Nieszczęścia chodzą po ludziach. Na wędkarskich wyprawach przydarzają się przygody, ale zawsze zdarzyć się mogą małe i duże nieszczęścia. Co robić, by ich uniknąć, co robić, aby nie stały się sprawą ostateczną...
 
  NR 41      15 MAJA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
WIOSENNE WAMPIRY
     Sympatii nie budzi ani ich wygląd, ani obyczaje. Natrętne, namolne, podobne do eskadry bombowców lub cichociemnych skoczków rozjechanych przez walec drogowy. Spadające na nas znienacka, krążące chmarą nad głową, nie oszczędzające nawet twarzy! Wszystko, co ma krew, jest dla nich dobre - może to być człowiek, może pies, może nawet malutka jaszczurka. Wiosenne wampiry - komary, kleszcze, meszki.

     Te pasożyty potrafią zepsuć najpiękniejszą nawet wyprawę. Ileż razy wygnały mnie one znad przepięknej rzeczki, wijącej się malowniczo wśród pól i lasów, pełnej zwalonych drzew, dołów i skarp. Ileż razy salwowałam się ucieczką znad jednego z tysiąca mazurskich jezior... I nic to, że ryby brały - kiedy sama stawałam się przynętą, kończyła się przyjemność, a zaczynał horror.
     Nie pomagało nic: ani oblewanie się perfumami made in USRR, cuchnącymi wyjątkowo, ani pożeranie kilogramów witaminy B, ponoć odstraszającej, ani nawet uszycie z darowanej mi przez ciocię starej firanki czegoś w rodzaju moskitiery o moich kształtach. Wszystko było bowiem dobrze, dopóki się nie nachyliłam... Ujrzawszy wypięte szlachetne zakończenie moich pleców (a początek nóg) owady przystępowały do natychmiastowego ataku, mając o tyle ułatwione zadanie, iż moskitiera chwilowo ściśle do mnie przylegała w tym jednym miejscu.
     Koszmar!
     Byłam już gotowa obłożyć się grubymi księgami zielarskimi i samodzielnie wyprodukować jakieś mordercze mazidło, ale, na szczęście, w kraju zmienił się ustrój i mazidła stały normalnie dostępne w aptekach. Dla wędkarskiej duszy zapanował raj na ziemi. No, umiarkowany raj. Bo, choć mamy już w miarę skuteczną broń, wróg nie wyginął do imentu. Nadal jest, żyje i gryzie.

JADOWITY NALEŚNIK

     Zdecydowanie najpaskudniejszym przedstawicielem wampirzego rodu jest kleszcz. Jego istnienia nie sposób usprawiedliwić - nie nadaje się nawet na pokarm dla pająka! Parszywiec ów nie robi nic, poza pędzeniem pasożytniczego trybu życia. Na nas i nie tylko na nas. W polskich lasach najczęściej spotykany jest kleszcz pastwiskowy, zwany też psim. Malutka, sześcionoga, płaska jak naleśnik larwa zaraz po wykluciu się z jaja gramoli się na źdźbło trawy i czyha. Na jedzenie. A do jedzenia nadaje się wszystko, nawet malutka myszka, nawet jaszczurka zwinka... Larwa błyskawicznie ląduje na ciele stworzonka, objada się, ile wlezie i spada na ziemię. Rośnie, przechodzi linkę, powtarza operację... W końcu staje się dojrzałym kleszczem.
     I nabiera apetytu na większe zwierzątka. A najbardziej smakują ex-larwie spore ssaki. Do tego stopnia, że w oczekiwaniu na odpowiedniego żywiciela gotów jest trwać w odrętwieniu nawet dwa lata! A im bardziej jest głodny, tym większe ma - paradoksalnie - szanse na przeżycie...
     Kleszcz nie ogranicza się do jednego żywiciela. A wraz z krwią pobiera groźne bakterie, wirusy czy pierwotniaki, które przekazuje następnej ofierze... lub swoim dzieciom. Tak - groźny może być nawet ten kleszcz, który jeszcze się odżywiał, bowiem w mikroby "zaopatrzyła" go matka.
     Na odkleszczowe zapalenie opon mózgowych zapada w Polsce rocznie nawet do 200 osób. Ustrzec się przed nim jest dość łatwo - wystarczy odpowiednia szczepionka. Liczba osób cierpiących na boreliozę, czyli krętkowicę kleszczową, jest nieznana - nie istnieje jeszcze rejestr przypadków zachorowań. A może być to liczba spora, bowiem według Światowej Organizacji Zdrowia 58 procent naszych kleszczy z gatunku Ixodes ricinus, czyli naszych niemiłych bohaterów, może być nosicielami boreliozy!
     Zdaniem lekarzy, borelioza jest jedną z najczęstszych chorób zakaźnych, a ustrzec się przed nią trudno. Nad szczepionką dopiero trwają prace, antybiotyki zaś są skuteczne tylko we wczesnym stadium choroby. Na szczęście krętkowica często przebiega z minimalnymi objawami lub nawet całkiem bezobjawowo.

MYSZAKI, ŻOŁĘDZIE I MY

     Zagrożenie boreliozą może zwiększyć... urodzaj na żołędzie. Wpadli na to Amerykanie, niejako przy okazji. Nie zajmowali się wcale kleszczami, chcieli pozbyć się z lasu brudnicy nieparki, ćmy, której gąsienice zjadają liście dębu - a tym samym niszczą dęby. Owa gąsienica jest ulubionym przysmakiem myszaków, amerykańskich odpowiedników naszej myszy leśnej. Gryzonie te nie gardzą także żołędziami, więc im więcej dębów jest w danej okolicy, tym więcej rodzi się myszaków. "Żołędne" lata, jak obliczyli naukowcy, trafiają się co 2-5 lat. Szczyt liczebności brudnicy wypada zazwyczaj kilka lat po załamaniu się populacji myszaków. Połączono oba fakty...
     Na przeprowadzenie stosownych doświadczeń wytypowano mały, trzyhektarowy las. Usunięto zeń większość myszaków. Liczba poczwarek i jaj brudnicy skoczyła 45-krotnie! Rozsypano więc 3,5 tony żołędzi... Myszaki wróciły błyskawicznie i nieparkę zjadły.
     Sposób na szkodnika wydawał się więc doskonały... Wpuścić myszy do lasu i niech one niszczą go za nas! Niestety, przy okazji wyszła na jaw pewna nieprzyjemność. Myszaki okazały się bowiem ulubionym pokarmem kleszcza i głównym źródłem bakterii wywołujących boreliozę. Więcej myszaków oznaczało więc więcej kleszczy i więcej zachorowań. Jak obliczono, na terenie "nawożonym" żołędziami populacja kleszcza wzrosła ośmiokrotnie, a to za sprawą... jeleni wirginijskich. Jelenie też bardzo lubią żołędzie, a dorosłe kleszcze lubią jelenie.
     Jesienią, po kopulacji, samice kleszczy spadają na ziemię i składają jaja. Wyklute larwy są początkowo "czyste", niestety, tylko przez rok. Podsysając myszaki infekują się i już w roku przyszłym gotowe są do zakażania. A jest to moment, w którym kleszczowi nie wystarczy byle gryzoń. Chce czegoś większego. Na przykład człowieka...
     By pozbyć się kleszczy, trzeba by więc zmniejszyć plon żołędzi. Ale to oznacza więcej nieparki... Kółko się zamknęło.
     Zauważonego na skórze kleszcza należy szybko usunąć. Im szybciej, tym lepiej. Łapiemy go za wystającą z nas część ciała i wykręcamy delikatnie pęsetką. Rankę dezynfekujemy. Jeśli się nie uda - trzeba odwiedzić lekarza. Niekoniecznie dla ludzi... Weterynarz równie jak dobrze internista da sobie radę z paskudztwem. Absolutnie nie wolno zaś, wzorem naszych przodków, kleszcza rozgniatać, albo - co gorsza - smarować tłuszczem przed wykręceniem. Owszem, będziemy wtedy wydobywać z siebie stworzenie już martwe, ale ono przed śmiercią zastrzyknie nam cały swój zapas wydzieliny, być może zainfekowanej bakteriami i wirusami!

W KOLORACH ZIEMII

     Kleszcze to nie jedyna - choć najgroźniejsza - nieprzyjemność, czyhająca na wędkarza. Są jeszcze komary, a właściwie komarzyce i meszki. Te pierwsze spotkamy nad każdą wodą, drugie głównie na brzegach potoków i rzek. Łączy je jedno - upodobanie do naszej krwi. I swędzące bąble, które pozostaną na naszej skórze na skutek "kontaktu". Bolesne w przypadku meszki, głęboko niesprawiedliwe w przypadku komarzycy. Mogę one przecież z powodzeniem żywić się nektarem z kwiatów... A jednak wolą nas!
     Ukąszenia komarów i meszek w naszej szerokości geograficznej nie są niebezpieczne. Ot, obrzęk, swędzenie... Gorzej, gdy niechcący siądziemy lub stąpniemy na owada z żądłem: osę, pszczołę, szerszenia. Ich żądełka często wywołują reakcję alergiczną, bywa, że u ludzi, którzy nigdy na alergię nie cierpieli! Obrzęk w miejscu ukłucia robi się większy i większy, zaczyna brakować oddechu... Wtedy trzeba natychmiast udać się do lekarza! Gdzie? Wszelkich informacji na temat poradni specjalizujących się w alergiach na jad "żądłowców" dowiemy się w krakowskim Ośrodku Informacji Medycznej pod numerem telefonu (0-12) 637 63 70. Krakusy mogą zasięgnąć, rzecz jasna, informacji także osobiście - ośrodek mieści się na ulicy Juliusza Lea 114.
     Jeśli użądlenie nie wywołało nic poza bólem - pierwszej pomocy możemy udzielić sobie osobiście. Żądło wydłubujemy, miejsce katastrofy otulamy okładem z rozcieńczonego octu, plasterka cebuli lub kawałka rabarbaru i czekamy na mniej bolące czasy. Jeśli nie mamy przy sobie wzmiankowanych wiktuałów, można je zastąpić lodem lub bardzo zimną wodą. A najlepiej nie dać się użądlić: wystarczy pamiętać, że pszczoły lubią kończynę, osy budują często gniazda na trawie tuż pod powierzchnią ziemi, a całe to bzykające towarzystwo wręcz uwielbia słodkości. Warto więc po łasuchowaniu umyć twarz i ręce.
     Wracajmy do naszych wampirów. Niewątpliwie najlepszą ochroną przed ich krwiożerczym apetytem jest ubranie. Koszula z długim rękawem, spodnie, skarpety, czapka na głowie... I wszystko stonowane, pastelowe, łagodne. Wzorzyste, kolorowe tkaniny przyciągają owady!
     No tak, ale maj to przecież słoneczko, ciepełko, upały nierzadko. Kto by wytrzymał w pełnym opakowaniu?! Trzeba więc nasze wampiry odstraszyć chemicznie. Na szczęście, jest czym. Wybór przeogromny. W dezodorancie i w sztyfcie. Duże i małe. Dla ludzi, ale i dla zwierząt. Wystarczy pójść do drogerii...

LEPIEJ ZAPOBIEGAĆ NIŻ...

     Niestety, jak to z chemią bywa, preparaty chemiczne mogą być uczulające. Lepiej więc - na wszelki wypadek - zrezygnować z chemii i, zadawszy sobie trud konwersacji w aptece - nabyć preparat zawierający wyłącznie składniki naturalne. Można go wtedy - bez żadnych obaw - zaaplikować także naszym dzieciom, co wydatnie zmienia ich - i ich matek - nastawienie do wędkarstwa jako takiego. Takich preparatów odstraszających wypatrzyłam w aptece kilka:
  • Dapis, żel odstraszający komary, bąki, mrówki i kleszcze, zawiera olejki eteryczne m.in. z geranium, citronelli i lawendy. Łatwo się rozsmarowuje, szybko wchłania, może być stosowany na całym ciele, nawet u niemowlaków! Ładnie pachnie (wąchałam) i nie pozostawia tłustych plam.
  • Ledum Palustre to homeopatyczny granulat dla zapobiegliwych, coś jak nowoczesna witamina B. Dzienna dawka wynosi 5 granulek. Rozpuszczone w wodzie granulki mają słodkawy smak, co pozwala napoić preparatem małe dzieci i niemowlęta bez zbędnych korowodów w postaci np. loda - łapówki.
  • Pugino, spray o składzie zbliżonym do Dapisa, nie zawiera- jak reklamuje producent - żadnych środków owadobójczych ani drażniących skórę. Pachnie geranium: ładnie z punktu widzenia człowieka, brzydko z punktu widzenia komara. Niestety, nie nadaje się dla niemowlaków - można nim spsikać dopiero półrocznego dzieciaka. Dorośli psikają się bez ograniczeń, także ci o wrażliwej skórze.
  • Żel przeciw komarom i kleszczom ma jeden feler - użyte do jego produkcji olejki eteryczne niemiłosiernie śmierdzą w sposób ostry i duszący. To coś dla samotników - odstrasza nie tylko owady i kleszcze, ale także współplemieńców. Na szczęście zapach po pewnym czasie się ulatnia. Osoby o niewrażliwym powonieniu mogą żelem smarować własne dzieci.

ULGA W SZTYFCIE

     Niestety, nadanie ciału odpowiedniego "cucha" to nie wszystko. Bywają lata z nadprodukcją wrednych wampirów. Środki zapobiegawcze skutkują wówczas o tyle, że jest się pogryzionym dziesięciokrotnie mniej niż inni - ale nie nie zmienia to faktu, że się jest. Ciało swędzi, boli, piecze, paznokcie same krążą wokół bąbli. Jak tu się nie podrapać w tych warunkach? Dorosły może od biedy i zrozumie, ale dziecko czy pies? Nie ma mowy! Trzeba ich konieczności drapania pozbawić.
     W aptekach wybór preparatów tego typu - a oglądałam tylko rzeczy naturalne, możliwe do zastosowania u wrażliwców i potomstwa - jest o wiele większy niż mazideł zapobiegających:
  • Apis Mellifica to homeopatyczne granulki, łagodzące pieczenie i ból. Małym dzieciom i niemowlakom rozpuszczamy je w wodzie, dzieci większe i dorośli mogą je ssać. W smaku nawet dość dobre: słodkawe, ale bez przesady. Na pierwsze uderzenie ssiemy (wypijamy) po pięć granulek co 15 minut, potem wraz ze zmiejszaniem się objawów zmniejszamy i dawkę.
  • Cicaderma jest maścią roślinną, zawierającą m.in. nagietek, dziurawiec i krwawnik. Działa przeciwbólowo, zmniejsza obrzęki po ukąszeniu i wspomaga gojenie. Trzeba ją stosować raczej na noc - jest potwornie tłusta i pozostawia plamy na ubraniu. Ale działa jak złoto, o czym można się przekonać, gdy siądzie się na osie.
  • Comarol ma zastosowanie o wiele szersze, niż wskazywałaby na to jego nazwa. Oczywiście, łagodzi swędzenie, zaczerwienienie, znieczula, zmniejsza obrzęki - i tu pierwsza niespodzianka. W grę wchodzą - oprócz komarowych - także obrzęki po ukąszeniach pająków, os, mrówek oraz... po oparzeniu pokrzywą. Ponadto - i tu niespodzianka druga - działa przeciwuczuleniowo. Stosować można owo mazidło o każdej porze dnia: nie jest tłuste, nie pachnie, szybko się wchłania... Niestety - jest dopiero od drugiego roku życia. Inna rzecz, że właśnie wtedy dzieci kręcą się najwięcej...
  • Dapis poznaliśmy już przy okazji środków odstraszających. Żel "po" szybko łagodzi podrażnienia, swędzenie i pieczenie, skuteczny jest również, gdy robactwo wywołało stan zapalny. Nie istnieją dlań ograniczenia wiekowe ani ilościowe: można się nim mazać od niemowlaka do starca nawet sto razy dziennie. Najlepiej zastosować preparat zaraz po ukąszeniu, jednak - uwaga - jest to działanie dla ludzi o mocnych nerwach. Rzecz wchłania się w ślimaczym tempie, śmierdzi niemiłosiernie, a na domiar złego człowiek ma wrażenie, że cały się lepi. Najchętniej zmyłby tatałajstwo z siebie - niestety, tego mu zrobić nie wolno...
  • Fenistil, znany szeroko z telewizyjnych reklam, polecany jest głównie dla pań, łagodzi bowiem podrażnienia skóry wywołane oparzeniami słonecznymi. Wiadomo: gdy on jest na rybach, ona - o ile nie choruje na tę samą manię - opala się bez umiaru, a potem cierpi... Żel szybko się wchłania, dobrze rozsmarowuje, nie śmierdzi, nie plami, a poparzonej skórze daje przyjemne uczucie chłodu. Oczywiście, oprócz posłonecznego ma też inne zastosowania, np. odczula, likwiduje swędzenie. Użyty natychmiast, w kilka minut likwiduje skutki ukąszenia - nie pozostaje po działalności takiego komara czy meszki najmniejszy ślad. Niestety, żel jest ciut jadowity - nie można stosować go u dzieci, które nie ukończyły 1 roku życia, starszych zaś nie należy smarować nim w całości, a jedynie w wybranych uprzednio przez wampira punktach ciała.
  • Tea tree oil naprawdę zawiera wyciąg z liści drzewa herbacianego. Łagodzi skutki ukąszeń komarów i kleszczy, wspomaga gojenie, działa grzybobójczo i bakteriobójczo, a przy okazji nawilża skórę. Jest jeszcze bardziej jadowity niż Fenistil - wolno go stosować tylko punktowo, czyli tam, gdzie nas "użarło". Nie ma za to ograniczeń wiekowych - można nim "punktować" nawet niemowlaka.
  • Ulganol jest dość wszechstronnym żelem - łagodzi skutki ukąszenia komarów, os, pszczół, gzów i mrówek, likwidując to obrzydliwe pieczenie i swędzenie. Zawiera wyłącznie naturalne składniki: olejek goździkowy, mentol, wyciąg z arniki, dobrze się wchłania i przyjemnie chłodzi, dając - jak to mentol - cudowne uczucie "wiaterku".
     A więc - do apteki i na łów, miły bracie. Na pohybel wampirom!

Gośka Jurczyszyn

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusCMS eZ PublishZdjęcia rybDarmowy ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooDarmowy ERP i CRM - Odoo - dawny OpenERPWędkarstwo