Buble potrafią zepsuć najpiękniejsze nawet połowy. Pękające blanki, tnące żyłkÍ przelotki... A nieskuteczne wabiki? Nieodporne na wodę antenki spławików? Znamy to wszyscy. I wszycy chcielibyśmy tego uniknąć...
 
  NR 42      1 CZERWCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
Ilustracje ze strony Wengera
STUPROCENTOWY SZWAJCAR
     Dzisiejszy wędkarz nie jest już człowiekiem, któremu do szczęścia wystarczy kij, kołowrotek i przynęty. Kończą się nad naszymi wodami powszechne jeszcze nie tak dawno scenki rodzajowe z facetami w kufajkach i najgorszych ciuchach w roli głównej... Wędkarstwo nabiera klasy, cenimy coraz bardziej wygodę, zabiegamy o komfort łowienia, o przyjemność korzystania z produktów wysokiej jakości.

     High quality and fidelity dotyczy już nie tylko wędzisk, kołowrotków, haczyków. Wymagamy najwyższej jakości i dokładności od producentów naszych ubrań, obuwia, osprzętu towarzyszącego nam w wędkarskich wyprawach. Liczy się użyteczność i niezawodność wszystkiego - termosu, latarki, noża, klipsu, na którym przypina się drobiazgi, wagi, miarki czy nawet "cincinka" do przecinania żyłki...
     I dobrze. Bo przecież ci, którzy pozostali wierni zgrzebności, nie dlatego przychodzą nad wodę w najgorszym ubraniu, że nie stać ich na kamizelkę - lecz przez wszechwładny obyczaj. Od dziesiątków lat na ryby chodziło się w najgorszej odzieży, byle jakich gumowcach, w czapce wytłuszczonej, jak gdyby ktoś posmarował ją smalcem.
     W najlepszym wypadku zdobywało się w miejscu pracy czy kupowało na bazarze robocze drelichy, waciak zwany kufajką i czarne gumiaki z ohydnie podwiniętym nosem.
     Nie to jednak stanowiło o istocie wyglądu polskich wędkarzy, można przecież przyjąć, że obowiązywał właśnie styl zgrzebny. Istotą był stosunek do wędkarskiego stroju. Było to coś, czego za żadne skarby nie trzymało się w szafie - odzież ta na ogół leżała zwinięta w kłębek gdzieś w piwnicy czy w szafce na buty. Nie dlatego bynajmniej, że była stara, pocerowana, miała niezgrabny krój, lecz przez to, że w wędkarskim standardzie mieścił się bród, smród i zaschnięte błoto.

PANTERKA W GARNITURACH

     Nie jest łatwo uniknąć zapaskudzenia ubrania na łowisku. Szczególnie trudne może się to okazać wiosną. Tak to już jest, że błotniste, gliniaste stanowiska wydają się nam lepsze od suchych i wygodnych. I często tak jest naprawdę. Więc portki i kapotka po kilku godzinach wędkowania stają się zabłocone do imentu.
     Nawet na suchych stanowiskach - dotyczy to głównie gliździarzy - nie do opanowania bywa odruch wycierania o portki rąk po założeniu robaka czy włożeniu ryby do sadza.
     Skutek wiadomy: wędkarski strój po jednej wyprawie staje się tak brudny, że nie ma mowy o włożeniu go do szafy. Wędruje więc na jakąś kupę brudów i staje się standardem obowiązującym nad wodą. Przy najbliższej okazji ląduje bez czyszczenia na wędkarskim grzbiecie.
     Jest to rzecz trudna do pomyślenia na łowiskach zachodnich. Tam obowiązuje jasny styl, który można zawrzeć w trzech słowach: czystość, wygoda, funkcjonalność. Wędkarstwo wymaga oprawy, pewnej obrzędowości, odrębności. Daje się porównać do narciarskiego szpanu, żeglarskiej fantazji, łowieckiego zadęcia. Strój jest wyróżnikiem, symbolem, znakiem kastowym. Inna sprawa, że nikogo nie dziwi facet w wędkarskiej kamizelce, w myśliwskim kapelusiku i z patronażem, czyli skórzanym pasem na naboje, przewieszonym ukosem przez pierś bądź zapiętym na wysokości pasa, albo osobnik w żeglarskiej piance, wsiadający do autobusu czy pociągu. U nas wciąż jeszcze na wędkarza w wygodnym kombinezonie, w kamizelce z dziesiątkiem kieszeni, z dyndającymi na karabińczykach peanami, nożyczkami, agrafkami, wagą sprężynową patrzy się jak - delikatnie mówiąc - na nieszkodliwego psychola.
     Nic tak dobrze nie robi wędkarskiemu ubraniu i akcesoriom, jak ich cena. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wycierał zaśluzowanych łap o kamizelkę wartą ponad pięćset złotych, nikt nie bądzie obierał ziemniaków nożem kupionym za ciężką forsę, a nierzadko jeszcze sprowadzanym na indywidualne zamówienie... A potem wystarczy na rybach zachowywać się w ten sposób, by móc po powrocie do domu powiesić kamizelkę i panterkowe portki między odświętne ubrania, nóż półoży- na honorowym miejscu. Dużo nie trzeba - wystarczy maleńki ręczniczek w kącie wędkarskiej torby.
     Przyznajemy, że im dalej w lata, tym większą uwagę przywiązujemy do luksusów, a niekiedy nawet popadamy w lekki snobizm. To wina tego, że wreszcie na naszym rynku można kupić markowe wyroby. Na dobrą sprawę nie ma już rzeczy, której nie dałoby się kupić, sprowadzić i dołączyć do wędkarskiego wyposażenia. Ubraniami zajmowaliśmy się już w tygodniku nie raz, nie tak dawno omówiliśmy drobne, acz usprawniające nasze życie akcesoria. Pora na coś równie niezbędnego, ale już nie tak małego - na nóż.

SCYZORYK W SUTANNIE

     Fabryka Wengera ma ponad 100 lat, co w historii szwajcarskiej stali nie jest zbyt długim okresem. Tradycje kowalskie i hutnicze nacji, która wydała Wilhelma Tella, sięgają średniowiecza, zaś opinia o najlepszym żelazie Europy pochodzi z XVI w. Jak to zazwyczaj bywa, wszystko zaczęło się od militariów - właśnie w tym alpejskim kraju produkowano najznakomitsze głownie mieczy i sztyletów. To tutaj rzemieślnicy najpierwej doszli do technologii uszlachetniania żelaza a później stali. Trudno się więc dziwić, że obróbka tego najważniejszego dla człowieka metalu sięgnęła szczytów, zaś precyzja rzemieślników pozwoliła kojarzyć dokładność ze Szwajcarią i jej zegarkami.
     Cóż, nie tylko chronometry wykonywane były w tym kraju z niezwykłą precyzją. Także narzędzia - od tych najpowszechniejszych i grubiańskich, przez specjalistyczne, aż po chirurgiczne - stały się słynne na cały świat już w wieku XVIII. Równie dobrą opinię miały noże kuchenne i zastawa stołowa... W wieku XIX coraz większą popularnością zaczęły się cieszyć noże kieszonkowe, składane.
     Pierwszy scyzoryk ze nierdzewnej stali najwyższej jakości przypisuje się Theo Wengerowi, synowi pastora z Eriswil w kantonie berneńskim. Sprzeciwił się on woli ojca i zamiast poświęcić się stanowi duchownemu, wykształcił się na przemysłowca. W wieku 25 lat został dyrektorem nowopowstałej fabryki w Delemont w szwajcarskiej Jurze. Przedsiębiorstwo to - jak twierdzą kroniki - zmieniło zapyziałe miasteczko w ważny ośrodek przemysłowy.
     Firma specjalizowała się w produkcji noży kuchennych, zastawy stołowej oraz scyzoryków. W 1902 roku po raz pierwszy zaczęła na przemysłową skalę wytwarzać kieszonkowe noże wielofunkcyjne ze stali nierdzewnej. Rzecz była na tyle nowatorska, że niemal natychmiast zainteresowała się nią armia szwajcarska i od dziesięcioleci scyzoryki Wengera są oficjalnymi nożami wojskowymi i oficerskimi.

KOSMOS DLA KAŻDEGO

     Od dziesięcioleci firma wie doskonale, czym jest marketing i promocja, co przy reżimie technologicznym i wymagającej kontroli jakości zaowocowało kilkoma kontraktami, które są wyrazem dobrej roboty firmowych fachowców od public relation. Jest otóż Wenger oficjalnym - na prawach wyłączności - dostawcą noży kieszonkowych dla programów lotów kosmicznych NASA oraz Światowego Ruchu Skautów. Można więc powiedzieć, że nożem Wengera dokręca się śrubkę na promie kosmicznym i otwiera puszki na skautowym obozie...
     Za pomocą szwajcarskich scyzoryków można zrobić niemal wszystko, o czym przekonują chociażby filmy sensacyjne i szpiegowskie, gdzie każdy szanujący się detektyw, agent wywiadu czy nawet włamywacz ma w kieszeni prawdziwego "Szwajcara" i wyjmuje go w krytycznych momentach...
     Niewiele jest przesady w promocyjnych kampaniach Wengera. Firma produkuje wiele modeli scyzoryków, zaś największym powodzeniem cieszą się wielofunkcyjne noże specjalistyczne. Multiscyzoryk Wengera może spełniać kilkadziesiąt funkcji... Trzeba tu zaznaczyć, że niektóre ostrza spełniają ich kilka, tak więc 15. ostrzowy nóż może być niemal skrzynką narzędziową. Można policzyć: duże ostrze, pilnik do metalu, piła do metalu, skrobak do ryb, wypychacz do haczyków, prowadnica żyłki, śrubokręt płaski z blokadą, otwieracz do puszek, otwieracz do kapsli, śrubokręt Phillips płaski i krzyżakowy (z blokadą i bez), korkociąg, przebijak, szydło, lupka, kolejny śrubokręt, małe ostrze, pilnik do paznokci, wykałaczka, pęseta, szczypce uniwersalne, zacisk do złączy elektrycznych, zewnętrzne i wewnętrzne ostrze do cięcia drutu, kompas, miarka, skrobak do ślizgów nart, narzędzie do zdejmowania izolacji i zginania drutu, uniwersalny klucz do śrub, piła do drewna, ostrze do skórowania, osełka do haczyków wędkarskich, okulizak, sierpak, przyrząd do ustawiania piłeczki golfowej, klucz do wkręcania kolców w podeszwy, przyrząd do czyszczenia główki kija golfowego, wskaźnik teleskopowy... Jeśli dodać do tego klucze rowerowe, latarki, a nawet malusieńki wskaźnik laserowy dla biznesmenów, to można przyjąć, że daje się z tego zmontować nóż dla każdego - od żołnierza, dyplomaty, cyklisty, samochodziarza po turystę górskiego, golfistę, futbolistę i adepta szkoły przetrwania.

OD PRZYBYTKU GŁOWA...

     Wędkarzy może interesować kilka serii proponowanych przez Wengera. Oczywiście te z serii "Sport" zwane "Fisherman". Najbardziej rozbudowany z nich może mieć kilkanaście ostrzy i służyć spinningiście - koledze od spławika zresztą także - do wszystkiego: od ostrzenia kotwic, przecinania żyłki, skrobania ryb, przez rozkręcanie kołowrotka, gięcie pękniętej sprężyny, aż po otwieranie tuszonki i schłodzonego na dużej głębokości piwa.
     Jednakże specjaliści z Wengera nie pomyśleli o wszystkim. Dla spinningisty najlepszy chyba jednak będzie nóż z serii "Ranger", który jest nieco większy, poręczniejszy, a na dodatek posiada szczypce, którymi można znakomicie podginać najtwardsze nawet uszka woblerów. Szczypczyki te - w przeciwieństwie do nagminnie używanych chirurgicznych peanów - nie mają tendencji do "wywracania się na drugą stronę" podczas tej operacji...
     Tak prawdę mówiąc, to we wzorcowni Wengera można byłoby chyba postradać rozum. Nowoczesny wędkarz - jak powszechnie wiadomo - jest człowiekiem renesansu, wszechstronnym i korzystającym ze zdobyczy cywilizacji. Na ryby jeździ rowerem - przydałby się scyzoryk "Sport-Cyclist"; albo samochodem - "Motorist"; lub też płynie łodzią - "North Cap" czy "Navigator"... Oszaleć można, tym bardziej, że przy pomocy tego maleńkiego przedmiotu można rower, auto czy łajbę rozkręcić na kawałki i złożyć na powrót, zaś w ofercie Wengera znaleźć można klipsy, pokrowce, rozmaite etui, na przykład z wodoodpornymi latarkami. I wszystko jest mocne, ostre i stuprocentowo szwajcarskie.
     Warto jednak dobrze zapamiętać logo firmy - na rynku pojawiło się sporo wyrobów ze szwajcarskim lub podobnym do szwajcarskiego krzyżem. Niektóre z nich są pospolitym chłamem. Może szkoda, że Wenger zrezygnował z pierwotnego emblematu, na którym znajdowała się kusza, także symbol Szwajcarii...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych