       |
PAWI OGON
Pawim ogonem nazywana jest przez pełnomorskich
repów wielobarwna przywieszka, zawieszona powyżej pilkera na bocznym
troku. To dość skomplikowana konstrukcja z piór, włosia oraz metalicznie
błękitnej lamety, zawiązana na lekkiej główce jigowej. Regulamin połowów
w morzu pozwala na cztery troki boczne. W praktyce nie stosuje się
ich podczas łowienia dorszy, bowiem potrafą się niemiłosiernie plątać
i obrzydzić frajdę pilkerowania. A obrzydzenie na sfalowanym morzu
jest rzeczą niepożądaną. Też prowadzi do pawich ogonów. Innej jednak
natury - żołądkowej...
Dojeżdżamy do Łeby o nieprzyzwoicie
wczesnej porze. "Kubuś", pasażerski katamaran znany chyba wszystkim
"dorszakom" z Polski, bieli się przy nabrzeżu starego portu rybackiego.
Port już nie ten, co przed kilkunastu
laty. Zniknęły gdzieś żółte kutry - pomeranki, maluchy w sam raz dostosowane
do długości bałtyckiej fali. - Choćby bałwany sięgały chmur - zapewniali
niegdysiejsi szkutnicy - to bocik nie da się zesztormować i zawsze
pozostanie na wierzchu. Coś w tym przekonaniu musiało być, skoro na
dno szły raczej jednostki o nietypowej budowie - zbyt krótkie lub
zbyt długie w stosunku do doświadczeń starych kaszubskich cieśli-okrętników.
W ogóle łebski port przestał już wyglądać
jak rybacka przystań. Kutrów stoi przy nabrzeżu niewiele, okolice
kei nie śmierdzą już rybą, najbliższe rejony nie dymią wędzarniami.
Pozbawione godowych czapek śmieszki żebrzą u przechodniów o kęs chleba
czy o chipsa, nie zaś - jak dawniej - trzymają się rybackich jednostek.
Pogoda dobra. Wiatr wieje niezbyt silnie
i to z południowego-zachodu, a więc jest ciepły i nie rozbuchujący
morza. Dziwimy się tej pustce przy nabrzeżu i wyobrażamy sobie, że
wszystkie kutry spotkamy na morzu. Będziemy do nich machać z pokładu
"Kubusia" - obiecujemy sobie solennie.
Okaże się jednak, że machniemy może
ze trzy razy. Spotkamy raptem kilka jednostek łowczych - na ogół nowoczesnych,
żelaznych burtowców i kilka rufowców. Te pierwsze wydają sieci z burty,
te drugie, większe, nowocześniejsze i bardziej operatywne, ciągną
włoki wypuszczone z wind kotwicznych na rufie.
Dowiemy się później od członków załogi
katamarana, że rybactwo przeżywa ogromny kryzys. Łebianom bardziej
opłaca się opatentować określenie "Łeba - letnią stolicą Polski",
niźli urabiać ręce po łokcie na pokładach rybackich kutrów. Dlatego
nawet latem w smażalniach ustawionych wzdłuż promenady nadmorskiej
prędzej zje się morszczuka, sandacza, halibuta a nawet sielawę, niż
swojskiego dorsza, śledzia, węgornicę. Honor Bałtyku ratują jedynie
maleńkie fląderki, których sporo można jeszcze spotkać w pobliżu polskich
wybrzeży. Ale już na przykład ogromny skarp, turbotem zwany, zabierany
jest najczęściej przez rybaków do domu i ze smakiem zjadany przez
ich najbliższych.
GDZIE TE WOPY?
Mustrujemy się na pokład witani przez szypra Cisowskiego.
Formalności polegają na samodzielnym wpisaniu "na wiarę" swych nazwisk
i numerów dowodów osobistych. Paszportów nam nie potrzeba, gdyż będziemy
trzymać się polskich wód terytorialnych. Rozkładamy nasz bagaż, ubieramy
się ciepło i nieprzemakalnie, rozkładamy wędziska. Trwa giełda pilkerów
- kilkunastu chłopa wzajem pęka z zazdrości. Bo w pudełkach cuda i
cudeńka, barwy, ozdobniki chwosty, piórka i "gumiaczki".
Zawiść budzi każdy nie posiadany w zbiorach
własnych model, do pasji doprowadzają prawdziwe morskie agrafki, do
których przyszaklować dałoby się niewielką kotwicę łodzi straży przybrzeżnej.
Posiadacze autentycznych wędzisk morskich o ciężarze wyrzutowym przekraczającym
200 g oraz mocnych kołowrotów nawijających na szpulę 350 m "pięćdziesiątki"
są szczególnie traktowani...
Szczerzymy do nich zęby, uśmiechamy
się fałszywie, tiurlutamy o naszym szacunku i podziwie, zaś w duchu
życzymy im "anidorsza". Ale bierzemy ich kije do ręki, przymierzamy
się i... nie lubimy ich chwilowo jeszcze bardziej.
Kadłub zaczyna drżeć. Cumy spadają na
pokład. Odbijamy. Ktoś ciekawski włazi do sterówki. Przynosi wiadomość,
że można u szypra kupić interesujące pilkery, mocne żyłki, a nawet
tanie, szklane lub kompozytowe, ale wytrzymałe jak diabli wędziska
oraz wielkie kołowroty. Gruby sprzęt jest zlekceważony, ale po pilkery
rzuca się kilku kolegów. Oj, dadzą dorszom popalić.
Wypływamy poza falochron. Ci, którzy
odbywali wyprawy dorszowe za poprzedniego systemu, ze zdziwieniem
przyglądają sią wymarłej placówce straży granicznej. Ktoś niby wygląda
przez okno, ale nie wychodzi przed domek.
Przyglądamy się też wysokim, metalowym
wieżom obserwacyjnym, z których przed laty zawsze wystawał jakiś pogranicznik,
pilnie błyskając na północ szkłami potężnej lornety.
Załoga pomaga nowicjuszom. Marynarze
pokazują, w jaki sposób mocować pilkery. Trwa swoista giełda, podpytywania,
podpuchy. Dzieją się pierwsze tragedie - idziemy w poprzek fali, katamaran
jest stabilny na boki, ale przechyły wzdłużne na dziobie i rufie wyrywają
pokład spod nóg, by po kilku sekundach wbić stopy w nitowaną blachę.
Za burtę leci kilka pawich ogonów. Ten i ów staje się zielony niczym
bohater czeskich baśni - wodnik Szuwarek. Ktoś inny staje się błękitny
jak smerf, jeszcze inny blady jak własny trup.
Generalnie jednak trzymamy się nieźle
- zapewnia jeden z matrosów. Zdarzają się grupy, które składają w
ofierze Neptunowi nawet zawartość własnych pęcherzyków żółciowych
i zamiast łowić ryby jęczą o zmiłowanie przez calutki rejs.
A nasi - nawet ci źle znoszący pobyt na morzu - szykują się do łowów na całego.
- Dziewiętnaście i pół metra!
- Ta płynąca z głośnika informacja rzuca nas na burty. - Echosonda
pisze ryby - zapewnia szyper. Stajemy w dryf. Przychyły się zwiększają.
Równo z pilkerami do Bałtyku lecą kolejne pawie ogony. Ale chorujący
koledzy pod kilku chwilach też wysyłają w morze swe przynęty. Metody
są różne - jedni spuszczają pilkery pod burty, inni wyrzucają je na
możliwie największą odległość. Jest nawet ambitny spinningista, który
posyła w dal standardową błystkę wahadłową - dużego, gnomopodobnego
Effzeta.
Pada pierwszy dorsz. Z dumy zieleń twarzy
jego pogromcy zmienia się w radosną purpurę. Członek załogi podbiera
rybę hakiem. Wątłusz nie jest specjalnie wielki, ale na jednej patelni
i tak nie da się usmażyć. Dostaje w łeb i idzie do wora. Jutro trafi
na patelnię i do historii kulinariów żony bohatera.
Dorsz złowiony osobiście nie jest w
najmniejszej mierze porównywalny w smaku do dorsza kupionego w sklepie.
Powód jest prosty - droga ryby do sklepu jest długa, kręta i pełna
pośredników, zamrażarek, skrzyń z lodem i wytrzęsionek w rozlicznych
samochodach. Droga dorsza schwytanego samodzielnie jest natomiast
najkrótsza z możliwych. Ryba trafia na talerz po prostu autentycznie
świeża i nie poobijana. Różnica porównywalna do jabłka rwanego z drzewa
i tego kupionego na marnej jakości bazarku.
DALEKOMORSCY GÓRĄ
Padają kolejne ryby. I choć letni dorsz nie jest
ani waleczny, ani silny, ani zdeterminowany, i tak mamy wrażenie,
że na hakach wisi ryba życia. A przecież wąsal letni, nawet największy,
stosunkowo łatwo daje się oderwać od dna, a oderwany idzie w górę
niczym kalosz czy małe wiaderko - praktycznie bez walki.
Co innego zimowy...! Wątłusz ten jest
rybą mocarną. Kilogramowy muruje do dna niczym mała łódź podwodna,
zaś oderwany odeń walczy zawzięcie i nieźle daje popalić wędkarzowi.
Siłuje się do samej powierzchni, miewa długie odjazdy, nurkowania.
Nie zawsze też daje się za pierwszym razem podhaczyć osęką. Duży natomiast
- a przecież nadal w Bałtyku żyją dwucyfrówki - bywa nie do wyrwania
ze swej przydennej ostoi. Pękają najtęższe kije, palą się hamulce
kołowrotków, trzaskają trzydziestofuntowe plecionki i rozginają wzmacniane
Mustady i Gamakatsu. Wąsal sześciokilowy zajmuje doświadczonemu wędkarzowi
nawet kilkanaście minut, "ósemak" unieruchomi kuter nawet na pół godziny...
Ech... Na taką frajdę przyjdzie czas
dopiero za pół roku. Teraz trzeba zadowolić się letnim.
- Kije w górę! - Pada z megafonu.
Zmieniamy łowisko. Szyper szuka kolejnej górki. Nie będzie miał z
tym najmniejszego problemu. "Kubuś" wyposażony jest w najnowocześniejsze
namierniki korzystające z satelitów. Położenie geograficzne daje się
określić do kilku metrów. O sekstansach, locjach zapisywanych w pożółkłych
brulionach zapomniano już na dobre. Choć przecież Cisowski to drugie
pokolenie rybaków i docenia wiedzę ojca, który na pamięć trafiał na
najlepsze łowiska.
Starzy rybacy na pamięć znają szlaki
przemieszczania się ryb. Ich doświadczenie uwzględnia wszystko - i
pory roku, i stan morza, i kierunek wiatru, i zmienne prądy rwące
pod sfalowaną powierzchnią. Do sędziwych szyprów i szturmanów chodzą
po prośbie najlepiej wyposażeni zwolennicy nowoczesności. Furda z
echosondą, czort z satelitarnymi namiernikami w porównaniu do wiedzy
pokoleń.
Dostanie posiadacz najwyższej klasy
elektroniki pokładowej namiar od starego rybaka i pędzi na Dzeusowe
Ploso, bowiem starych nie słuchać, to grzech, pycha i głupota.
- Dwadzieścia dwa metry! - Głosi
megafon. Kolejny dryf. Kolejne ryby. Wielkościowych sensacji nie ma,
największy dorszak ma może trójkę, ale ryb pada sporo. Biedna załoga
gania z burty na burtę i podhacza złowione ryby.
Lepsze efekty mają "dalekomorscy", to
znaczy ci, którzy na dużą odległość podają pilkery. Dwustugramowy
kawał żelastwa podróżuje wówczas skokami, niczym sandaczowy jig. Penetruje
większą połać wody i zdaje się bardziej wkurzać przyklejone do kamienistego
dna wątłusze.
Pobić praktycznie nie odczuwa się. Zbyt
daleko w morzu żyłka, zbyt głęboko. Ale natychmiast czuje się potworny
opór, ogromną siłę skierowaną do dna. Wędzisko, choćby przypominało
konstrukcją tyczkę Siergieja Bubki, kłania się morskim bałwanom. Zaczyna
się pompowanie. Byle nie na kołowrotku. Tego nie wytrzyma nawet konstrukcja
morskiego multiplikatora. A więc podciągnięcie na kiju, opuszczenie
szczytówki przy jednoczesnym wybraniu luzu i kolejna pompka. I tak
do skutku - aż galaretowate cielsko dorsza znajdzie się w zasięgu
gafa.
Nie można powiedzieć, że wędkarze podburtowi,
ci, którzy spuszczają przynętę pod kuter, nie mają żadnych wyników.
Katamaran postawiony w dryf przemieszcza się dość szybko nad górką
dorszową, więc i oni penetrują spory obszar łowiska. Co pewien czas
i ich wędziska kłaniają się Bałtykowi.
Jest nieźle - nawet wahadłowiec kosi
ryby.
GOŚCIE I WYPADKI
Mamy pasażera na gapę. To jakiś malutkie ptaszę
z żółtą czapeczką na łebku, które chyba przespało wypłynięcie "Kubusia".
Trzyma się pokładu. nawet przestraszone odfruwa tylko na krótką chwilę
i natychmiast powraca na statek. Tak bardzo zależy mu na kiwającym
się kawałku stałego gruntu, że łazi po naszych butach, przysiada na
ramieniu czy czapce, a nawet daje się zamknąć w dłoni jednego z kolegów.
W końcu wybiera sobie zaciszne miejsce w załamaniu dachu sterówki,
tuż za tratwą ratunkową, i nie wyłazi stamtąd do końca rejsu.
Tu i ówdzie dzieją się maleńkie wypadki.
A to zaczepią się o siebie żyłki, to pęknie zbyt brutalnie potraktowany
kij, czy zerwie się dwieście metrów osłabionej linki. Z rzadka rwie
się na którymś z nielicznych zaczepów gruba żyła. Nic groźnego, normalka
podczas wspólnego wędkowania.
Ofiarą najpoważniejszego wypadku padam
oczywiście ja. Jakżeby inaczej... Stoję na przodzie statku, opieram
się o reling między kadłubami. W pewnym momencie spada mi na ciemię
sterówka razem z załogą, radarem, tratwą ratunkową. To znaczy tak
mi się wydaje, zanim nie ogarnie mnie ciemność, nie gibnę się ku morzu,
nie odgibnę w tył i nie klapnę tyłkiem na pokład.
Prawda jest dużo bardziej prozaiczna.
Otóż jednemu z moich przyjaciół omsknął się palec na żyłce i stupięćdziesięciogramowy
pilker miast lecieć w dal i dal, zlobował z dziesięć metrów nad pokładem
i spadł na moją biedną głowiznę. Bogu dzięki, że nie na sztorc, bo
zakończony był ostro i zapewne pośmiertnie przypominałbym jednorożca
z różkiem fluo-orange wystającym z ciemienia. Walnął mnie w poprzek
- na szczęście - i tylko na sekundę odebrał mi zmysły.
Ale i tak rejs przestał mi się podobać.
Bałem się każdego świstu kija, rozglądałem na boki jak kolporter ulotek
w ChRL. A pawi ogon wyrzuciłem na drugi dzień do toalety w szpitalnej
izbie przyjęć - tuż przedtem zanim lekarz stwierdził lekkie wstrząśnienie
mózgu.
Prawdziwa jest bowiem stara rybacka
zasada - zanim pomyślisz o rybach, pomyśl o współkolegach na łodzi.
Jacek Jóźwiak
|
|
|