Nie lubię zawodów, tłumnych imprez, wyścigu. Zamiast rywalizacji, wolę samotnie tropić Rybę Życia. Jednak zdecydowałem się. Chciałem wziąć udział w tegorocznym "Pstrągu Roztocza", reprezentować Klub Wędkujących Internautów.
 
  NR 42      1 CZERWCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
Puchary za złowienie największego pstrąga zdobyli:
  • Mirosław Stańczyk z Frampola,
  • Jerzy Stachyra z Puław,
  • Kazimierz Zieliński z Zamościa
Puchary w kategorii punktowej zdobyli:
  • Ryszard Baczewski ze Szczebrzeszyna,
  • Mirosław Stańczyk z Frampola,
  • Jerzy Stachyra z Puław.
Redakcja "Wędkarskiego Świata" nagrodziła dodatkowo zwycięzcę roczną prenumeratą pisma. A oto lista największych pstrągów:
  • 51,5 cm, Mirosław Stańczyk, Frampol
  • 44,6 cm, Jerzy Stachyra, Puławy,
  • 41,8 cm, Kazimierz Zieliński, Zamość
  • 39 cm, Ryszard Baczewski, Szczebrzeszyn,
  • 38,3 cm, Andrzej Krzesiek, Zamość,
  • 37,6 cm, Cezary Litwińczuk, Werbkowice,
  • 37,1 cm, Andrzej Skwara, Leżajsk,
  • 36,5 cm, Andrzej Miernik, Ostrowiec,
  • 35,8 cm, Marek Gierczak, Ostrowiec,
  • 35,4 cm, Zbigniew Kmieć, Zamość,
  • 34,9 cm, Andrzej Kowalczyk (?)
  • 34,7 cm, Krzysztof Machulski, Gdańsk,
  • 34,1 cm, Jacek Kuryło, Hrubieszów,
  • 33,7 cm, Stanisław Mączka, Leżajsk,
  • 33,.4 cm, Robert Pakuła, Nowa Osada, Zamość,
  • 33,2 cm, Mirosław Besler, Gdańsk,
  • 30,8 cm, Janusz Całka, Zamość.


Do dnia dzisiejszego nie doszły do nas zdjęcia z tej imprezy. Decydujemy się jednak - w imię aktualności - na opublikowanie relacji w tej postaci.
W przyszłym numerze możecie się więc spodziewać fotoreportażu z zawodów.
PSTRĄG ROZTOCZA 2000
     Zgłosiłem się prawie w ostatniej chwili. Wyjeżdżamy z Lublina we czwórkę. Dzień zapowiada się jasny, słoneczny, upalny - pogoda zupełnie nie na pstrąga. Cud będzie, jeżeli ktoś dziś coś złowi - tak uważamy. Może na kilkudziesięciu zawodników komuś się trafi. Nie liczymy na sukces.

     W wędkarskiej stanicy w Józefowie zastajemy sporą grupę. Niektórzy przyjechali już wczoraj. Z trudem wciskamy samochód pomiędzy inne. Patrzę na rejestracje - przeważa zamojska - to wędkarze z Zamościa i Szczebrzeszyna. Jednak nie tylko, są i z Mazowsza, i z Gdańska, a Lubelszczyznę reprezentują Puławiacy i nasza czwórka. Jest nas wszystkich startujących 65 - spory tłum. Z KWI jestem jedyny, nie mam nawet plakietki, szkoda. Jestem więc przedstawicielem Lublina...

Zaczęło się.

     Uroczyście, ale bez zbędnej pompy, gospodarze powitali całą naszą pstrokatą gromadę. Oprócz członków ZO PZW w Zamościu przybyli także przedstawiciele regionalnych władz samorządowych. To już dziesiąty "Pstrąg Roztocza", mistrzostwa mają i swoje miejsce w ogólnopolskim kalendarzu, i odpowiednią rangę. Prasę wędkarską reprezentuje Dominik Paukszta z "Wędkarskiego Świata". Nie ma nikogo z "Wiadomości Wędkarskich" ani z "Wędkarza Polskiego". Przegapili imprezę. Tracą okazję do relacji, tracą okazję do łowienia. Dominikowi żal trochę tego łowienia, ale bez wędki będzie bardziej swobodny. Nastawia się na reportaż i dobre zdjęcia.
     Sędziowie odczytują regulamin zawodów - będą rozgrywane w dwóch kategoriach; na najdłuższego pstrąga i według punktacji wagowej. W obu przypadkach nagradzane będą trzy pierwsze miejsca. Złowienie kompletu przed czasem zaowocuje dodatkową premią. Pięknie wykonane puchary czekają. Ciekawe, złowi ktoś komplet? W taką żarówę?!
     Sędziowie informują, które odcinki wyłączone są z wędkowania - ograniczenia dotyczą rezerwatów. Poza nimi wolno łowić we wszystkich rzekach Roztocza, do wyboru. Czeka więc Wieprz, Tanew i jej dopływy. Jest też nieco zapomniana Biała Łada. Każdy jedzie gdzie chce, miejscowi oczywiście na swoje sprawdzone mety. A my? To jeszcze ustalimy... Pomrukiem zadowolenia przyjęto informację, że liczyć się będą tylko pstrągi potokowe. Nie będzie tym razem żadnych podejrzanych tęczaków. Sędziowie podają godzinę zamknięcia zawodów. Do piętnastej mamy siedem godzin łowienia. Wystarczy. Szkoda tylko, że te siedem godzin wypada w najgorszej porze dnia - cóż, taka specyfika zawodów.
     Start! Od tej pory czujemy się zawodnikami. Szybko

ustalamy strategię.

     Darujemy sobie Wieprz i Tanew - tam będzie tłum. Koledzy proponują dopływy Tanwi: Szum i Sopot, po dwóch na rzekę. Kto wie, dziś, przy tym słońcu może być to niezłe rozwiązanie. Chyba... że inni też na to wpadną. A to za małe rzeczki dla kilku... Trudno, najwyżej zaliczymy spacer i zrobię troszkę zdjęć. I tak nie liczę na sukces. Wyruszamy. Koledzy zostawiają nas na Szumie, przy moście w Sigle, sami jadą na Sopot. Spotkamy się o 14:30.
     Pech, pierwsze rozczarowanie - nie jesteśmy pierwsi, nie będziemy sami. Na mostku stoi już samochód Puławiaków. Umawiamy się - oni chcą w górę, my wobec tego pójdziemy w dół. Dobrze, niech tak będzie. Drugie rozczarowanie - woda jest niska, niziutka. W lesie susza, być może zatrzymali przepust w Górecku? Woda nawet nie ma swojego charakterystycznego herbacianego zabarwienia. Kryształek. W ostrym słońcu można liczyć ziarnka piasku na dnie. Niedobrze. To nie to...
     Sigła. Kiedyś często odwiedzałem to miejsce. Przed mostkiem Szum przebija się przez rozległe bagnisko. Niżej jest spiętrzony. Dalej tartak wodny i stawy. Tu, na młynówce, zawsze można było liczyć na pstrąga. Niestety, ten odcinek obecnie jest sporny. Właściciel tartaku i stawów wystarał się ponoć o status obrębu ochronnego i przepędza wędkarzy. Nie zamierzamy się kłócić, po co? Na cóż możemy liczyć zresztą w pobliżu chałup?! Okrążamy Sigłę, idziemy w dół rzeki. Omijamy kolejne stawy ogrodzone płotami aż do samej rzeki.
     Zostawiamy to wszystko, omijamy szerokim łukiem. Lasem, chaszczami

docieramy wreszcie.

     Rzeczywiście, dostęp do rzeki łatwy nie jest. Dziś, podczas suszy, daje się jakoś przejść przez podmokły ols, lecz przy wyższej wodzie byłoby trudno. Straszne te chaszcze, prawie nie sposób przedrzeć się przez nie po cichu. A rzeka nawet ciekawa: trochę zakrętów, ciemniejące jamki pod burtami, podmyte korzenie i mnóstwo zwalonych gałęzi. Na piasku dostrzegam świeży ślad buta. Wczorajszy? Dzisiejszy?
     Schodzimy w dół, próbując łowić "na mijankę". Dobrze, że wziąłem także te najmniejsze woblerki. Nic cięższego nie pasowałoby do tej wody. Są pierwsze wyjścia i pierwsze brania małych, kilkunastocentymetrowych pstrążków. Potem już nic, pusta woda. Nawet z tych najładniejszych, najciekawszych miejsc nic nie wyłazi. Zadowalam się zdjęciami.
     Docieramy do następnych chałup. Dalej Szum nie wygląda atrakcyjnie. Płynie prosto, równym korytem. Wodę piętrzą resztki betonowych jazów. To było kiedyś Bagno Mulacin, dziś pozostała tylko nazwa na mapie. Bagno... suche łąki z marną trawką i wyprostowana rzeka. Otwarty teren i upał nie zachęcają do dalszej wędrówki. Na horyzoncie widzimy granatową linię lasu. Tam jest Tanew i końcowy, ciekawszy odcinek Szumu. To jednak przeszło godzina marszu. Drugą godzinę zajmie powrót. Na łowienie pozostaną... najwyżej trzy kwadranse. Nie warto...
     Wracamy na szosę. Po Puławiakach ani śladu, odjechali. Mamy jeszcze te dwie godziny, decydujemy się więc

spenetrować leśny odcinek,

ten wyżej mostu. Duktem docieramy do polany, na której kiedyś tradycyjnie biwakowali studenci. Polana pusta, zryta traktorami. Wycinka drzew, obok leżą ścięte pnie, w rzece sporo gałęzi. Próbujemy pod nimi - nic.
     Schodzimy w dół, przedzieramy się przez ols, łamiemy suche badyle i chrusty. Hałasujemy niczym łosie i jak te łosie człapiemy po błocku. Nad samą rzeką idzie się łatwiej. Zawsze tak jest, tuż przy brzegu grunt bywa twardszy i daje pewne oparcie stopom. Można poruszać się względnie cicho. W trawie świeże ślady. Puławiacy?
     Rzeka przybliża się do lasu, do stromej skarpy porośnietej leszczyną. Mijamy kilka zakrętów. Aż wierzyć się nie chce, jak tu głęboko. Na oko do pasa - dwumetrowy kij ledwo sięga dna. A wokół las! Pachnie ściółka, aż w nosie wierci, śpiewają ptaki. W słońcu lśnią kolorowe motyle. Samo piękno, czysta przyjemność! Turkusowe niebo przysłaniają chmurki. Chwilami przygaszają słońce. Kto wie, może coś się ruszy? Niewiele już nam czasu zostało... Branie! Capnęło malutkiego, szmaragdowego woblerka. Wyjmuję mini-pstrążka. Cienki, z dużym pyszczkiem. Żółty brzuszek, i mnóstwo kolorowych kropek; czerń, czerwień i błękit. Klejnocik. Więc rzeczywiście coś się ruszyło. Może trafi się łowny? Szkoda, że czas nam się kończy.
     Wychodzimy z olsu. Przed nami otwarta przestrzeń bagniska porośnięta zmierzwioną trawą. W trawie srebrzy się oświetlona słońcem wełnianka. Bagienny kożuch, dywan przykrywający rdzawe błoto. Kołysze się ten dywan, chwieje, ugina pod nogami. Dalej widać już szosę i most na szosie. Czy uda nam się dotrzeć idąc brzegiem? Raczej wątpliwe.
     Idzie się coraz trudniej, bagno faluje i woda sięga kostek, właściwie tylko przy samej rzece są jeszcze twardsze miejsca. A rzeka fajna! Węższa, wcięta w torfowe podłoże, głęboka. Ciemne jamy kuszą, obiecują. Kto wie, może trafi nam się coś w samej końcówce? W tym miejscu można liczyć nawet na czterdziestaka. To byłby "rzut na taśmę". Wysoka, bagienna trawa nie wygląda na podeptaną. Nikt tędy dziś jeszcze nie szedł. Więc?

Wraca nadzieja,

wraca łowcze napięcie, znowu czujemy się myśliwymi. Znowu czujemy się zawodnikami. Nagle odeszło zmęczenie i ten niedawny luz. Czujemy pstrąga! Jeżeli gdzieś dzisiaj weźmie, to tu! Łowimy starannie, przykładamy się. Wypuszczam woblerka, wpuszczam go pod nawisy traw. Leszek opukuje rynienki jigiem. Mijamy się na kolejnym zakręcie. Zostawiam Leszkowi kawałek, ścinam ten zakręt. Mam przed oczami następny z ciemną, brązową wodą. Tam...
     Trach, przerwała się spleja! Zapadam się w rzadkim błocku po kolana, grzęznę dalej. Szybko podpieram się rękami, odciążam nogi. Podaję Leszkowi wędkę i aparat fotograficzny. Nie jest groźnie, ale mało przyjemnie. Rzadka maź nie daje oparcia, rwie się kożuch splątanych korzeni trawy. Nie ma obok ani drzew, ani krzaczków, nie mogę więc liczyć na żadne gałęzie. Mam w razie czego linę, mam pałatkę w plecaku. Mam też podbierak na długim trzonku. Klękam na nim. Wciska się w błoto, pogrąża, ale dzięki niemu mogę wyswobodzić nogi. Dobrze, że nie noszę gumowców. Nie wydostałbym ich z tej mazi. Stopniowo, krok po kroku wycofuję się z grzęzawiska. Uff...
     Nie pójdziemy dalej, darujemy sobie ten odcinek, tym bardziej, że i czas się kończy. Cofamy się wzdłuż rzeki aż do lasu, tam, wykorzystując zwalone z drzew gałęzie pokonujemy błocko i wyłazimy na suchy teren. Koniec łowów, czas wracać.
     Przed szosą demontujemy spinningi, pakujemy się. Nie ma jeszcze naszych kolegów - dobrze, nie muszą na nas czekać. Spotykamy Tomka z Gdańska. To on szedł przed nami. Miał pstrągi, żaden jednak nie kwalifikował się do zabrania. Nadjeżdżają nasi, także bez pstrągów. Sopot nie okazał się hojny, same krótkie. Ciekawe,

jak poszło innym?

     Jak było na Wieprzu, na Tanwi? Może ktoś łowił na Białej Ładzie? Wracamy do Józefowa.
     W stanicy ruch. Prawie wszyscy wrócili. Są pstrągi, sporo pstrągów! Dwaj wędkarze złowili nawet komplety. Aż wierzyć się nie chce - przy takim słońcu?! Wieprz jednak nie zawiódł. Pod stolikiem sędziowskim, w woreczkach, leżą dzisiejsze trofea. Jest kilka czterdziestaków i jeden półmetrowiec. Wszyscy czekają na ogłoszenie wyników. Gospodarze częstują bigosem, kiełbasą, piwem. Gwar i radosne oczekiwanie. Wymieniamy uwagi, dzielimy się wrażeniami, nawiązujemy znajomości. Miła koleżeńska atmosfera.
     Gwar cichnie, ogłaszają wyniki. Do stolika kolejno podchodzą szczęśliwcy. Odbierają puchary. Najdłuższego pstrąga złowił Mirosław Stańczyk z Frampola. Komplet przed czasem Ryszard Baczewski ze Szczebrzeszyna, on też zwycięża w kategorii wagowej. Prym wiodą miejscowi, nic dziwnego najlepiej znają swoją wodę. 22 pstrągi - dobry wynik! Jestem mile zaskoczony. A jednak! Tyle pstrągów, mimo tej lampy. Może szkoda, że nie łowiliśmy na Wieprzu... Jeden po drugim odjeżdżają samochody, plac pustoszeje. Gospodarze pakują stoliki. Koniec imprezy. Do zobaczenia za rok... Za rok? Przecież sezon pstrągowy w pełni! Roztocze czeka.

Andrzej Trembaczowski

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusŚwiat DrukuWszywkiWędkarstwo muchoweOpen source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooFundusze ETF: ETF.COM.PL