Stało sie już pewną tradycją, że wędkarze zgromadzeni wokół serwera Rybie Oko co jakiś czas spotykają się ze sobą w różnych częściach kraju by wspólnie połowić, pogadać, pośpiewać nawet. A potem pozostają wspomnienia...
 
  NR 41      15 MAJA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
ROZTOCZAŃSKIE SWI
     Zaczęło się tradycyjnie. Jak zwykle ktoś zapytał, czy są chętni, by przyjechać na kolejne Spotkanie Wędkujących Internautów. Jak zwykle Forum ogarnęła euforia. Jak zwykle chętnych było więcej niż ryb w okolicy. Jak zwykle część się cieszyła, że znów spotka wirtualnych przyjaciół, część druga, że wreszcie połączy znane z Forum, Dwutygodnika czy Rybiego Oka nazwiska z odpowiednimi, już nie wirtualnymi facjatami.

     Jak zwykle były deklaracje, plany, organizowanie wspólnego transportu. I jak zwykle im bliżej było spotkania tym więcej "niemożliwych do przewidzenia" wydarzeń zmuszało tych, co zadeklarowali chęć przyjazdu, do wysłania na Forum postu z tytułem "Ja też nie przyjadę".
     Organizatora Roztoczańskiego SWI - Andrzeja Trembaczowskiego darzę wielkim szacunkiem. Za wiedzę, za doświadczenie, za poszanowanie Matki Natury, wreszcie za godny podziwu spokój, który nie raz przydawał się w łagodzeniu wirtualnych konfliktów. Jako mieszkaniec bezrybnej, pustynnej okolicy z zazdrością czytuję wpisy Andrzeja w rubryce Brania. Nawet jeśli nie udaje mu się przechytrzyć ryb, to opisywane krajobrazy wynagradzają przejechane do łowiska kilometry.
     Bardzo chciałem zobaczyć Roztocze na własne oczy. Liczne zdjęcia Andrzeja były wystarczającym instrumentem marketingowym. Tylko jak tam dotrzeć? Z pomocą przyszedł Dawid Garczarek, najwierniejszy chyba uczestnik wszystkich Spotkań. Łódź leżała na trasie jego przejazdu. To z resztą nie było najważniejsze. Dawid nie raz nadkładał dziesiątki kilometrów by dopomóc tym, którzy chcieli wziąć udział w którymś Spotkaniu Wędkujących Internautów, a nie mieli jak nań dotrzeć. Wstępnie więc umówiłem się z Dawidem. Wstępnie, gdyż do końca nie mogłem być pewnym, że uda mi się wygospodarować czas. Wyszedłem z założenia, iż lepiej w ostatniej chwili dołączyć (nocleg zawsze się znajdzie, a miejsce w samochodzie było i tak) niż tuż przed wyjazdem zrezygnować. Szczęśliwie udało się. O umówionej porze podjechał samochód z Dawidem, jego żoną oraz Michałem Maksymowiczem, który z Gdańska do Poznania, w którym mieszka Dawid, dotarł pociągiem.

*****

     Po drodze, korzystając z dobrodziejstw telefonii komórkowej, ustaliłem ze Zbyszkiem Woźniakiem miejsce spotkania. Około godziny dziesiątej dotarliśmy na miejsce. Chwilę później witaliśmy się z Andrzejem, Zbyszkiem i łowiącym z nimi Arturem Dacem. Chłopaki mieli już w nogach kilka kilometrów nadwieprzańskich łąk. Wszyscy łowili na spinning. Z rana mieli kilka kontaktów z pstrągami. Jedyny złowiony, padł łupem Zbyszka. Wziął w miejscu, które obłowili wcześniej Andrzej i Artur. Doszliśmy do wniosku, że pstrąg umiał liczyć do trzech. Idący jako trzeci Zbyszek zobaczył na powierzchni wody "oczko". Zszedł kilkanaście metrów niżej, by być niewidocznym dla ryby. Założył wirówkę i podał powyżej przepuszczając przynętę przed pyskiem ryby. Po trzecim podaniu nastąpiło pobicie. Krótki hol i 41-centymetrowy kropkowaniec leżał na brzegu. Standardowe badanie zawartości żołądka wskazało teoretycznie najskuteczniejszą przynętę. Ryby żerowały na kiełżach.
     Postanowiliśmy połowić jeszcze ze dwie godziny i podjechać do ośrodka, w którym mieliśmy nocować, by rozlokować się, uregulować rachunek oraz poczynić niezbędne zakupy na wieczór. Sława lokalnych, niewielkich browarów znacznie wykracza poza regiony przyległe do Roztocza.

*****

     Postanowiłem spróbować metody muchowej. Założyłem kiełża w szaro-brązowym kolorze. Wraz z Michałem Maksymowiczem przeszliśmy spory kawałek w dół rzeki. Obławialiśy co ciekawsze miejscówki. Bez efektu. Nawet jednego przytrzymania. Michał w przypływie rozpaczy próbował nawet suchej muchy. Wprawdzie nie było widać zbierających ryb, ale zawszeć to przyjemniejszy sposób łowienia.
     W tym samym czasie reszta ekipy poszła obławiać spinningami obszar powyżej miejsca zbiórki. Zdaje się, że Zbyszek jako jedyny z tej grupy uzbroił sprzęt muchowy. Jednakże do umówionej godziny nikomu nie udało się zachęcić ryby do brania.
     Pojechaliśmy więc zakwaterować się. Po posiłku, którego immanentnym składnikiem był wysokoprzetworzony jęczmień i po chwili wypoczynku ruszyliśmy zapoznać się z górnym odcinkiem Wieprza. W międzyczasie dołączył do nas Paweł Rojek z Warszawy. Jako jedyny uczestnik SWI dojechał na nie pociągiem. Fakt, stolica ma dobre połączenie ze Zwierzyńcem - bezpośredni pociąg.

*****

     Kontemplowanie przyrody oraz koncentrację na pracy przynęty (wszyscy poza moim imiennikiem spinningowaliśmy) znacznie utrudniały insekty. Chmary komarów i jeszcze więcej meszek. Istny horror. Komary skutecznie zwalczałem Autanem, na meszki jednak nie byłem przygotowany. Waniliowy olejek do ciast pozostał w domu. Praca woblera była więc urozmaicana częstymi przerwami w ściąganiu na odpędzenie włażących do oczu, uszu i nosa meszek. Ryby jednak olewały nas totalnie. Ale do czasu.

     Jako pierwszy branie miałem ja. Pstrąg za stanowisko obrał sobie głęboczek wydrążony przy burcie tuż poniżej piaszczystej skarpy. Wziął na podarowanego przez Piotrka Piskorskiego w ramach prezentu gwiazdkowego Salmiaka (czterocentymetrowy, pływający Hornet DR malowany na żółtozłotego pstrążka). Ryba zaskoczona nie mniej niż ja wykręciła kilka młynków, zrobiła świecę i... machnęła ogonem na pożegnanie. Mój szybki kij wraz z plecionką okazały się chyba nazbyt sztywnym zestawem na kiepsko zaciętego pstrąga. Oceniam go na wymiarowego (według moich zasad). Andrzej, który widział moje zmagania z potokowcem, twierdził wprawdzie, że kropkowaniec miał więcej - koło 40 cm, ale chyba przesadził. No, ale coś się działo.
     Ryby zaczęły żerować tuż przed zmrokiem. Chwilę później Andrzej prowadzony jak na smyczy gonił w dół rzeki kolejnego potokowca. Zrobił to jednak efektywniej. Wprawdzie trochę chudszy, ale długością pstrąg dorównywał temu, którego rano złowił Zbyszek. Jeszcze Artur miał branie, jednak po całodziennym, bezowocnym obławianiu Wieprza zapomniał co należy w takich chwilach czynić. Nieubłaganie nadszedł czas zbiórki przy samochodach. Trochę szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej nad wodą, bo ryby wyraźnie się rozkręcały, ale umowa jest umową.

*****

     Przed ogniskiem musieliśmy niestety pożegnać Zbyszka Woźniaka. Jednak usprawiedliwienie - imieniny teściowej przyjęliśmy ze zrozumieniem. A potem było ognisko, piwo, kiełbaski, piwo, rozmowy, piwo... Ustaliliśmy, że warto by spotkać się kiedyś z nastawieniem na ryby spokojnego żeru. Jest wśród nas tylu amatorów spławika, wszelakich odmian "drgającej szczytówki" czy ciężkiej gruntówki. Może by tak zapolować na karpie? Z pewnością było by więcej czasu na rozmowy. Może płocie lub leszcze? Na pewno się uda.

     Następnego dnia celem naszej wyprawy była Tanew. Węższa od Wieprza, płytsza, bardziej zarośnięta. Ponoć pstrągów tam więcej, ale już nie tak okazałych. Tanew bez wątpienia była trudniejszą rzeką. Trzeba było ukrywać się przed rybami, wykorzystywać każdą zasłonę, uważać na leżące wzdłuż brzegów olszynowe, suche, trzaskające gałązki. Do tego w wielu miejscach teren był podmokły. M.in. wpakowałem się w bagienko. Niby tylko do kolan, ale wiele minut próbowałem się wydostać. Tylko dwa kroki a już miałem problem. Ale udało się.
     Na samym początku, pierwszy nad wodą Andrzej w pierwszym rzucie miał branie. Nie zaciął. Ja zaś, już w drugim rzucie zawiesiłem na gałęzi mojego fartownego Salmiaka. Nie wiem jak to się stało, bo przecież sześciokilowa plecionka powinna ściągnąć go z drzewa, a jednak po szarpnięciu spadła sama linka. Woblera nie było ani na gałęzi, ani na moim brzegu, ani na przeciwległym. A szukałem dokładnie. Nie widziałem też aby wpadał do wody. Po prostu wyparował. Szkoda, bo już wiem, że odkupić nie będzie łatwo. Na łódzkiej giełdzie przerzuciłem asortyment trzech sprzedawców - bezskutecznie. Tego modelu nie mają.

*****

     Wraz z Dawidem poszliśmy w górę Tanwi. Reszta ekipy schodziła w dół. Efektem mojego połowu był jeden niewielki pstrążek pocieszenia, dwudziestopięciocentymetrowy potoczek. Wziął na Gębskiego. Jednego z ostatnich sygnowanych oryginalnym podpisem twórcy serii przynęt spinningowych. W dole rzeki było ciut lepiej. Andrzej dostał jednego, czy dwa krótkie i większego - pod 35 cm. (wrócił do wody). Artur złowił trzydziestaka. Paweł oraz Dawid i Michał nie mieli szczęścia. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o urokliwy Roztoczański Park Narodowy. Zrobiliśmy piękny spacer wzdłuż Tanwi i krystalicznie czystej rzeki Jeleń.
     Wróciliśmy do ośrodka zjeść przed podróżą, odświeżyć się i pożegnać.
Umówiliśmy się na następne spotkanie. Pewnie już gdzie indziej. Trochę żałuję, że tak krótko to trwało. Zwłaszcza z myślą o dojeżdżających z daleka dobrze by było spotykać się na co najmniej trzy dni. Tak aby choć jeden można było od rana do późnego wieczora spędzić nad wodą. Wiem, przemawia przeze mnie kompleks Łodzianina. Tęsknię do wody, do ryb. Ale Roztocze zauroczyło mnie. Na pewno jeszcze połowię w Wieprzu.
     W drodze powrotnej, a w zasadzie już u kresu mojej podróży miał miejsce jedyny zgrzyt całej wyprawy. Niemal na siłę zaprosiłem Dawida z żoną i Michała Maksymowicza na kawę. Mieli przecież przed sobą jeszcze niezły szmat drogi. W ciągu połowy godziny naszej nieobecności Dawidowi włamano się do samochodu. Szczęśliwie albo nie wystarczyło czasu, albo celem złodziei było coś innego. Z zapakowanego po brzegi samochodu nic nie zginęło. A miało co ginąć. Wysokiej klasy aparat fotograficzny, sprzęt wędkarski, portfel z pieniędzmi i dokumentami auta. Strach pomyśleć. Szczęście, że wzięliśmy panel radia, bo nieszczęście było by gotowe. Jedyną, choć dotkliwą stratą była stłuczona szyba w drzwiach. Cóż. Takie są uroki mieszkania w centralnym punkcie ponadmilionowej aglomeracji. Łódź nie okazała się gościnnym miastem. Do dziś mam wyrzuty sumienia.

Michał Sopiński,
foto: Andrzej Trembaczowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWszywki odzieżoweSprzęt wędkarskiStowarzyszenie Wędkarzy InternautówZez - Blog zez.plPrzynęty wędkarskie