Międzyjeziorne cieki spotkać można na każdym pojezierzu, choćby nie wiem jak było ono malutkie. Rzek, które na swojej drodze "zaliczają" kilka, a nawet kilkanaście sporych zbiorników, jest w Polsce bez liku.
 
  NR 41      15 MAJA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
PŁYWAK NAD GRĄŻELEM
     Lubię jeździć w maju na Kujawy, w Gnieźnieńskie lub w okolice Włodawy. Rzeczki tam mają nieco inny charakter od mazurskich. Są głębsze, mniej przezroczyste, wiją się samodzielnie i pracowicie przez olsy i łęgi. Dwa kilometry na mapie kuszą, w praktyce mogą jednak oznaczać konieczność przemaszerowania kilkunastu. Meander za meandrem, zakręt za zakrętem i po godzinie okazuje się, że od łuku, który obłowiliśmy przed godziną, dzieli nas rzut spinningiem.

     Szczupaki po tarle nie śpieszą się do swych letnich rejonów polowania. Zostają w pobliżu swej alkowy - zupełnie jak leniwi faceci w łóżku własnej żony. Do niewielkich rzek na tarło śpieszą teraz rybki spokojnego żeru, które stają się ofiarami drapieżników. Jedne i drugie odejdą, gdy już spełni się misterium rybiego seksu.
     Do tej pory szczupaki stać będą w czatowniach, od których roi się w kręcących rzeczkach. W takich miejscach, gdzie liście grążeli zanurzone są jeszcze pod wodą, lubię zatrzymać się na dłużej. Niezbyt to przez spinningistów lubiane stanowiska. Rwie się na twardych łodygach przynęty, płoszy ryby szarpaniem. Tradycyjnie "wykształcony" spinningista polski lubi przynęty schodzące dość głęboko. O klasie woblera - często to wynika z rozmów - świadczyć ma jakoby głębokość, jaką mogą one osiągnąć podczas ściągania. Tymczasem wystarczy przyjrzeć się ofercie rynkowej albo zajrzeć do katalogów, osobliwie amerykańskich, by przekonać się, że istnieją woblery, które nie tylko płytko schodzą, ale wręcz nie zanurzają się na milimetr.
     To ideał na majowe szczupaki i na miejsca, których obłowić nie sposób tradycyjnymi przynętami. Sądzę, że każdy z nas nieraz widział wodę burzącą się na powierzchni i cętkowane cielsko szczupaka połykającego żabę, mysz, ranną rybkę czy nawet wielkiego chrząszcza guniaka opadłego na rzekę.
     Właśnie w maju, i właśnie na międzyjeziornych, kręcących rzeczkach, możliwe jest prowadzenie takich obserwacji, z tą różnicą, że szczupak zabełta wodę przy naszej przynęcie. Łowienie tych drapieżników z powierzchni jest fascynującym doświadczeniem, na dodatek bywa niesamowicie skuteczne.

Głową do góry

     Na Zachodzie, ba, nawet za naszą wschodnią granicą przynęty pływające od pokoleń cieszą się dużym wzięciem. Majowy szczupak chętnie wychodzi do pływającego woblera - można go łowić "pałeczkowcami" (stickbaits), "turbinkowcami" (propbaits), "wioślarzami" (crawlers) oraz "dźwiękowcami" (chuggers). Na rynku z rzadka trafiają się też puste w środku pękate "gumisie" przypominające myszki i żabki. To też niezła przynęta, choć wymaga opanowania i zacinania z ogromnym wyczuciem.
     A my? Cóż... Nie mamy zaufania do woblerów patyczkowych, do pływających woblerów z wiosełkami, czy do tych z wyprofilowanymi wklęśle "przodkami"... Z podejrzliwością przyglądamy się owadom i żabom z plastiku, którym statecznik służy tylko do sekundowych przytopień - przytrzymane dłużej, wykładają się natychmiast. I tak właśnie ma być, bowiem przynęty te prowokować mają drapieżniki do wyjścia z głębin i ataku na powierzchni.
     To zupełnie inna szkoła spinningowania. Trzeba zerwać z nawykiem nieprzerwanego kręcenia korbą kołowrotka, należy eksperymentować z różnymi metodami "ożywiania" przynęty. A może ruch szczytówką nada jej drażniący ruch, może drgania wędki, może krótkie skoki kołowrotka...
     Szukam z reguły spowolnień na przeciwnym brzegu rzeki, wypłyceń, gwałtownych wzniesień dna i przebijającej spod wody zieloności niedojrzałych jeszcze grążeli. W takich miejscach musi przebywać szczupak.
     Powierzchniową przynętę - ja dwa lata temu dostałem od przyjaciela kilka poppero-woblerów i oszalałem na ich punkcie - rzuca się tuż pod przeciwległy brzeg, nieco powyżej obiecującego miejsca i na napiętej żyłce pozwala mu się spływać po granicy nurtu. Od czasu do czasu lekkim ruchem szczytówki, szarpnięciem lub szeregiem następujących po sobie drgań, nadaje się wabikowi ruch wywołujący bardzo wyraźne falowanie.
     Szczupaki - wystarczy przyjrzeć się ich głowie - są wpatrzone w górę. Przynęta powierzchniowa potrafi wywabić je z kilkumetrowej głębi.
     Jeśli jednak drapieżniki dotrzymują niczym zając pod miedzą, wówczas rzucam bezpośrednio w zastoisko, znowu jak najbliżej linii brzegowej. I ściągam przynętę na wysoko podniesionym wędzisku. Kanonem są kilkucentymetrowe skoki, zagranie szczytówką, pozostawienie wabika w spokoju, aż do momentu ustania falki odkosowej. I znów kolejny skok.
     Pobicia są cudowne i niesamowicie widowiskowe. Na zacięcie pozostaje niewiele czasu. Na skorzystanie z rybiego szoku także - natychmiast po wbiciu haka w paszczę szczupaka należy go wciągnąć do rzeki, inaczej da susa w rośliny i tyle go będziemy widzieli. Choć nie jestem zwolennikiem plecionki, to do łowienia z powierzchni i znad liści sałaty jest ona idealna. Nie można używać podczas takich łowów zbyt grubych linek, a ich moc jest tutaj bardzo istotna. Więc ja korzystam z plecionki o wytrzymałości 5 kg - jest wystarczająco cienka, bym miał "sztywny" kontakt z przynętą, jest na tyle wytrzymała, bym mógł na siłę wywlec szczupaka z niebezpiecznego miejsca.
     Bardzo rzadko spotyka się w Polsce spinningistów poszukujących jigowych główek pływających. W ogóle wolimy łowić głęboko, jak najgłębiej, najlepiej przy dnie. Tymczasem każda niemal ryba drapieżna miewa okresy, w których żeruje pod powierzchnią i chętnie rzuca się na wszystko, co żywe i co tapla się na wodzie.
     Wykorzystanie pływających jigów otwiera przed spinningistami wiele nowych możliwości. Pokarm z powierzchni zażera nie tylko szczupak, ale przecież także wszystkie łososiowate. Powierzchniowe fanaberie miewa - częściej niż się tego spodziewamy - kojarzony wyłącznie z dnem sum, który już za dwa miesiące zacznie spęcza- wędkarzom sen z oczu. Kleń oraz jaź czatują na kąski spływające z nurtem i wściekle biją we wszystko, co się rusza na wodzie. Ba, nawet sandacze, szczególnie przy bezwietrznych, mglistych witach i w ciepłe letnie wieczory wychodzą do wierzchu - czasem wręcz znaczą ślady na wodzie płetwą grzbietową. Nie inaczej postępują okonie...
     Przed kilkoma laty pojawiły się na naszym rynku dziwaczne przynęty gumowe z podwójnym ogonkiem i piórkiem w tyłeczku. Wersje z ołowianą główką sprzedawały się nieźle (jak na nowość, do której polscy wędkarze odnoszą się zazwyczaj nieufnie), natomiast "dwojaczki z piórkiem" na pływających jigach nie szły zupełnie. Tymczasem spinningiści otwarci na nowinki łowili na nie straszne ryby, szczególnie w krainie pstrąga. Jeziorowcy spomiędzy grążeli wyciągali szczupale, rzekoznawcy nizinni prześladowali sumy i sandacze, a brodźcy w spodniobutach trzepali wielkie klenie. Ba, tym ostatnim nawet trafiała się brzana - to niezwykły widok, kiedy ta dolnogęba ryba atakuje przynętę taplającą się po powierzchni, biedactwo musi się odwrócić bokiem, albo i brzuchem do góry, by zgarnąć ją z wody.
     No, a boleń? No właśnie, może to sposób na bolenia...?

Co wolno wojewodzie...

     Porzekadło o tym, czego nie wolno małym smrodom, zawsze wywoływało złość wszystkich młodych ludzi. Do przypomnienia tego nielubianego hasła skłonił mnie, oczywiście, maj. Sezon szczupakowy otwarty, zaraz przyjdzie czas na sandacze, potem na sumy... Dorośli spinningiści szaleją nad wodą, nieletni zaś... No właśnie. Nieletnim pozostaje obejść się smakiem, pojechać na łowisko specjalne albo złamać prawo... regulamin PZW jest bowiem nieubłagany: nie skończyłeś jeszcze 14 lat? To poluj na drapieżniki z robakiem!
     Dyskusje na temat tego przepisu z ludźmi, którzy nie ukończyli jeszcze owych 14 lat, zawsze wprawiają mnie w ogromne zakłopotanie. Jako pełnoprawny członek Polskiego Związku Wędkarskiego powinienem bronić regulaminu PZW jak niepodległości. Nie potrafię tego robić, co wywołuje u mnie poważne rozterki i niesmak. Poza tak zwanym protokółem, czyli nie do publicznej wiadomości, przyznaję się dzieciakom, że przepis ten uważam za idiotyzm pierwszej wody i niesprawiedliwość społeczną. To dyskryminacja i tyle...
     Być może twórcom wciąż aktualizowanego, a mimo to dezaktualizującego się z roku na rok regulaminu amatorskiego połowu ryb przyświecała troska o zdrowie i życie dzieciaków. Bo przecież taki dziesięciolatek machając spinningiem może sam siebie wrzucić do wody, zabulgotać smutno i pójść na dno. Albo podczas tego samego zamachu może wbić sobie w czoło - a nie daj Bóg w oko - kotwicę spinnigowej blachy...
     To argumenty, które absolutnie nie przekonują, to wręcz zrzędzenie starucha, który już zapomniał, że kiedykolwiek był dzieckiem. To niestety także argumentacja starców, którzy dotknięci są sklerozą - tak jest bowiem niekonsekwentna. Przecież wlecieć do wody może także ten, kto wymachuje wędką spławikową, wbić sobie w oko hak może każdy, kto na końcu wędki posiada takie ostre narzędzie.
     Jestem gotów kłócić się ze związkową radą starców o prawa dzieci, ale także o prawa ojców-spinningistów, którzy chcą uczyć swe pociechy nowoczesnego, etycznego, szlachetnego sportu, a nie uganiać się za synem czy córką z gruntowym wędziszczem, glistami w kieszeniach i całym tym majdanem spławikowców. Można dyskutować z działaczami, czy czynią rozumnie, że do czternastego roku życia nie pozwalają młodzieży łowić samodzielnie, biorąc nastolatków za smrodów z przysłowia gotowych się tuzinami topić w Wiśle czy w Mamrachi i regulaminowo nakazują im chodzić nad wodę z dorosłymi. Trzeba jednak uważać ich za gości niespełna rozumu, jeśli łowienie na glistę czy konika polnego uważają za rzecz właściwszą od spinningowania. Jeżeli już każą ojcom, wujkom, sąsiadom chodzić nad wodę z dzieciakami, to niech im - a nie sobie - pozostawią prawo wyboru, podjęcie decyzji, co dla dziecka jest bardziej korzystne, wychowawcze, zdrowe.

Spławikowe jigowanie

     Istnieje sposób, by młody człowiek był w zgodzie i z przepisami, i z własnym temperamentem. Można w maju łowić okonie i szczupaki w jeziorach, w starorzeczach, kanałach żeglugowych, gliniankach czy na zastoiskowych odcinkach rzek. Metoda podnoszonej rosówki jest stara jak wędka, skuteczna jak wszystkie starocie. Może być jednak bardzo nowoczesna, pod warunkiem, że łowić się będzie na odpowiednio skonstruowany zestaw, w którym wiodącą rolę odgrywać będą - doskonały przelotowy spławik oraz cienka elastyczna żyłka. Poza tym technika ta jest łudząco podobna do "dorosłego" spinningowania, choć w sensie prawnym spinningowaniem nie jest.
     Wędkarską zdobyczą może być - poza okoniami i niebrzydkimi szczupakami - dorodny leszcz, karpik czy medalowy karaś srebrzysty. Technika spławikowego jigowania wymaga jednak sporego doświadczenia, treningu i nie jest przeznaczona dla leniuchów i ludzi bez refleksu.
     Technika ta nie wymaga specjalnie wyszukanego sprzętu, aczkolwiek dorośli najchętniej posługują się podczas połowu kijami do angielskiej odległościówki. Wędzisko powinno być lekkie, bowiem podczas spławikowego jigowania trzymamy kij w ręku i nie ma mowy o odkładamiu go na podpórki. Najodpowiedniejsza długość to plus-minus cztery metry, choć niewiele mniej sprawnie można posługiwać się wędziskami nieco krótszymi, nawet trzymetrowymi. Lekkość kija, a także możliwość łatwego nim operowania, jest podstawą tej techniki. Łowić się będzie bowiem ze szczytówką podniesioną dość wysoko. Nie ma więc mowy o wędziskach zbyt ciężkich, niedelikatnych.
     Na sprawny kołowrotek o stałej szpuli należy nawinąć co najmniej 100 metrów dobrej klasy żyłki o przekroju 0,18-0,20 mm. Żyłka taka ma ok. 3,5 - 4,5 kg wytrzymałości, co także podpowiada odpowiedni dobór wędziska. Musi ono mieć dość szybką akcję, ale pod rybą powinno uginać się na całej długości, amortyzować zrywy dużego i silnego przeciwnika. Przecież szczupaki łowione w naszych wodach wyrastają czasami do pokaźnych rozmiarów i walczą dzielniej od sporych nawet szczupaków. Zbyt twardy, nieustępliwy kij, jakiejolwiek nieregularności pracy hamulca, skoki, zatrzymania, spowodują z pewnością zerwanie żyłki i utratę zdobyczy.
     Od zbyt ciężkiego i sztywnego wędziska wędziska lepsze dla tej metody połowu będą nawet delikatniutkie bambusówki czy wykonane z włókna szklanego niepozorne kijki-zabawki. Jeżeli tylko wędkarz będzie pamiętał, żeby używać delikatnych żyłek, idealnie wyreguluje hamulczyk, to nawet największa ryba nie będzie w stanie zniszczyć sprzętu.
     Spławik musi być przelotowy - to istota opisywanej techniki. Oczko, przez które przewlekana będzie żyłka, nie może być zbyt małe; najlepiej jeśli wykonane będzie z gładkiego i dość trwałego drutu, dobrze też, by zrobione było jak staromodna przelotka, z podwójnym zawinięciem drutu. Chodzi o to, aby żyłka z jak najmniejszym oporem "spływała" przez oczko.
     Najlepszym kształtem będzie podłużne, dość grube cygarko, bądź bombeczka, jakiej używa się do łowienia na przepływankę, z tym że spławiczek do jigowania nie powinien posiadać długiej antenki dolnej, czyli tzw. kila. Kupując w sklepie przepływankową bombkę, lepiej wybrać taką, która ma dość gruby (1,5 - 2 mm) kil z tonkinu lub tworzywa sztucznego. Łatwiej będzie po skróceniu i oszlifowaniu przymocować doń własnoręcznie zawiniętą na gwoździku przelotkę. Spławik powienien mieć też dość dużą, jak na młodzieżowe przyzwyczajenia, wyporność - ok 5 - 6 g.
     Omawiana bowiem metoda połowu to pogodzenie spławika z jigową główką, która służyć będzie jednocześnie jako hak oraz obciążenie zestawu. Regulamin nie zakazuje przecież używania jigowej główki podczas połowów spławikowych. A co nie jest zabronione, jest dozwolone - takim powiedzeniem posiłkują się wszak dorośli. Główka nie powinna być zbyt ciężka, tak by opadająca przynęta wykonywała naturalne ruchy. I oczywiście dlatego, żeby nie zatapiała spławika. Można przyjąć, że ciężar 3 - 4 gramów będzie w sam raz.
     Trzeba pamiętać jeszcze o jednym elemencie zestawu - o stoperach. Koniecznie dwóch: umieszczonego nad spławikiem - wyznaczać będzie on maksymalną głębokość, na jaką opuścić można przynętę, oraz ulokowanego ok. 25 cm nad główką. Dolny stoper zapobiegać będzie wczepieniu się jiga w oczko spławika oraz zapobiegać splątaniu zestawu podczas dynamicznych wyrzutów na sporą odległość.

Warsztat łowcy

     Przynętą może być pojedyńczo nawleczona na hak dendrobena lub mała rosówka - od strony głowowej, grubszej i bardziej jędrnej - lub pęczek (3 - 4 szt.) czerwonych robaków gnojaczków czy dżdżownic kalifornijskich przewlekanych przez kokonik. Należy dbać, żeby robaki były świeże, jędrne i w dobrej kondycji. Można je dzień wcześniej przełożyć do pudełka z grubym, wilgotnym (ale nie mokrym!) piaskiem z dodatkiem jadalnego oleju, zaś rano wsypać do nich fusy z kawy, co dodatkowo uaktywni "glisty". Chodzi o to, żeby pojedyńcza dendrobena wiła się niczym pijawka, zaś pęczek przypominać powinien ruchliwe stworzonko o kształcie niby-ośmiorniczki.
     Łowienie rozpoczynamy od starannego wysondowania łowiska. Pamięta o tym każdy doświadczony wędkarz. Sondowanie powinno być przeprowadzone na dość rozległym obszarze. Podczas ustalania gruntu trzeba wziąć pod uwagę stopień nachylenia dna - jeżeli w odległości 10 m od brzegu, gdzie podawać będziemy nasz zestaw na początku, będzie - dajmy na to - 4 m głębokości, zaś trzy metry od naszego stanowiska, skąd wyjmować będziemy naszą wędkę, głębokość nie będzie przekraczała 2,5 m, to ustawiamy dwuipółmetrowy grunt.
     Technika połowu nie jest trudna do opanowania. Zestaw wyrzucamy dość daleko. Pamiętamy jednak, że musimy dbać o pełną kontrolę nad przynętą. Żyłka biegnąca od szczytówki do spławika, powinna być przez cały czas napięta, tak by bombeczka, nawet wówczas, gdy nie opiera się o nią stoper, zasygnalizowała najdelikatniejsze nawet skubnięcie okonka. Spławikowe bowiem jigowanie polega na podrywaniu co pewien czas przynęty, zagranie raz, drugi i trzeci szczytówką i pozwoleniu na powolne opadnięcie robaków, czyli "spłynięcie" żyłki do ogranicznika. Dzięki temu, że wędzisko jest podniesione dość wysoko, opadająca przynęta ściągnie spławik o kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt centymetrów w kierunku wędkarza. Jednym słowem będzie pląsać, podobnie jak w czasie "dorosłego" jigowania spinningiem.
     Naprężenie żyłki pozwoli również na zauważenie najdrobniejszych nawet brań. Podczas pląsania przynęty nie będą one oczywiście tak doskonale widoczne, jak podczas zwyczajnego łowienia ze spławikiem, czy w chwili oparcia się stopera o oczko bombeczki, jednak ich wypatrzenie nie powinno nastręczać problemów skoncentrowanemu wędkarzowi. Będzie to przedsmak jigowania "dorosłego" - doświadczony spinningista uzbrojony w jigowe wędzisko musi z ogromnym refleksem reagować zacięciem na najlżejsze nawet poruszenie szczytówki, przemieszczenie się lub nagłe naprężenie czy zwis żyłki. Drgnięcie spławika - natychmiastowe podcięcie z nadgarstka, poluzowanie żyłki - to samo...
     Łowienie szczupaków i innych ryb techniką spławikowego jigowania pomoże każdemu młodemu wędkarzowi na swobodną, bez najmniejszego trudu, przesiadkę w dorosłe spinningowanie gumowymi przynętami. Zaś tym, którzy doczekać się nie mogą wzięcia do ręki spinningu, na łowienie w wodach innych niż PZW gospodarzy wód...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusZez - Blog zez.plPrzygotowanie drukuŻbikowskaZdjęcia rybŚwiat Druku