Stało sie już pewną tradycją, że wędkarze zgromadzeni wokół serwera Rybie Oko co jakiś czas spotykają się ze sobą w różnych częściach kraju by wspólnie połowić, pogadać, pośpiewać nawet. A potem pozostają wspomnienia...
 
  NR 41      15 MAJA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
MAJOWE PSTRĄGOWE ROZTOCZAŃSKIE SWI
     Jedziemy! Tuż przed piątą dzwoni Zbyszek - właśnie docierają do Lublina. Chwytam rzeczy i wychodzę na umówione miejsce. Podjeżdżają w dwa samochody Zbyszek i Artur. Zapowiada się jasny słoneczny dzień. Już jest ciepło.

     W samochodzie nie możemy się nagadać i jazda mija błyskawicznie. Mijamy Szczebrzeszyn i jedziemy szosa wzdłuż Wieprza. Obserwuję łąki - nie widać wędkarzy, nie widać samochodów. Wszyscy są dziś w Nieliszu, na szczupakach. Wieprz nasz!
     Zjeżdżamy z szosy, parkujemy przed mostkiem. To miejsce podaliśmy innym, tu łatwo nas znajdą. Zresztą, mamy komórki. Niecierpliwie oglądamy wodę, od końca kwietnia opadła, jest jeszcze lekko podwyższona i troszkę zmącona. Trącona, jak to się mówi. W sam raz do łowienia! Szybko montujemy spinningi i ruszamy w dół rzeki, na mijankę. Idziemy lewym brzegiem, by nie rzucać na wodę cienia. W zamian mamy słońce prosto w oczy - trudno, tak już jest.

*****

     Pierwsze branie ma Artur. Takie delikatne skubnięcie za piórka jiga, jak to określił. Długo dobieram woblerki, zmieniam, jeden za drugim w końcu zakładam czarno-białego minoga. Jest ciężki i w zawirowaniach opada nisko w toni. Starannie obławiamy przeróżne miejsca, wlewy, wystające z wody pnie drzew. Schodzimy w dół. Capnęło! Nagle, gwałtownie, niecelnie. Pech... Artur znów ma skubnięcie. Różne przynęty, różne techniki podobny wynik. Pstrągi są na chodzie! To nam na razie wystarcza.
     Jednak nie jesteśmy sami. Przed nami migają pięty jakiegoś wędkarza. Spieszy się, gna przez łąki, chce przelecieć rzekę przed nami. Niech leci. Tu, w tej dużej rzece pstrągów nam nie wypłoszy. Idę drugi, za mną Zbyszek. Łowi wolno, starannie. Rozpoznaje wodę, dobiera przynęty. Ten mój minożek ma coś w sobie - tuż spod pnia wyskakuje ładny pstrąg. Chytrze, pośpiesznie chwyta woblerka, może nawet nie chwyta - muska go tylko i znika w kryjówce.
     Dochodzimy do wielkiego bełta. Był tu kiedyś próg wodny, zostały jeszcze betonowe resztki. Przed nim, na napływie, woda wybiła spore zagłębienie. Wpuszczam tam woblera, za którymś razem wchodzi idealnie i... nic. Obławiam napływ, penetruję zawirowania przed i za przeszkodą, potem środek nurtu. Artur czesze jigiem tę jamę. Zbyszek obrotówką. Nic... A takie miejsce!

*****

     Idziemy dalej. Odchodzimy kawałek i nagle słyszę wołanie Zbyszka. Odwracam się i widzę pląsającą na tle nieba końcówkę jego wędki. Ma!!!
     Rzucam sprzęt, biegnę do niego. Co będzie najpierw potrzebne, podbierak, czy aparat fotograficzny? Pstrąg już jest spokojny, już uchodzony. Nie, nie podaruję okazji. Taka piękna ryba i takie dobre światło. Szybko chwytam Zbyszka i pstrąga chlapiącego się na powierzchni, potem wysuwam podbierak. No, pstrąg już na brzegu!
     Wraca Artur. Podziwiamy pstrąga, gratulujemy szczęśliwemu Zbyszkowi. Mierzymy, ważymy, robimy zdjęcia. To są te najwspanialsze chwile... Pstrąg pięknie wybarwiony, 42 cm i prawie kilogram. Chytra bestia, nawet do trzech umiał zliczyć! Przepuścił Artura, przepuścił mnie, przeczekał Zbyszka a potem, gdy poczuł się już bezpieczny, zebrał coś z powierzchni. Dostrzegł to Zbyszek i posłał mu obrotówkę. Klasycznie, pociągnął ją z prądem. I chytry pstrąg dał się skusić.
     Patroszymy pstrąga, obkładamy pokrzywą, zawijamy w ściereczkę. Musi dotrwać, nim zajedziemy do ośrodka. W nabitym żołądku znajdujemy kłódki - całą garść kłódek, więc żerują.

*****

     A co z resztą? Zbyszek dzwoni do Dawida. Są w drodze, wkrótce dotrą do Zwierzyńca. Podajemy im naszą pozycję, ale o pstrągu nie wspominamy. Niech jadą spokojnie. Dalej schodzimy w dół. Niżej jest następny mostek, tam chcę dotrzeć, być może spotkamy tam kogoś z naszych? Może warszawska ekipa dotarła? To miejsce także podałem w opisie.
     Miejscowy wędkarz dawno zniknął nam z oczu. Pewnie zakończył łowy. Kurcze, znów mam branie i znów nie zacinam! Obaj z Arturem zaliczyliśmy po trzy capnięcia i nic.
     Zmieniam woblerka na innego, z większymi kotwiczkami. Ale nie pasuje mi i znów wracam do minoga. Zaczepiam go w końcu pod drugim brzegiem i gdy inne próby uwolnienia nie skutkują, idę w dół, do mostu. Już niedaleko. Na moście nie ma nikogo. Woda pusta. Z żalem mijam kilka znakomitych miejsc, trudno, i tak musimy już wracać. Uwalniam woblerka, Artur ściąga go na swoją stronę. Wracam.

*****

     Przez ten czas koledzy nawiązali łączność. Druga ekipa dotarła na miejsce, są już przy moście, już się wypakowują. Idziemy szybkim krokiem. Zbliża się jedenasta, zaraz będzie południe. Czas pojawić się już na kwaterze. Przy moście trzeci samochód: drużyna poznańsko-łódzko-gdańska dotarła. Jest Dawid z Moniką, Michał Sopński i Michał Maksymowicz. Już są w neoprenach, już mają sprzęt w garści. Dzwonimy do Zwierzyńca, do ośrodka, zapowiadamy się za dwie godziny. Ach ta technika!
     Wracamy nad wodę. My, spinningiści, idziemy w górę, muszkarze penetrują dół pod mostem. Monika opala się na łące. A żar leje się z nieba, ostre słońce prześwietla wodę, sięga dna, sięga nawet pomiędzy parasole olchowych liści. Nic z tego nie będzie... Rezygnujemy w końcu i jedziemy do ośrodka. Tam niespodzianka - przyjechał Paweł, pociągiem.
     Ośrodek przy ul. Partyzantów 13 A mogę polecić każdemu. Czysto, schludnie i wszystko co trzeba. Jesteśmy dziś jedynymi gośćmi. Wszystkie pokoje i wszystkie domki do wyboru. Mogłoby nas być tu i kilkudziesięciu. Gościnny gospodarz próbuje nawet zamówić nam obiad w restauracji. Decydujemy się jednak na coś szybszego, jakieś flaczki i piwo. Zwierzynieckie, oczywiście! Biedni kierowcy, muszą cierpieć...

*****

     Wyruszamy po siedemnastej. Niższe słońce już tak nie razi z góry - pstrągi mogą się ruszyć. Jedziemy w górę Wieprza, na podmokły, bagienny odcinek.
     Przypuszczam, że dostępny jest od niedawna, liczę, że wyjdzie tu coś ładnego.
Wyjeżdżamy w dwa samochody. Za wcześnie skręcamy w lewo - machnąłem się. Widocznie wyszły moje nawyki piechura, zmyliłem drogę, zrobiłem skrót. Asfalt kończy się i brniemy przez piach leśnym traktem. Kurzymy straszliwie. Samochody jakoś wytrzymują wertepy, kierowcy jakoś powstrzymują się od komentarza.
     W końcu docieramy do Obroczy. Tu rozdzielamy się na dwie grupy. Cofamy się w dół Wieprza. Łąki mokre, całkiem niedawno były jeszcze pod wodą. Miejscami wysoka trawa skrywa rzadkie błocko. Wyłażą meszki! Całe chmary wstrętnych, gryzących much. Atakują twarz, pchają się do oczu, oblepiają ręce, wciskają się nawet pod ubranie. I gryzą. Rzeczywiście mogą doprowadzić do szału. Przy nich komary, to niewiniątka. Zakładam siatkę, koledzy smarują się olejkiem waniliowym. O dziwo - skutkuje.

*****

     Schodzimy w dół. Idę ostatni. Woda wysoka, prawie równa z burtą. Sprawia wrażenie mętniejszej, niż tam, niżej Zwierzyńca - to przez ciemne torfowe dno. Na drugim brzegu z trawy podrywa się sarna. Szkoda, że nie zdążyłem wydobyć aparatu. A pstrągi nie biorą... Woda bez życia, nic się nie dzieje. Po dwóch godzinach doganiam kolegów. Odpoczywają pod piaszczystą skarpą. Piękne miejsce, zupełnie jak z Jackowego opisu. Robimy kilka zdjęć i gramolimy się na górę. Niżej, na łące samochód. Jakiś czyścioszek...
     Obchodzimy urwisko, macamy kilka kapitalnych miejsc - nic. Nagle głośny chlupot. Michał ma pstrąga! Już go nie ma... Radość trwała sekundę. Pstrąg skoczył świecą w górę i odpiął się. Cóż, tak bywa. Jedne się zapinają, drugie nie. Tak już jest i nic się na to nie poradzi. Ale miał go przez chwilę na wędce.
     Ten pstrąg przywraca nam ochotę do starannego łowienia. Zmęczenie mija, znów przykładamy się. Idę ostatni. Wymieniam woblerka, zakładam pstrążka - ten Michałowy wziął właśnie na pstrążka firmy Salmo.

*****

     Mijam kilka znakomitych miejsc. Mógłby wreszcie uderzyć... I nagle wyskakuje spod przeciwległego brzegu, chwyta woblerka, zawija młynkiem i wali w dół. Niezły - widziałem go i czuję. Prze do dna, kij zgina mocno, ma krzepę. Schodzę z nim niżej i niżej, trzymam na krótko, na wygiętym kiju. Pakuję się po kolana w rzadkie rdzawe błocko. Dalej nie mogę, dalej na zakręcie leży zatopiony krzak, straszą suche gałęzie. Tam właśnie dąży ryba.
     Nie, nie pozwolę! Dociskam hamulec - pstrąg skacze w górę, bełcze wodę, ulega w końcu i wraca posłusznie pod prąd. Trzymam go teraz i pozwalam balansować w nurcie. Koledzy zauważyli, że mam rybę i biegną przez łąkę. To znaczy próbują biec. Grząska łąka nie bardzo pozwala na bieganie, brną raczej przez mokradło, Michał trzyma aparat gotowy do zdjęć.
     Pstrąg kapituluje, mam go pod wierzchem. Jest mniejszy, niż początkowo myślałem. Dociągam go do niskiego brzegu, dotulam do burty i chwytam ręką z kark. Podbierak został kilkanaście metrów wyżej. Cieszymy się wszyscy, mierzymy pstrąga. Widać, że mniejszy niż ten Zbyszka, 41 cm, nie taki szeroki i nie tak kolorowy. Obkładam go pokrzywami, pakuję w ściereczkę.
     Robi się późno. Mija najlepsza pora brań, a wkrótce musimy wracać. Szybko obławiamy dalszy odcinek rzeki, kolejne piękne miejsca obiecujące spotkanie z miśkiem. Niestety, miś nam na to spotkanie nie wychodzi... Mniejszy też nie. A jednak! Arturowi uderza tuż pod nogami, całkiem przyzwoity. Nie zacina się jednak. Pech... Kończymy, wracamy na szosę.

*****

     Jest już ciemno. Zbyszek musi, niestety, dziś jeszcze wracać do domu. W ośrodku dostajemy od gospodarza drewno na ognisko. Koledzy jadą do sklepu, wracają z kiełbasą i kartonem piwa, zwierzynieckiego oczywiście. Siedzimy przy ogieńku, pieczemy kiełbasę, sączymy piwo, gawędzimy, snujemy plany. A jutro Tanew. Musimy wybrać się rano, wstać wcześnie. Ustalamy godzinę pobudki - taki kompromis pomiędzy rozsądkiem a ochotą. Wyspać też się kiedyś trzeba. Więc piąta rano...
     Zerwaliśmy się szybko i raźno. Gorąca herbata i kawa, przegryzka i w drogę, na Tanew, najpiękniejszą rzekę Roztocza. Jedziemy przez Józefów, Pardysówkę, Oseredek, Hamernię i Susiec. W Rebizantach skręcamy i zatrzymujemy się we wsi Pary. Przed nami mostek, pod nim Tanew. W porównaniu z Wieprzem wygląda na niewielką rzeczkę. Znów rozdzielamy się, jedni wolą iść w górę, inni w dół. Ja zwykle wybieram drugą opcję. Woda podwyższona, lekko mętna. W sam raz do łowienia. Poranne słońce prześwietla ją aż do spodu, tylko pod brzegami tworzą się ocienione miejsca.

*****

     Pierwsze branie mam zaraz pod mostem, z pierwszego podania. Pstrąg nie zacina się. Schodzimy w dół, ja lewym, Paweł i Artur prawym brzegiem. Starannie penetrujemy każdą rynienkę, nie przepuszczamy nabrzeżnym nawisom, sterczącym korzeniom, a wszelkie bełki koło zwalonych drzew przyprawiają nas o lekkie drżenie.
     Mam pstrąga! Ostro capnął małego woblerka i już młynkuje w nurcie. Nie jest wielki, około trzydziestki. Wyjmuję go podbierakiem i bez mierzenia uwalniam. Niech rośnie duży. Arturowi też skoczył spod zwalonego drzewa. Uderzył, lecz się nie zapiął. Drugi raz nie powtórzył. Paweł sunie drugim brzegiem cicho jak kot. Jest prawie niewidzialny, stapia się z roślinnością. Stąpa tak cicho, że dzikiej kaczce prawie nadeptuje na ogon - zauważyła go w ostatniej chwili i przerażona zerwała się z głośnym łopotem.
     Idziemy podobnym tempem, po obu brzegach, raz on, raz ja mamy ze swej strony ciekawe zakamarki. Właśnie z takiego miejsca znowu wyskoczył pstrąg i capnął mojego woblerka. Ostro, twardo, brutalnie. Zapiął się dobrze i strzelił świecą w górę. No, tego to wezmę! Pstrąg nie poddał się jednak tak łatwo. Rozwinął cały repertuar swoich możliwości, wykręcił kilka młynków w nurcie, próbował sięgnąć drewnianych zawad, nurknął w dół. Sił mu jednak zabrakło i dał się ogarnąć podbierakiem. Zmierzyłem - 34 cm. Uwolniłem go delikatnie, wsunąłem do wody. Przez chwilę stał oszołomiony, jednak ocknął się szybko, wykręcił i zniknął.
     Dogoniliśmy Artura - też miał pstrągi, krótkiego i trzydziestaka. A potem już nic... Słońce stanęło w zenicie i pstrągi pochowały się. Dalsze łowienie straciło sens. Z żalem pożegnaliśmy kilka bardzo obiecujących zakrętasów. Trudno, nie tym razem. Wróciliśmy na szosę. Koledzy już tam czekali. Bez ryby - Michałowi siadł krótki, poza tym nic.

*****

     Być na Roztoczu i nie obejrzeć Szumów? Nie, to byłoby niewybaczalne! Podjechaliśmy więc do Rebizantów i ścieżką przez las pomaszerowaliśmy do rezerwatu Nad Tanwią - bez wędek oczywiście. Po drodze zachwycił nas Potok Łosiniecki, który tu wpada do Tanwi. Prześliczna rzeczka o przeźroczystej wodzie z jasnobrązowym piaseczkiem na dnie. I te wszystkie dołki, głęboczki, wlewy, bystrza, rynienki. Taka woda cieszy oczy pstrągarza.
     A potem Tanew i słynne Szumy, kaskady przelewające się przez wapienne progi. Pod każdym z nich czuło się rybę. A wokół piękne stare jodły, resztki dawnej puszczy. A z drugiej strony na wzgórzu... samochody, jakiś sklepik, ludzie. Z jednej strony dzika przyroda, z drugiej cywilizacja...
     Wnętrza naszych samochodów odstraszały gorącem. Nagrzały się. W Zwierzyńcu czekało chłodne piwo... Wszystko co piękne, nie trwa jednak długo, rozsądek nakazał odwrót. Daleko stad do Poznania, do Łodzi, Zabrza i Gdańska. Daleko i do Warszawy. I do Lublina także. Cóż, nie zostaje nic innego, jak wrócić tu znowu. Przyjechać na kilka dni, zamieszkać w Zwierzyńcu i chodzić za pstrągiem w ranki i wieczory. A póki co, tęsknić. Musi być jakiś niedosyt.

tekst i foto: Andrzej Trembaczowski



W spotkaniu uczestniczyli:
  • Artur Dac
  • Dawid Garczarek
  • Monika Garczarek
  • Michał Maksymowicz
  • Paweł Rojek
  • Michał Sopiński
  • Andrzej Trembaczowski
  • Zyszek Woźniak
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusDarmowy ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooSystemy CMS eZPublishWędkarstwo morskieTygodnik WędkarskiMetki