Ja swoje sumy znam od lat. Choć i rzeka się zmienia, i ryby się zmieniają. Sum jest bowiem największym chyba wagabundą polskich wód, potrafi przemierzać rzekę kilometrami. Ale ja też lubię zmieniać łowiska. Poznawać nowe.
 
  NR 44      WYDANIE SPECJALNE
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
W SUMIE - TRZEBA POCHODZIĆ
     Przez całą wiosnę marzę o lecie. O letnich spotkaniach z sumami, tymi namierzonymi, wycelowanymi. Od kiedy bowiem sum został objęty ochroną do końca czerwca, na ich łowienie pozostały tylko dwa letnie miesiące. We wrześniu wąsale nie żrą już tak pazernie, nie prezentują swojej obecności tak, jak robią to późną wiosną i wczesnym latem. W październiku zaś szykują się już do zimowego letargu.

     Jeśli ci, którzy marzą o sumie, nie zlokalizowali jeszcze ryb, na które chcą zapolować lub zgromadzeń drobnicy stanowiących żerowisko dla wąsali z całej okolicy, czas najwyższy, by aktywnie zacząć ich poszukiwać. Dobre efekty mają bowiem tylko ci, którzy tym wspaniałym rybom potrafią poświęcić swój czas, zdolność obserwacji i skojarzeń oraz umieją zmusić się do rzeczy obcej dzisiejszej rzeczywistości - do braku pośpiechu i odrobiny spokojnego lenistwa.

BOLENIOWY ZWIAD

     W dużych rzekach, w których licznie występuje sum, bywają także bolenie. Tego drapieżnika też łowi się na upatrzonego. To ryba, jak mawia jeden z moich znajomych raperów, wędrowna dla wędkarza. Ona sama nie ma skłonności do przemieszczania się, ale dla spinningisty boleniowe łowy oznaczają konieczność przemaszerowania brzegiem rzeki kilometrowych odcinków. Polowanie na rapy jest więc możliwością odbycia swoistego rozpoznania bojem stanowisk innych ryb - także i suma. Co prawda, najlepiej byłoby taką wyprawę odbyć bez wędki, ale trudno polecać tę formułę ludziom, którzy na ryby mają czas w weekendy, a i to nie zawsze - bo rodzina, dom. I tym podobne i absorbujące...
     Na rzekach puszczonych samopas, gdzie odkładają się przykosy i tworzą zarastające wierzbiną i topolą wyspy, warto polecić wędrówkę właśnie po takich odcinkach. Ja sam w lipcu brodzę, nawet w Wiśle - poza kilkukilometrowym odcinkiem poniżej burakowskiego kolektora odprowadzającego do rzeki ścieki z całej Warszawy - w trampkach i gatkach. Odporniejszym na przegrzanie można polecić cienkie spodniobuty. Trzeba przy tym powiedzieć sobie jasno - nie da się ani poznać, ani obłowić dużej rzeki z twardego brzegu. Zarówno zwiad, jak i same łowy - przynajmniej tak jest w moim wypadku - kojarzą mi się z forsowaniem łach, z przechodzeniem z przykosy na przykosę, z wyspy na wyspę, z rafy na rafę...
     Fakt, że z sumowym rozpoznaniem łączę najczęściej bolenie, a nie na przykład uganianie się za szczupakami czy kleniami, wynika z tezy, która zabrzmi może paradoksalnie, ale jest niezwykle trafna. Zdaniem otóż najtęższych sumiarzy ukraińskich, sum w swym drapieżnym charakterze bardzo rapę przypomina...

WSPÓŁDZIELONE STANOWISKA

     Latem sumy stają się drapieżnikami typowo powierzchniowymi. Co prawda nęcone za dnia w swojej głębokiej ostoi, podanej przynęcie czy naturalnej ofierze nie przepuszczą, ale generalnie na miejsce swych polowań wybierają strefy przypowierzchniowe oraz rozległe płycizny, na których gromadzi się drobnica. Podobnie jak boleń, uderzają najczęściej od strony głębszej wody, podobnie jak karpiowaty drapieżnik miewają okresy patrolowania górnych warstw i szybkiego uderzania w ofiary znajdujące się przed nim.
     Na rzece roznosi się wówczas głośne i słynne już w świecie "kwokanie" - wyraźne ni to cmoknięcie, ni chlapnięcie, ni bulgot... To chwila, kiedy sum atakuje tuż pod powierzchnią i wraz z rybkami, których potrafi zassać kilka, zbiera wielką mordą wodę zmieszaną z powietrzem. Odgłosu tego nie sposób pomylić z innym.
     Podobnie jak dla bolenia, ta i dla suma interesujące są miejsca, gdzie prądy wsteczne i zastoiska stykają się bezpośrednio z nurtem rzeki. I w tym miejscu zaczynają się różnice między wąsalem a rapą...
     Sum jest bowiem największym chyba wagabundą polskich wód. Podczas swoich polowań - wieczorami, nocą oraz wczesnym rankiem - potrafi szukać swego żerowiska, przemierzając rzekę kilometrami. Owo zetknięcie nurtu wielkiej rzeki z zastoiskami, na których nocuje drobnica, a za dnia grasują bolenie, ma dla tej wielkiej ryby ogromne znaczenie. Na ogół woda wybija w takich miejscach ciągnące się długimi odcinkami dość głębokie rynny, którymi wygodnie i bezpiecznie wąsale mogą się przemieszczać od żerowiska do żerowiska. W bezpośredniej bliskości takich miejsc znajdują się także bardzo głębokie plosa ze strefami prądowych cieni, które sum wybiera na miejsca swojego dziennego pobytu. Latem nie przesiaduje w nich jednak całego dnia - woda jest ciepła, przemiana materii błyskawiczna, więc nawet w samo południe zaobserwować można czarny grzbiet przewalający się na rzece. Także za dnia bywa sum częstym gościem na powierzchni i na płytszej wodzie, choć przecież nie odpływa zbyt daleko od matecznika.
     Na ogół w strefie jego dziennych wypadów aktywnie żerują bolenie, zaznaczając swoimi atakami miejsca, w których gromadzą się ławice wierzchówek. Najczęściej są to stada uklei, choć przecież wieczorem do strefy przypowierzchniowej podnoszą się i płotki, i małoletnie krąpie i także one stają się celem sumowych eskapad.
     Jednak założenie, że sum oraz boleń odżywiają się podobnie, nie jest błędem. Wąchal, mimo swojej masy, nie poluje wcale na wielkie ryby, lecz stara się swój obwisły kałdun napchać rybim drobiazgiem, który łatwiejszy jest do zlokalizowania i schwytania. Za dnia, co prawda, nie śpi w odrętwieniu, ale i ataki mają inny charakter niż w nocy. Nie usłyszy się kwokania, ale podczas zwiadu nie jeden raz można zaobserwować następujące zjawisko - rozbryzgującą się drobnicę i zamiast boleniowego walnięcia, powstający na wodzie bąblowaty bełt. Jego rozmiary dość wyraziście pokazują uważnemu zwiadowcy, z jakiej wielkości drapieżnikiem ma się do czynienia.

TAKTYKA ZWIADOWCY

     Polowanie na bolenie przy okazji szukania sumów - taką taktykę trzeba sobie założyć zawczasu. Nawet w największym zapamiętaniu rozpoznanie nie powinno zamienić się szukanie sumów przy okazji polowania na rapy.
     Bolenie mają cechę, którą ja osobiście uwielbiam - nie wstają wcześnie rano i bardzo aktywnie żerują wieczorem, a niekiedy nawet w pierwszych kwadransach nocy. Na poszukiwanie nowych stanowisk suma wybieram się z zasady po wczesnym obiedzie. Wędruję - łowiąc rapy "na upatrzonego" - do zmierzchu, składam wędkę i wracam, trzymając się rzeki, do miejsca, w którym zwiad rozpocząłem. Zatrzymuję się na kilka minut w każdym punkcie, gdzie za dnia grasowały bolenie. W miejscach wyjątkowej aktywności przysiadam na kwadrans, niekiedy nawet na dwa. I niemal zawsze spotykam suma. Niekiedy wręcz istne ich zgromadzenie...
     Istotę wabienia sumów przy pomocy kwoka (ciekawe, że korzystają z tego narzędzia wędkarze zachodni, którzy zaimportowali je z Rosji i z Ukrainy, a my nie możemy się wciąż do niego przekonać) można dokładnie poznać podczas nocnej części wyprawy zwiadowczej. Małe oczka wąchala i pora aktywnego żerowania wskazują na to, że nie wzrok jest źródłem łowieckich sukcesów tej wielkiej ryby. Bardzo za to wyostrzony mają sumy słuch oraz bardziej jeszcze wrażliwe, rozłożone na całym ciele, receptory odbierające najlżejszą nawet falę hydroakustyczną. Można chyba nawet stwierdzić, że spośród ryb słodkowodnych sum jest największą i najbardziej dokładną żywą echosondą...
     Miejsca masowego żerowania sumów nie należą na Wiśle i Bugu do rzadkości - przeciwnie to dość powszechne zjawisko. Na ogół nie zauważane przez wędkarzy z racji tego, iż nie mają oni w zwyczaju pałętać się nocami nad rzeką. Nawet ci, którzy lubią nocne połowy, przywierają do ranka w jednym miejscu i nie mają pojęcia, co dzieje się za zakrętem, za wyspą, za kolejną ostrogą. Trochę szkoda, bo pozbawiają się widowiska, które można obserwować godzinami...
     Niejeden raz podczas wypraw zwiadowczych lub powrotów z dalekich łowisk zdarzało mi się zauważyć - na przykład na krawędzi ustalonej przykosy lub za cyplem wyrastającym u dołu wyspy - pojedynczy atak suma na senne wierzchówki. Chciałem obejrzeć to jeszcze raz, raz jeszcze usłyszeć charakterystyczny odgłos znaczący miejsce sumowego polowania - owe kwoknięcie.
     Usłyszałem niekiedy cały koncert na sumowe mordy. Koncert coraz głośniejszy, coraz szybszy, coraz bardziej niesamowity... Jeśli trafiłem na takie miejsce wczesną nocą - bywało - z samego początku grasował pod zgromadzeniem drobnicy pojedynczy sum. Po kilkunastu minutach pojawiał się drugi, trzeci, czwarty... Kilka razy zdarzyło się, że kwokanie zwabiało sumy z całej chyba okolicy. Rzeka piekliła się od podwodnych ataków. Po następnym kwadransie, drobnica zmykała gdzie pieprz rośnie, woda się wygładzała, zaś kilkaset metrów dalej rozlegało się pojedyncze kwoknięcie, potem słychać je było coraz częściej i częściej... Po jakimś czasie znów nad rzeką robiło się cicho. Sumy szukały kolejnego miejsca. Żeby je znaleźć - znów trzeba się nachodzić.
 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusWędkarstwo - archiwumHydroizolacja - Osuszanie bydynkówUsługi poligraficzneOsuszanie bydynków - izolacja pionowaZdjęcia wędkarskie