Nie tylko fotografia jest pamiątką z wędkarskiej wyprawy. Pamięć, rzecz ulotna, ale papier lub publikacja elektroniczna uwieczni wszystko na lata. A i pozwoli się podzielić myślami... A więc wyjmujcie pióra z Waszych podbieraków. I do dzieła!
 
  NR 43      15 CZERWCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
OGROMNIE DZIWNY PRZYPADEK
     Kończył się upalny, żeglarski sierpień. Mazury powoli pustoszały. Jeszcze kilka jezior, jeszcze kilka halsów, potem wrota Guzianki i cisza Nidzkiego obwieści nam nieodwołalny koniec wakacyjnej przygody. Snujemy się leniwie, oczekując na pożegnalny, jak zwykle trochę kiczowaty zachód słońca. Ewa przekomarza się z Mikołajem, który, niepomny matczynych obaw, balansuje niebezpiecznie na krawędzi relingu. Ja przy sterze próbuję wyłapać w żagle resztki zdychającego wiatru... Wot, żizń!

     I pięknie by było - przysięgam - gdyby nie fakt, że zębate potwory jakoś mnie w tym roku omijały, czy może opływały bardziej, a i w dniu ZAĆMIENIA nie oszalały na tyle, żeby uwiesić się na spinningowej przynęcie. No cóż! Jeszcze kiedyś im pokażę!
A może nie "kiedyś", a teraz właśnie...? Mijamy wspaniałą zatoczkę, wiatr zdechł zupełnie... Tak! To ostatnia szansa! Żagle precz! Terkot "kataryny" i po chwili kadłub głaszczą delikatne liście trzcin. Kotwica na dwóch metrach melduje, że nie puści aż do rana. W pośpiechu uzbrajam wędkę. Szybciej! Szybciej, bo słońce zbliża się już do ściany lasu. Szybciej! Cholera, co tu założyć? Może blachę?
     ... Ewa! Cicho! Nie wal tymi garami, bo wszystkie rybska się wyniosą...
     Jasne, blachę! Jak śmignę tym ustrojstwem z pięćdziesiąt metrów, to może ugryzie któraś z tych, co ze starości garów nie słyszała. Jeden rzut, drugi... siódmy... I nic! Cholera! Coś nie tak! Zmieniam na twistera. W prawo, w lewo. Płytko. Głębiej...
     Robi się szaro. Dobrze, że mam fluo - przynajmniej coś widzę. Mija kilkanaście minut i para ze mnie uchodzi... Co by tu jeszcze? Sięgam pamięcią do rad doświadczonych łowców, a para ciągle psssssssssss... I kiedy tak, ulatając wprost proporcjonalnie do gęstniejącej szarości, odbiera mi resztki złudzeń, nagle przypominam sobie, jak to w mądrej książce stało:"...o zmierzchu doskonale sprawdzają się przynęty dźwiękowe!"
     No tak... Gdzie ja mam to pudełko? Jest! Pierwszy z brzegu Kendik z grzechotką wisi na agrafce i już widzę oczyma wyobraźni, jak za chwilę stanie się smacznym kąskiem dla mojej "ostatniej nadziei". W trzecim rzucie zawadzam ręką o wantę, a grzechotnik, wbrew zamiarowi, ląduje na krawędzi trzcin. Wolno odjeżdżam, szczytówka w prawo... Kilka szybszych obrotów i... ciach!!! Opór! Najpierw delikatny, za chwilę STOP!!!
     Przymurował! No to jeszcze raz CIAAAAACH!!! Siedzi! Ręce zalatały...
     ... Ewa! Dawaj latarkę! Mam gada!...
     Na pokładzie poruszenie. Kolacyjny rytuał runął w trzy sekundy. Dzieciak już wypatruje potwora, już się nawet trochę bać zaczyna... A on, potwór znaczy się - nic!
     Top przygięty. Raz do siebie, jeszcze raz. No przecież go czułem! Nie, to nie może być zaczep! Jeszcze raz i już wiem... A nich to szlag! Szkoda woblera, bo ładny był. Ręce spokojniejsze i tylko złość taka - w chynchach zabawkę zostawić? Nigdy!
Mocuję się z żyłką, ale bez efektu.
     Dwuosobowa widownia wróciła zawiedziona do kabiny, a ja, wystawiony na lubieżność komarzyc, kombinuję, jakby tu z honorem zakończyć to - pożal się Boże - wędkowanie. Wyciągam odczepiacz. Nazywa się "GROM". Kupiłem ten kawał żelaza na wiosnę, nie bardzo wierząc w jego skuteczność. Ale co tam! Napinam żyłkę, wieszam "toto" i... plum! Pojechał do roboty.
     W lewej ręce kij, w prawej biała linka. Pociągam, podszarpuję raz... raz... i nagle czuję, że mi ktoś w tym ciąganiu pomaga. No, może nie pomaga, a towarzyszy bardziej. Co jest? W wąskiej smudze światła z jachtu widzę, jak trzciny kilka metrów ode mnie zalatały nerwowo - ale to nie ja! Szarpiemy się tak jeszcze kilka razy, gdy - ni stąd, ni zowąd - sznurek odjeżdża od trzcin, wpijając się boleśnie w dłoń. O rany! To ryba! ...Mikołaj!!! Bierz wędkę!
     - Ale tata, ja nie umiem! - I ten wzrok spłoszonego małolata.
     - Nic się nie bój - mówię - mam ją na sznurku! A on patrzy na mnie tak jakoś i pyta - Na sznurek rybę złapałeś? Trzeba było widzieć jego minę...
     Walka nie trwała zbyt długo. Szczupal ważył niewiele ponad trzy kilo i najprawdopodobniej w chwili, kiedy poruszałem odczepiaczem, zapiął się skutecznie na dolnej kotwiczce woblera. W tylnej do końca tkwiła łodyga trzciny...
     Nie był oGROMny, ale i tak miałem oGROMne szczęście, że GROM nie wypiął się w trakcie tego oGROMnie wariackiego holu. No i jeszcze jedno - jako oGROMnie porządny facet darowałem mu życie. Przecież uratował mój honor, za co byłem mu oGROMnie wdzięczny!
     Rozumiecie...

Tomek Lewiński

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusOpenSource CMSSklep wędkarskiWdrożenia OpenERPStowarzyszenie Wędkarzy InternautówBlog o CMS