomo, że w mięsie wiślanych ryb odkładają się metale ciężkie, substancje rakotwórcze oraz inne toksyny. Zdaje się to nie naruszać dobrego nastroju tych, którzy ryby te spożywają.
     Nie wszyscy amatorzy wędkarstwa gromadzą się u wylotu kolektorów ściekowych. Na warszawskim odcinku Wisły - od ujścia Pilicy aż po Wyszogród - łowią tysiące ludzi. Powyżej miasta i kilkanaście kilometrów poniżej Warszawy można znaleźć tereny wyglądające niczym rezerwat przyrody. Dla wędkarzy bywa to istny raj - żadnego "wiślaka" nie dziwi ośmiokilowy sandacz, czterokilogramowa brzana, metrowy szczupak czy nawet piętnastokilowa tołpyga. Wielu sądzi nawet, że - mimo ogromnego ładunku zanieczyszczeń - jest Wisła najrybniejszą rzeką nowoczesnej Europy. I trudno to wykluczyć...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych