Ciężka gruntówka, morski casting, gruntówka ze spławikiem, drgająca szczytówka, włosowy zestaw helikopterowy Andy'ego Little'a, swing tip, bolonka, wyczynowa laska - wszystkie te techniki mieszczą się w ramach tego działu TW...
 
  NR 41     15 MAJA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
JEŻELI MAJ, TO...
     Nie, nie będzie o pstrągach. Nie będzie też ani o szczupakach, ani o węgorzach. Jeżeli maj, to... płoć. Po tarle, po połowie maja, biorą już płocie znakomicie. A płoć, właśnie płoć, jest rybą najbardziej wędkarską. Jest rybą-symbolem. Nie pstrąg, nie szczupak, a płoć winna ozdabiać znaczki i plakietki. Zasługuje na to.

     To nasza ryba powszechna. Bywa pocieszycielką urlopowiczów, rybą niedoświadczonych wędkarzy. To ona jest pierwszą zdobyczą nowicjusza. Jest rybą początku wiosny i późnej jesieni. I rybą zimowych łowów w przerębelku. A przy tym jest pospolita,wszędobylska. Jest wszędzie. W dużych i małych rzekach, i w kanałach. W jeziorach wielkich i średnich i w całkiem małych zbiorniczkach. Spotkasz ją w trzcinach, wśród przybrzeżnego pasa szuwarów, znajdziesz pod osłoną nenufarowych liści, i w toni, i przy dnie głębokiego jeziora. Spotkasz ją w wodzie bylejakiej i w Bałtyku.
     Zachwyca wielu. Cieszy pikerzystę i mormyszkowego maniaka. I spławikowca rzecz jasna! Czym byłaby lekka spławikóweczka bez płoci?! Srebrzysta, trzepocząca płotka tak samo ucieszy chłopca jak i starszego pana. A ta duża, ta ciężka, ăgruntowaÓ zadowoli najwytrawniejszego mistrza. Łowienie tych wielkich, to naprawdę sztuka najwyższego lotu.
     Nie, nie będzie o przechytrzaniu tych wielkich, Nie będzie o nęceniu ani o cierpliwej zasiadce. Ani o wykładanych spławiczkach. Opowiem

coś całkiem innego.

     O płociach, których łowienie fascynowało mnie dawno. Czasy inne, wody inne, sprzęt także był inny. Wędkę - nie nazwę płocióweczki ăwędziskiemÓ - zrobiłem sobie z lekkiego bambusa. Długo przebierałem w sklepie, nim wybrałem końcówkę mocną i subtelniutką, "o akcji parabolicznej" dziś bym pewnie powiedział. I zrobiłem małe, lekkie, dwuczęściowe cacuszko, trzymetrowej długości, z wygodną rękojeścią i kołowrotkiem (obrotowym, a jakże) zamocowanym na samym dole, tuż pod lewą ręką.
     Wyobrażacie ją sobie? Wyglądała jak dzisiejsza muchówka. Dorobiłem do tego kołowroteczka prowadnicę z drutu, by żyłka łatwiej układała się na szpuli, kiedy nawijałem luźne zwoje wysnuwane przed każdym rzutem.
     Przez wiele sezonów to była moja ukochana wędeczka, mój wypieszczony sprzęcik. Dorobiłem do niej i drugą, sztywniejszą końcówkę - to na klenie, które uwielbiałem łowić na owady. Do kompletu dołączyłem zgrabny koszyczek z zamykaną pokrywką. Nie było takich w sprzedaży i musiałem ten koszyk specjalnie zamówić. W koszyczku zamontowałem pojemnik na przynętę - najlepszą z najlepszych jaką znam na majowe płocie: kłódki.
     Dobrałem maluteńki bojkowy spławiczek, dobrałem ostre, chwytliwe haczyki Mustada, z krótkim kolankiem, nawiązałem zapas przyponów z najcieńszej - tak mi się wtedy wydawało - ăpłociowejÓ żyłeczki 0,15. I to było całe wyposażenie. Z tą wędeczką i koszyczkiem łaziłem kilometrami wzdłuż ukochanej Sanny. Wspaniałe wędkowanie! Śmiało mogę przyrównać je dziś do

podchodzenia pstrągów.

     Rzeka jak z pstrągowej krainy, wokół pachnące kolorowe łąki. Raj! Całkowita swoboda! A ryby? Nie zawodziły mnie nigdy i dostarczały wspaniałych łowieckich emocji.
     Najczęściej płocie stały w rynienkach, pomiędzy głębszymi dołkami. Ustawiały się w jednej linii razem z wodorostami falującymi w nurcie, czasem trochę wyżej, czasem tuż przy piaseczku na dnie. Widać je było doskonale w przeźroczystej wodzie. Zdradzały je nieco ciemniejsze od piasku grzbiety, czasem któraś błysnęła srebrnym bokiem. Zawsze grupowały się w małe stadka, po kilka - kilkanaście sztuk różnej wielkości. Różnej, półkilówki też się trafiały. Czasem płociowe stadko uzupełniały grube, wałkowate kiełbie, czasem spod jakiegoś olchowego parasola podpływał czerwonopłetwy kleń. Oczywiście, podchodzić te ryby musiałem cichuteńko, stąpać lekko, unikać gwałtownych ruchów, nie rzucać cienia i nie wymachiwać wędką.
     Łowiłem na upatrzonego. Odnajdywałem je, a potem podawałem zestaw z przynętą, tak, by spłynęła naturalnym ruchem wprost przed pyszczki. Przypony obciążałem dwoma śrucinkami, ta większa toczyła się po dnie, mniejsza wyważała spławik.
     Czasem hamowałem lekko spływ.

Kłódka tańczyła

na długim odcinku przyponu przed ciężarkiem. Sunęła nad piaseczkiem, kręciła się w wirkach. O, żadna płoć nie potrafiła się oprzeć pokusie! Brały pewnie, ufnie chwytały miękką larwę chruścika i zawracały z nurtem. Maleńki spławiczek pulsował wtedy kilka razy, po czym szedł ostro pod wodę. Ciąłem delikatnie, z wyczuciem. Właściwie to wcale nie zacinałem, tylko błyskawicznie napinałem żyłkę i unosiłem wędkę.
     Ostry haczyk i idealnie dobrana końcówka dokonywały reszty. Rozpoczynał się taniec płoci. Te większe były silne i ciężkie i pięknie wyginały wędeczkę. Nie wyjąłbym ich na sztywnej końcówce, raczej porozrywałybym im pyszczki. Złowione ryby układałem w koszu i przekładałem pokrzywą.
     I tak się włóczyłem dzień cały, potrafiłem przejść wiele kilometrów. Czasem robiłem w środku dnia przerwę i zalegałem w cieniu na odpoczynek. Poznawałem rzekę, zachwycałem się nią, odkrywałem coraz to inne jej tajemnice: jamki z wirującą wodą, rynienki z długimi, zielonymi wodorostami, głęboczki z ciemniejszym dnem. Nic więcej nie potrzebowałem do szczęścia. Wracałem z koszyczkiem płoci, które wieczorem smażyłem na chrupko. Smakowały wybornie.

Andrzej Trembaczowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusFishingSystemy CMSGetSimpleNazwisko.plŚwiat Druku