Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata. A i pozwoli się podzielić myślami... A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 42      1 CZERWCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
PEWNEJ CIEMNEJ MAJOWEJ NOCY...
     Poszedłem na pewniaka w miętusowe miejsca. Sanna płynęła tam wąskim, krętym korytem przez mokre łąki zwilżane wysiękami zimnej, źródlanej wody. Jeszcze nie skoszona, zmierzwiona, schlapana rosą trawa sięgała wyżej kolan. Niziutko, tuż nad gruntem słała się mgiełka. Noc ciemna, księżyc na nowiu i niebo jak w październiku. Gwiazdy ogromne niczym lampiony - takich jeszcze nie oglądałem. Absolutnie nieruchome powietrze i zimno, choć to koniec maja.

     Z trudem dotarłem do rzeki, brnąc w ciemnościach przez łąkę. Był tam ostry, esowaty zakręt, obok kilka drzew, jakieś krzaki. Rozstawiłem gruntówki, jedną na zakręcie, tuż pod stromą burtą, drugą na zwężeniu, pomiędzy podmywanym przez nurt grubym pniem olchy a nawisem gałęzi z drugiej strony. Stamtąd też coś wyjść mogło do przynęty. Tej wędki musiałem pilnować szczególnie, uważać, by ryba nie wciągnęła przyponu pod tą olchę, w korzenie. Zresztą obie gruntówki zamierzałem przestawiać co pewien czas i spenetrować nimi kilka ciekawych zakrętow. Znalazłem sobie lokum obok nadpalonego pnia starej wierzby. Było tam trochę wyżej, więc mogłem położyć plecak i rozstawić składany stołeczek na suchym.
     Siadłem wygodnie i wsłuchiwałem się w głosy nocy. Od stawów szło granie żab, po drugiej stronie, pod lasem zaszczekał koziołek. Przyroda... Komary na szczęście nie dokuczały, było zbyt zimno. Siedziałem chyba z godzinę w bezruchu, czekając, nasłuchując, wyczulony na ten miły uchu wędkarza, radosny dzwięk dzwoneczka. Nic się jednak nie działo, milczały dzwonki.
     Gdzieś koło dwudziestej drugiej sprawdziłem gruntówki: najpierw tę na zakręcie. Uniosłem ją delikatnie z trawy, napiąłem żyłkę. Coś jakby zaczep... Ależ nie, szamoce się to coś, zwija, miota. To ryba! Wyrzucam ją na trawę, chwytam ręką. Nieduży, trzydziestocentymetrowy miętus. Fajnie, dobry początek. Wędkę stawiam ponownie w to samo miejsce, przy burcie, i siadam z powrotem na stołku. Może weźmie drugi?

*****

     Mimo zimna jest całkiem przyjemnie. Siedzę w bezruchu. Zatracam własną cielesność. Nie ma mnie. Nie istnieję. Przyrosłem do brzegu. Jestem fragmentem tej łąki, brzegu rzeki. Jestem częścią Wszechświata. Relaks absolutny. Myśli ulatują w Kosmos... Czy o taki właśnie błogostan chodzi joginom? Absolutna pustka - nic nie jest ważne... A wędki?
     Odwracam głowę w stronę drugiej gruntowki, tej przy korzeniach. Stoi przecież w stuprocentowym miejscu, mogłoby wreszcie coś tam zadzwonić. I dzwoni! Naprawdę dzwoni! Jak na zawołanie leciutkie dzyń, dzyń, dzyń... Czar prysł, a może trwa jeszcze?
     Podkradam się. Wciąż dzwoni! Biorę wędkę do garści, zacinam miękko. Jest! Ryba szarpie się, nawet całkiem dziarsko się szarpie. Już chlupie przy burcie. Może kleń? Są tu klenie. Podnoszę rybę na kiju, wyrzucam na trawę. Miętus - większy od poprzedniego!
     Tym razem przenoszę gruntówkę nieco dalej, o dwadzieścia kilka metrów i stawiam na prostym, zakrzaczonym odcinku. Sprawdzam za pół godziny: ściągnięta żyłka, zerwane rosówki! Zgapiłem... Doprowadzam wszystko do ładu i stawiam znów, w to samo miejsce. A w tym czasie znowu wziął miętus, na zakręcie. Przesunął nieco końcówkę, wysnuł trochę żyłki i siedział już grzecznie na haku. Taki sam jak ten pierwszy, trzydziestaczek.
     Znów dzwonek, ostry, niecierpliwy. Tam za krzakami! Podbiegam - goły haczyk... Co to było? Bo przecież nie miętus?! Zakładam cieńszy przypon z mniejszym haczykiem. Od wędki nie odchodze. Czatuję jak lis przy mysiej norce. Czekam z ręką na wędce. No, wreszcie - skłon szczytówki, żyłka idzie z szelestem. Biorę kij do ręki. Co to jest? Żyłka szybko wylatuje z kołowrotka. Zacinam i... pudłuje. Klenia? Karpia? Lina? Inne licho? Stawiam ponownie, ale nic już nie bierze. Zmarnowałem tę szansę.
     Dawno minęła północ. Szkoda tu siedziec do rana, skoro biorą miętusy, spróbuje jeszcze pod starym młynem. Może trafi się większy?

*****

     Trudno maszerować, niosąc rozłożone gruntówki, siatkę z rybami, wiaderko i stołeczek. Dotarłem na miejsce dopiero po półgodzinie nieźle zmęczony. Plecak i pozostałe klamoty złożyłem pod krzak i bacząc, by woda nie wlala mi się wierzchem do butow, wyszedłem na naniesioną przez strumień łachę. Poziom wody niezbyt wysoki, dotarłem więc aż do rosnącego na skraju mielizny tataraku. Dalej zaczynała się głębia. Jedną gruntówkę rzuciłem w stronę kołków, drugą w wiry, tuż za kantem przykosy.
     Nie zdążyłem nawet odwrócić głowy, gdy tatarak, w którym położyłem gruntówkę, zaszeleścił gwałtownie. Natychmiast chwyciłem wędzisko - jedzie żyłka! No, wreszcie coś porządnego! Zacinam pewien, że to coś dużego - karp lub spory lin. Kij wygiął się mocno, żyłka zadzwięczała - tak, to potężne karpisko!!! Prze w kołki, ledwie daje się utrzymać. O podciągnięciu nie ma mowy. Może już się o coś zaczepił? Nie, ruszył się i w końcu idzie, z trudem, ale idzie. Muszę trochę sfolgować, nie ciągnąć tak, bo coś trzaśnie. Trwa to dobrych kilka minut, wreszcie ryba kapituluje i daje się prowadzić na długim kiju. Trochę ją oprowadzam w prawo i w lewo. Raz i drugi słyszę jak chlapie po wierzchu. Co to? To nie karp: w nikłym świetle majaczy coś długiego. Ślizgiem ciągnę to coś przez tatarak, wciągam na brzeg, na mokre błoto, wreszcie chwytam ręką przekonany, prawie pewny, że to jednak ogromny miętus. Jednak nie, to coś innego. CO???

*****

     Teraz już sam nie wiem, zaskoczenie kompletne. Ryba wyślizguje się i ze zdumieniem rozpoznaję... sporego węgorza! Gruby, ledwo mogę go uchwycić. Pierwszy węgorz z Zaklikowa! Owszem, słyszałem ileś lat temu, że je tu wpuszczono, ale kiedy to było? Wszyscy dawno zapomnięli. Mam jeszcze trudności z uchwyceniem ryby i włożeniem jej do siatki. Węgorz wygina się, za nic nie chce wsadzić tam ogona. W końcu poskramiam go, zamykam szczelnie siatkę i wynoszę na trawę daleko od wody. Wracam i... co z tą drugą wędką? Sprawdzam - w kołkach!!!
     Waruję jak za dawnych lat, kiedy łowiłem sandacze. Pilnuję wędek, żyłki z palców nie wypuszczam. Pełna gotowość, w każdej chwili może być branie. Nie ma miejsca na relaks - jestem jak maszyna, jak automat wyczulony na sygnał, gotowy do natychmiastowej reakcji. Po kwadransie znów szelest tataraku, znów jedzie żyłka!
     A, mam cię!!! Znów czuję znajomy, wibrujący opór, znów trzeszczy bambusowe wędzisko. Tym razem wiem, co mam na wędce. Mam go wkrótce na brzegu, razem z... drugą żyłką, splątaną podczas holu. Pakuję węgorza do siatki, jest piękny, podobny do poprzedniego. Doprowadzam obie wędki do porządku, stawiam ponownie. Ale nic już nie bierze, ani tu, ani przy końcu dołu, ani w innych miejscach. Zresztą czas kończyć - o czwartej pociąg! Zwijam wędki. Pakuję się pośpiesznie i pędze na stację. Na peron wpadam równo z wagonami. Dobrze, że konduktor mnie zauważył i poczekał. Chwała mu za to. Jestem zresztą jedynym pasażerem. Pociąg rusza, zasypiam natychmiast...

Andrzej Trembaczowski, Lublin, 1983 r

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusDarmowy ERP i CRM - Odoo - dawny OpenERPPrzygotowanie drukueZ PublishSystemy CMSeZPublish