Do łowienia czerwcowych sandaczy przygotowuję się już w maju. Podczas polowania na szczupaki, bolenie i klenie testuję otóż plon zimowego zbieractwa. Zimą kupuję bowiem wielką ilość woblerów, o których nie wiem na ogół nic.
 
  NR 42      1 CZERWCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
MĘTNOOKI WATAŻKA
     Moja miłość do wielkich rzek pozwala mi na przetestowanie zimowych nabytków w każdych warunkach. W przeciwieństwie do kolegów, czerwcowych sandaczy szukam przede wszystkim na niezbyt głębokich, półtorametrowych płaniach w pobliżu brzegu. Moim zdaniem wiele sandaczy przeszukuje je bardzo starannie każdego wieczora. Liczą tam - nie bez racji - na wyżerkę, w postaci kiełbi oraz rybek porwanych przez dość silny nurt.

     Tak więc idealnym miejscem na sandacze jest, moim zdaniem, ten fragment rzeki, gdzie woda przepływa dość szybko nad szerokim blatem o żwirowatym lub twardo piaszczystym wysłaniu dna. Znakomicie jest, gdy za płanią, w odległości kilkudziesięciu metrów znajduje się przykosa lub rafa kamienna, gdzie sandacze przebywają za dnia.
     Wybrane na sandacza woblery muszą charakteryzować się agresywną, acz dość wąską akcją. Dobrze jest, gdy drobią - tak jak pięciocentymetrowe texy, pływające jugolki lub podłużne woblerki Gębskiego-juniora. Sandaczowe woblery muszą też znakomicie trzymać się wody i nie wykładać się nawet w bardzo silnym nurcie. Pierwsze sandacze zaczepiają się na hakach już w maju. W przypadku wcześniejszej wiosny i stosunkowo niskich stanów rzek z powrotem do wody wraca co najmniej kilkanaście zestresowanych dużych sandaczy. To sztuki, które wytarły się wcześniej i wyszły już w strefy późno wiosennego żerowania.
     Technika łowienia czerwcowych sandaczy niczym się nie różni od majowego kleniowania na dużej rzece, kiedy to największe kleniska bardzo chętnie stoją godzinami na opisanych płaniach. Mogę więc już w maju przećwiczyć polowanie na sandacze, zaś w czerwcu na tym samym odcinku rzeki spodziewać się brań wielkich ryb - zarówno kleniowych, jak i sandaczowych kabanów.
     Nie znaczy to jednak, że podczas gonitwy za mętnookim

eksperymenty wskazane

nie są. Jak najbardziej są...
     Bardzo wiele razy miałem okazję zaobserwować na kanale żerańskim, jak w niesione prądem skupisko przyduszonej drobnicy waliły bolenie, szczupaki a nawet sandacze - i to w samo południe. Skłoniło mnie to do założenia na hak pływającej główki jigowej - dlaczego w Polsce nie można tego kupić???!!! - kilku calowych ripperków naturalnej barwy. Zauważyłem, że przyduszone rybki dają się nieść wodzie główkami do dołu - nawlokłem je więc za ogonki...
     Wyobraźcie sobie, że na coś takiego udało mi się złowić kilka niezwykle trudnych do sprowokowania kanałowych boleni, kilka sandaczy, a nawet wielkiego, blisko czterdziestocentymetrowego okonia. Wystarczyło od czasu do czasu leciutko poruszyć szczytówką wędziska, by sztuczne rybki zafalowały, zatrzepotały się i rzeczywiście przypominały skupisko porażonej upałem drobnicy.
     Niestety, nie dało się do takich zestawów stosować wolframek, więc moja cud-przynęta została pożarta przez drapieżniki. Straciłem w ten sposób wszystkie pięć pływających główek jigowych, które kupiłem u Rafała Cisowskiego na Twardej. Teraz nie mogę się na nie natknąć, a robić je samemu... cóż, na to jestem zbyt leniwy...
     Dla wędkarzy rzecznych, dla łowiących na zalewach, a także tych, którzy duszę oddali tym nielicznym jeziorom, w których populacja sandacza dominuje wśród drapieżców, mętnooki rabuś jest głównym czerwcowym celem wypraw ze spinningiem. Z marzeniami o nim przezimowali i przetrwali wczesną wiosnę, to z myślą o nim kupili nowe, często nieznane przynęty, podpatrzyli w telewizorze interesujące techniki połowu... Idą więc w ruch nowe gumki - sięga się po oglądane w tele shopach przynęty banjo, próbuje po raz kolejny flying lures, zakłada na koniec wędki mątewki Waazpa. I albo się "zaszczepi" nową przynętą, albo powraca do sprawdzonych metod.

     Sandacz po tarle nie przebiera specjalnie w ofiarach. Jeśli spinningista wie, gdzie go szukać, spotyka się na ogół z wyjątkowymi okazami. Dwa są momenty w roku, kiedy o wielkoryba nietrudno - czerwiec właśnie i późna jesień. Który okres przyjemniejszy jest i bardziej przyjazny wędkarzowi - nawet zastanawiać się nie trzeba.
     I jest jedna pora doby bardziej sandaczowa niż inne. Noc. Tam, gdzie rzeka zwalnia nieco, uspokaja się, staje przyjazna dla drobnicy, można liczyć

na nocnego sandacza.

     Kolczasty olbrzym bowiem nie widzi najlepiej, w trakcie polowań korzysta z zasady z impulsów wysyłanych przez linię naboczną.
     Na spokojniejszych odcinkach rzek, w jej zatoczkach i cofkach gromadzą się nocą stada uklejek, jelce, płociowa młodzież, wychodzące ku powierzchni kiełbie, bardzo w nocy ruchliwe jazgarze. Stanowią sandaczowy raj. Także dlatego, że kolczasty olbrzym jako drugi ze zmysłów wykorzystuje podczas żerowania węch. Drobnica, przysypiając nawet, jest w ciągłym ruchu. Emituje przy tym drgania hydroakustyczne, wydala, a więc wydziela zapachy, na dodatek w świetle gwiazd czy księżyca można zauważyć skrzenie się boków, ruch płetw, ogona, tułowia.
     W opisanych warunkach ofiary sandaczowych watah są łatwe do wywęszenia, wyczucia, a w końcowej fazie ataku także do wypatrzenia na jaśniejszym tle nieba.
     Na temat spinningowania w nocy krążą wciąż przeróżne opinie. Nadal pokutuje opinia, że jest to metoda połowu przynosząca dobre efekty wyłącznie w dzień. Jednak ci, którzy w dobrych okolicznościach spróbowali łowić na spinning w nocy, szczególnie w pierwszych godzinach po zmroku, mogli stać się wielbicielami nocnego machania wędką.
     Nocne brodzenie wymusza na wędkarzu "pełną ergonomiczność". O ile w dzień można sobie pozwolić na lekceważenie wygody i bezpieczeństwa, to nocne łowienie może zamienić się w udrękę, jeśli nie będzie się miało komfortowego dostępu do każdego wędkarskiego akcesorium. Dobre okoliczności wypracowywać należy więc w dzień. Nawet nie w ten poprzedzający nocne łowienie, nawet nie w ten nad rzeką. Początek przygotowań do tego rodzaju spinningowania zaczyna się - jak większość nowych rzeczy - od wizyty w sklepie. Nawet niekoniecznie w wędkarskim.
     Znam, co prawda, wędkarzy, którzy mają kocie oczy i za żadne skarby nie zaświecą nad wodą latarką, ale ja do takich nie należę. Związać węzeł klinczowy może bym i umiał, w świetle gwiazd daje się też doprowadzić do ręki czy podbieraka rybę, a nawet ją podebrać, ale już uwolnienie jej z kotwic - tym bardziej wyplątanie grotów z siatki - bywa zadaniem karkołomnym.
     Noc zachęca zresztą do korzystania z kotwic bezzazdziorowych. I choć bardzo powoli przekonuję się do tego rozwiązania, to przecież grot tkwiący we własnym palcu - w nocy, na zalanej opasce, po pas w wodzie, kiedy ryby biorą - jest najlepszym nauczycielem wędkarskiej etyki.
     Dwa są typy latarek godnych polecenia. Najlepsza jest ta zakładana na wędkarski łeb. Sporo jest już w sprzedaży - niestety tylko w nielicznych sklepach - modeli latarek czołowych na opaskach, gumkach, rozmaitych uprzężach. I właściwie każda jest dobra, jeśli tylko posiada możliwość regulacji natężenia światła. Podczas nocnych połowów naprawdę niepotrzebny jest reflektor omiatający drugi brzeg Wisły. Najlepsze jest mocno stłumione źródło światła pozwalające na wymianę przynęty, wykonanie węzła, wyplątanie wabika z siatki podbieraka. Niestety, rzadko która latarka czołowa ma w komplecie potrzebne wędkarzowi filtry.
     Jeżeli już nie uda się kupić latarki noszonej na czole, to koniecznie zadbać trzeba o to, by wisiała ona gdzieś na piersi. Pomoże w tym kamizelka zaopatrzona w różnego rodzaju kółka, uchwyty, karabińczyki i zawieszki.
     W sklepach z demobilem można znaleźć obecnie lampki będące na wyposażeniu amerykańskich marines - na okrągłe baterie, tzw. łamane, w których reflektorek ustawiony jest prostopadle do korpusu. Niezłe są też staromodne latarki na baterie płaskie, pod warunkiem, że mają paseczek lub specjalny druciany kabłąk do zawieszania.
     Nie tylko źródło światła jest problemem -

komfort sięgania

po wyposażenie dotyczy wszystkich akcesoriów, a więc peana do uwalniania kotwic, noża, pudełek z przynętami, pudełeczek z agrafkami, a także pstrągowego podbieraka, który powinien wisieć na przywieszce na plecach kamizelki. Rzecz      jasna, musi mieć gumę w rękojeści, tak aby "połączenie z wędkarzem" było stałe.
Wszelkiego rodzaju breloczki, dopinki ze sznurkiem na sprężynie są w nocy niezwykle cenne. Wszyscy wiemy, jak łatwo różne rzeczy wypadają nam z rąk. Szczególnie podczas wędkarskich emocji. A w nocy ich odnalezienie bywa po prostu niemożliwe. Strata pudełka z woblerami wartymi niejednokrotnie majątek - co zdarzyło mi się dwukrotnie - potrafi na kilka tygodni odebrać radość łowienia.
     I jeszcze jedno. Nocny spinning w rzece to także brodzenie po dobrze rozpoznanych stanowiskach. Konieczne są więc spodniobuty - odradzam jednak toporne gumiaki, które przy wywrotce spowodować mogą nieszczęście. Najlepsze są śpiochy z cienkiego ortalionu, powleczonego od wewnętrznej strony warstwą tworzywa - nie dlatego nawet, że są bardzo wygodne, lecz przez to, że mają sznurkowy ściągach pozwalający zacisnąć spodniobuty na ciele, co zapobiega nabieraniu wody przy upadkach.
     Noc na rzece, w której są sandacze - jeśli tylko miejsce ich nocnych żerowań już się zlokalizuje - może spinningistę na kilka tygodni wyłączyć z innych form uprawiania tej metody. Jest to po prostu fantastyczne. I ze słowikami w przybrzeżnych chaszczach...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWszywki odzieżoweŻbikowskaSystemy CMS eZPublishOpenERPŁowiska