Mało który wędkarz decyduje się na "polskie big game". Urlop nad morzem nadal spędzamy z żoną i smażalnią, a nie z kijem w ręku. Choć śledzie z portu są równie - a może nawet bardziej - atrakcyjne niż płaty w plastikowych pudełeczkach...
 
  NR 43      15 CZERWCA
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Łódź i Wałcz
 
SKANDYNAWSKA SMAŻALNIA
     Jeszcze kilka lat temu wypłynięcie na morski połów oznaczało korowody z pogranicznikami, potrzebowało patronatu organizacji bądź instytucji godnych zaufania. Nikomu się nie śniło, że wystarczy zadzwonić pod ogólnie dostępny numer telefonu i zamówić statek, który na dorszowe łowiska zawiezie wędkarza za pieniądze.

     Polski Związek Wędkarski zawsze niedostatecznie zajmował się problemami wędkarstwa morskiego. Jak we wszystkich organizacjach społecznych opatrzonych mianem "wyższej użyteczności", pracowali w nich polityczni realiści, którzy byli po linii i na bazie oraz wiedzieli, skąd wieją wiatry historii.
     Na morze PZW spóźnił się dość znacznie. Być może przyczyną tego był fakt, że "od zawsze" przy Zarządzie Głównym działała komisja morska, aż nadto przywykła do funkcjonowania w systemie, który na plażach postawił żelazne wieże strażnicze a w nich ubranych na zielono facetów z tęgimi lornetkami przy oczach. Zmiany systemowe zaskoczyły wszystkich - dopiero więc w roku 1993 ZG podjęło uchwałę o wprowadzeniu w życie regulaminu amatorskiego połowu ryb w morzu.

*****

     Pokutujący przez dziesięciolecia na morzu regulamin "śródlądowy" nie przysparzał wędkowaniu w Bałtyku popularności. Nasze morze nie należy do przesadnie rybnych czy atrakcyjnych amatorsko akwenów. Aby w nim łowić, łowić skutecznie, należy korzystać z odmiennych technik, posługiwać się innym nieco systemem wartości. Morze wszak jest wielkie, rybom nie zagraża wędkarska presja. Prawdopodobnie roczne efekty wędkarskie z całego polskiego Wybrzeża nie są większe od efektów połowowych trawlera średniej wielkości. Nawet gdyby przyjąć, że pasjonaci naszego hobby ruszą gremialnie na plaże, na portowe mola czy nawet zapełnią kilometrową strefę przybrzeżną łódeczkami i pontonami, to i tak nie zagrożą bałtyckiej ichtiopopulacji.
     Daleko jeszcze do popularności wędkarstwu morskiemu. Na urlopy z żoną i dzieciakami nie biorą wędek nawet najzagorzalsi miłośnicy kija i kołowrotka. Temat od lat starannie pomijany bywa przez wędkarską prasę - co prawda każdy tytuł miewa marynarskie napady zainteresowania, ale mijają one szybko i nie są specjalnie głębokie. Redaktorzy mają duże trudności ze znalezieniem fachowców od morza, a może odległość od Wybrzeża przeszkadza im w szukaniu. To drugie wydaje się bardziej prawdopodobne, bowiem nawet za czasów głębokiego socjalizmu była spora grupa osób oddająca się bez reszty słonej wodzie i rybom w niej pływającym.
     PZW posiadał swoje kutry i motorówki, na których wybrani i bardziej obrotni mogli kilka razy w roku wypłynąć na dorsze. Wraz ze zmianą systemu jednostki te zostały sprzedane - jako zbyt drogie, obciążające budżet, nieopłacalne. Paradoks polega na tym, że w momencie owej morskiej wyprzedaży w niemal wszystkich portach rybackich pojawiły się kutry, które za pieniądze zaczęły organizować wędkarskie rejsy. Tym razem Związek się pośpieszył w powierzchownym szale porządkowania finansów.

*****

     Tu się pośpieszył, nie śpieszył się jednak z opublikowaniem regulaminu. Być może dlatego, że nieźle i nowocześnie wyglądał on w dorobku "protokolarnym" Zarządu Głównego... Każdy, kto mógł go wówczas przeczytać, przyznać musiał, że PZW idzie z duchem czasu, osiągnięciami, postępem. Był to niestety postęp papierowy. Zdarzały się rozbieżności między regulaminem wędkarskim a władającymi rybołówstwem urzędami morskimi. Rozbieżności te zdarzały się nawet wśród urzędników w jednym urzędzie - szef do regulaminu podchodził z życzliwością, zaś jego podwładny słał do Warszawy pisma wykazujące, że przepisy w nim zawarte są wyłącznie papierkowym, z nikim nie uzgadnianym i absolutnie nie obowiązującym, wewnętrznym problemem.
     Ktoś, kto przejął się publikacjami w prasie wędkarskiej i próbował łowić w porcie na pięciohakowy - dozwolony regulaminem - zestaw, narażał się na kłopoty. Niejeden amator łowienia w Bałtyku straszony był mandatem i konfiskatą sprzętu, niejeden mandat taki zapłacił. Wielu zostało wygonionych z portów, zruganych. Zasłaniający się regulaminem PZW dowiadywali się, do jakich przyziemnych czynności mogą użyć papieru, na którym został wydrukowany.
     Obecnie rozbieżności jakby mniej. W morzu wędkować można zarówno z brzegu, jak i z jednostek pływających w kilometrowym pasie strefy przybrzeżnej. W zupełności wystarczy to do porządnego, morskiego łowienia, jako że do tysiąca metrów od brzegu znaleźć można doskonałe łowiska dorszowe i łososiowe. Wędkarzowi morskiemu wystarczy ponton, łódź, byle jaki silniczek, a niekiedy wręcz tradycyjne wiosełka.

*****

     Dzielniejsze łodzie, a także duże pontony, dość łatwo uzyskać mogą kartę bezpieczeństwa pozwalającą poruszać się w dwunastomilowej strefie wód terytorialnych. Procedura została znacznie uproszczona. Co prawda trudno jeszcze zobaczyć łódź pneumatyczną typu "hunter" czy "seatrout" wykorzystywaną do wędkowania, ale jednostki takie wypływają na Bałtyk w celach rekreacyjnych coraz powszechniej. W opustoszałych z kutrów portach pojawia się coraz więcej prywatnych motorówek. Na dobrą sprawę, wiele pływających po śródlądziu wyjących potworów bez najmniejszego trudu otrzymałoby morski atest.
     Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlaczego to właśnie wspominam? Ano dlatego, że jest czerwiec. Zatęskniłem za ciepłem, za słońcem, za morskim szaleństwem właśnie... Zacząłem sobie rzewnie marzyć i stwierdziłem, że od tamtego czasu nic się praktycznie nie zmieniło. Mało który wędkarz decyduje się na "polskie big game". Urlop nad morzem nadal spędzamy z żoną i smażalnią, a nie z kijem w ręku. Choć śledzie z portu są równie - a może nawet bardziej - atrakcyjne niż niemieckie płaty w plastikowych pudełeczkach...
     Nie wiedzą o tym wędkarze, nie wie branżowa prasa. Jeśli tematyka morska ma zaszczyt wystąpić na łamach, to rzecz dotyczy z reguły Skandynawii. Jakby Bałtyk "tam" i "tu" to były dwie zupełnie różne wody.
     Ciekawe, dlaczego?

(jaj)

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusOsuszanie bydynków - izolacja pionowaDyskusje wędkarskieeZPublishMetkiBlog o CMS