Przyznał się potem, że dostawał szału, kiedy widział, jak kufajkarze spod kolektora wyjmowali z wody wielkie leszcze. Pałał zawiścią, kiedy trafiały im się brzany czy certy duże jak marzenie. A przecież postępował identycznie...
 
  NR 43      15 CZERWCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
MAŁOLAT I STARE LESZCZE
     Przynajmniej tak mu się wydawało. Miał przecież, tak jak i kufajkarze, czterometrowy kij, siedmiogramowy spławik-bombeczkę. Tak jak oni, grunt ustawiał większy od rzeczywistej głębokości łowiska... A jednak - ryby go omijały. Czasami tylko, jakby na pocieszenie, na końcu kija dyndał smętnie niewielki krąpik.

     Pałętał się za mną przez połowę maja i pierwszą dekadę czerwca. Później okazało się, że mieszkał w pobliżu i około trzeciej po południu zajmował miejsce przy oknie i gapił się w drzwi mojej klatki schodowej.
     Wędkę miał przygotowaną, spakowaną torbę-stołeczek, naszykowane kanapki i picie. Kiedy pojawiałem się na podwórzu, zabierał wszystko i gnał po schodach na złamanie karku, tak aby złapać mnie przed wejściem do Lasku Bielańskiego. Przez pierwszy tydzień szedł kilkadziesiąt metrów z tyłu, później zbliżył się nieco, a kiedy pożyczyłem od niego garść białych robaków, ośmielił się i doganiał mnie jeszcze na podwórzu.
     Mało mówił, nie narzucał się, nie zadawał głupich pytań - polubiłem więc mojego kilkunastoletniego towarzysza wypraw nad Wisłę.

MIĘDZY KRZACZKAMI

     Omijaliśmy dyżurne stanowisko u wylotu niewielkiego kolektora ścieków komunalnych gdzie stało mrowie kufajkarzy i szliśmy wyżej, w górę rzeki, między krzaki wierzby wyrastające ze starej opaski kamiennej. Czasami docieraliśmy w pobliże Mostu Toruńskiego, na wysokość byłego obozowiska rumuńskich Cyganów.
     Znajdowałem miejsce za jakąś ujażdżką...
     - Co to ta ujażdżka? - Spytał po kilku dniach.
     Ważył pytania, nie odbierał mi nimi chęci do życia, więc wyjaśniałem chętnie. Był zachwycony logiką i obrazowością wędkarskiego języka.
     - Patrz - pokazywałem - rzeczny prąd jest tutaj ujeżdżony. Ten cypelek, to drzewo, ten zwalony krzak czy wielki przybrzeżny głaz odsuwa rzekę od brzegu. Tworzy się niewielki warkocz, nurt zwalnia, a czasami nawet zatrzymuje się w klinie między warkoczem a brzegiem...
     W takich miejscach chętnie zatrzymują się stadka leszczy żerujących wzdłuż brzegu. Nie na stałe oczywiście, lecz na moment, na kilka chwil przerwy w pacowitym oraniu dna pod prąd. Ryby odwiedzają skraj zastoiska tym chętniej, że na spokojnej wodzie odkłada się warstwa dennych osadów, w której zawsze daje się znaleźć jakiś rybi przysmak.
     Wyszukiwaliśmy więc dobrze rokujące miejsce między krzakami, takie ujeżdżone właśnie, zajmowaliśmy sąsiednie stanowiska i stawialiśmy przystawki ze spławikiem.

MAM PECHA

     Tak powiedział po kilku dniach bezowocnego oczekiwania na dużą rybę. W czerwcu niełatwo było o przybrzeżnego leszcza, ale zdarzały mi się naprawdę niezłe brania i hole. Czasem trafił się nawet trzykilowy dekiel - tak pokaźne leszcze zwą żoliborscy wędkarze.
     Chłopakowi wyraźnie nie szło. Czasem uwiesił mu się na zestawie żarłoczny krąpik, czasem zdenerwowała go niewymiarowa certka czy nieduża płoteczka. Zrobiło mi się żal małolata. Pełen byłem dlań szacunku, milczał zawzięcie w drodze powrotnej, chętnie nosił mój worek z rybami, ale nie chciał przyjąć ode mnie leszcza pocieszenia.
     - Mogę sobie kupić - mruczał. - Mam spore kieszonkowe.
     Któregoś dnia nie zarzuciłem wędki, poczłapałem nad jego stanowisko, usiadłem na wysokiej burcie i spytałem, czy życzy sobie darmowych korepetycji.
     - No jasne - warknął, nie odwracając głowy.

LEKCJA

     Zaczęliśmy od przemontowania zestawu. Jego ujażdżka wcinała się w rzekę na dwa, dwa i pół metra i ujarzmiała nurt tuż przy brzegu. Dalej rwało nieprzytomnie.
     Miał "siedmiogramowy" spławik, więc logiczne wydawało się założenie pięciogramowej ołowianej łezki. To był błąd. Prąd porywał ciężarek bez trudu, znosił go w bok na spokojną wodę, a potem wsteczny prąd napierając na spławik wprowadzał przynętę w strefę zastoiska. Zbyt blisko brzegu, za daleko od strefy nurtowej, w której żerowały ryby.
     Przeciążyliśmy zestaw. Założył dziewięciogramową oliwkę. Potem ustawialiśmy grunt. Na skraju nurtu było około półtora metra głębokości. Zawsze ustawiał o jedną trzecią więcej - tak wyczytał w wędkarskiej literaturze i zasady tej trzymał się kurczowo. Nie wyprowadzał więc spławika na spokojną wodę i zestaw po kilku minutach wpływał mu w zastoisko. Skutek - zero brań.
     - Chrzań literaturę - poradziłem, sobie chyba na pohybel - i myśl samodzielnie. Grunt ustawia się zależnie od warunków na łowisku. Cały szkopuł w tym, żeby przynęta znajdowała się już w nurcie, dosłownie na jego skraju,tak by przypon powiewał, unosił się, kusił ruchem. Spławik natomiast musi pływać w spokojnej wodzie, a żyłka między nim a szczytówką powinna mieć lekki zwis... Bez tego zwisu w miejsce przystawki robi się gruntówka. Denna. Jeśli ryba nie zatnie się sama, zrażona oporem - natychmiast porzuca przynętę.
     Chwycił bardzo szybko. W tym stanowisku potrzebne było dwukrotne przegruntowanie zestawu. Zmieniliśmy miejsce - wystarczyło wydłużyć żyłkę o jedną trzecią.

JEDZIE!

     Syknął tak po niespełna kwadransie. Bombka zadrgała spazmatycznie i ruszyła na wodę. Przytopiła się nieznacznie. Zaciął bardzo spokojnie. Miał niezły kij o miękkiej akcji, nie groziło więc zerwanie przyponu z tęgiej "szesnastki". Podebrałem mu jego pierwszego leszcza. Musiał być bardzo stary, miał chyba pod trzy kilo, błyskał złociście, może nawet miedziano.
     Wygonił mnie po drugiej rybie. Też nie lubił, jak mu ktoś ślęczał za plecami. Zostawiłem go, kiedy na niewielki hak zakładał za kokonik największą dendrobenę, jaką znalazł w pudełku.
     Tego dnia musiałem sam nosić swój worek. On dźwigał goły sadz z czterema dorodnymi leszczami i niebrzydką brzaną.
     Nie czatował już na mnie w oknie. Zaczęły się wakacje, więc nad rzekę wychodził skoro świt. Kiedy ja szedłem na ryby, on zazwyczaj wracał do domu. Uśmiechaliśmy się do siebie, pozdrawialiśmy grzecznie, pytałem go o siłę wiatru i jego kierunek.
     Potem zniknął, pewnie wyjechał na wakacje. Na jesieni po wiślanym brzegu rozniosła się wieść o czternastolatku, który na przystawkę wyjął siedmiokilowego suma. Niby zdarza się, ale małolat miał przypon z "szesnastki".
     Dopiero wtedy dowiedziałem się, że ma na imię Piotrek.

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusZdjęcia rybSystemy CMSSystemy CMSUsługi poligraficznePozycjonowanie