Brak sensownego okresu ochronnego dla sumów od lat doprowadza do pasji wędkarzy, którzy łowią i chcą nadal łowić te wspaniałe ryby. Sum jest bezbronny przez cały październik, prawo chroni go dopiero od listopada - i to nie wszędzie.
 
  NR 44      WYDANIE SPECJALNE
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół - Łódź i Wałcz
 
RZEŹNIA NUMER 5
     Sum budzi wiele emocji. Niekoniecznie dobrych. To ryba, która żywczarza, spinningistę czy gruntowca przenosi w krainę Neandertalu, odziewa w skóry, do ręki wkłada maczugę czy kamienną siekierę...

     Zanim zmieniono przepisy, zanim ustanowiono strefę ochronną, w październiku w pobliżu mostu w Zegrzu, na podwarszawskim Zalewie Zegrzyńskim, zaczynała się trwająca do wiosny jatka sumów. Co roku za bok, za ogon, za brzuch wyjmowano się z zimowiska kilka setek (sic!) tych wspaniałych ryb. Straż rybacka i policja były bezradne - żadne prawo nie zabrania podczepiania ryb regulaminowym sprzętem. Nikt zaś nie chciał przypomnieć sobie przepisu, który nakazuje wędkarzowi opuścić nieoznaczone zimowisko ryb.

     Sygnały o rzeźni pod mostem trafiały do związkowych władz, pisała o tym wędkarska prasa. I długo nic w sprawie się nie działo. Ot, smutne realia rzeczywistości, masło maślane, tautologia, kiszka kaszana...

     Słyszało się potem na wędkarskiej giełdzie, że sumy gryzły ostro. Jest w narodzie jeszcze trochę wstydu, więc mało komu przechodziło przez gardło przyznanie się do prawdy. Że na dołek w Zegrzu jeździ się sumy podczepiać. Można więc było usłyszeć od niezłych skądinąd wędkarzy, że sumy tak zawzięcie zażerały twistery, że aż im skrzelami wychodziło. Tak się akurat składa, że jig obijający się o oślizłe cielsko często wbija się w miękkie partie brzucha tuż za głową. Seledynek czy biel gumowej przynęty jawi się, niczym "wypluta" skrzelami ozdoba.
     Czy sum z jigiem wbitym w dolne partie ogona żarł tak agresywnie, że przynęta przeszła przez cały przewód pokarmowy? Brzmi to jeszcze bardziej niesamowicie, prawda? Otóż sumy w dole przy zegrzyńskim moście brały późną jesienią tak ostro, że z mety wysrywały przynęty...

*****

     Wiem o tym z autopsji. Przyznaję się do tego z ogromnym wstydem. Otóż w 1995 roku próbowaliśmy z przyjacielem w pobliżu sumowego grajdołu łowić sandacze. Na sąsiadującej z zimowiskiem szerokiej i głębokiej płani zwykły stawać stada niezłych matowookich drapieżników. Tego dnia nie brały zupełnie. Trudno dziś przypomnieć sobie, który z nas pierwszy cisnął twistera obciążonego dwudziestogramową główką w drugą stronę. Ot, kontrolny taki rzut. Wywołany zawiścią. Wędkarze obrzucający jamę co pewien czas bowiem doprowadzali do burty potężną rybę. Ba, zdarzało się nawet, że pośpiesznie wyciągali kotwicę i przez kilka minut wożeni byli przez podhaczonego suma po Zalewie.

     Znamy obaj znaczenie opadu przynęty. Twister ciśnięty przez nas, zawsze opada na napiętej żyłce. Zaznacza na kiju wszystko. Także i to, że sumów na zimowisku zegrzyńskim były (i pewnie są) setki. Zamarłe w półletargu ryby stały w jamie jedna nad drugą, warstwami. Opadająca gumka odbijała się od jednego, drugiego, trzeciego, czwartego grzbietu, zanim zetknęła się z dnem. Wyjmowało się potem przynętę z żyłką pokrytą śluzem na odcinku metra, półtora. Bywało, że po wędrówce po sumowych grzbietach końcówka zestawu gruba była jak sznurek... Trzeba śluz zdejmować paluchami. Z obrzydzeniem, niczym flegmę jakąś...
     Cały szczęście, nie z każdego miejsca na obrzeżu dołu dawało się trafiać tak precyzyjnie. Jama jest pofałdowana, sama w sobie ma rowy i czeluście, stoki i gwałtowne obrywy dna...

     - O rany - zajęczał któryś z nas tamtego listopadowego dnia - one stoją piętrami...

     Łowiło się tak - rzut, opad przynęty na napiętej żyłce, najlepiej fluo. Sumowy grzbiet zaznacza się gąbczastym puknięciem w kij. "Zacinać" należało natychmiast. Jeśli się to nie udało, przynęta opadała na kolejny grzbiet. Znów puknięcie, żyłka flaczała na ułamek sekundy, kolejne "podcięcie"... Czasami nawet zacinać nie trzeba. Ospały sum nie lubi, jak mu coś łazi po grzbiecie. Jego ciałem wstrząsa dreszcz. Albo odsuwa się nieznacznie. I siedzi. Na haku siedzi. Pewno go boli, bo zaczyna walczyć. Ot, sum z opadu, zalety agresywnego jigowania. Aż mu tyłkiem wyszło. Bingo!

*****

     Trudno się oprzeć łowieckiej pasji... Nie, wróć - łowieckiemu szaleństwu. Znacie ten amok? Kiedy raptem brać zaczyna ryba za rybą. I to nie byle jaka, pokaźna. Czy wiecie, jak się wówczas wygląda?
     My wiemy, patrzyliśmy na siebie w tamten listopadowy dzień. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że wyglądamy identycznie. Wzrok wytrzeszczony, osłupiały, zawzięty. Zęby zaciśnięte, mięśnie napięte do drżenia. Pełna koncentracja, jakaś taka złość, nienawiść. Szajba.

     Wygląd marines z Wietnamu, przeżyty na żywo film... Może to "Pluton", może "Czas apokalipsy". Chce się wrzeszczeć, chce się przeklinać, chce się wyć. Na wędce kolejny sum. Drugi, trzeci? Nie pamięta się, który. Mam cię, sukinsynu, mam cię! Jesteś mój, już nie żyjesz, trup jesteś i tyle...
     Wypiąłeś się? To nic, zakatrupię twojego braciszka, może matkę, może sumiastego tatusia. Rzut, plaśnięcie o zaszlamiony grzbiet. Zacięcie. Ale jakie... Nie nadgarstkiem, nie ramieniem, nie tylko całym ciałem, ale całym sobą. Moja zaprzedana dusza jest tam, pod wodą, jeździ z tym jigiem po tych wielkich rybach. Marzy o jednym - żeby się wbić, żeby zabić...

     Oprzytomnieliśmy, kiedy jednemu z nas zszedł z kija potwór. Wyciągnęliśmy kotwicę i daliśmy się wozić przez dobry kwadrans. Boże, jak bardzo nienawidziliśmy tej ryby. Gdyby dała się podprowadzić do wierzchu, byliśmy gotowi szlachtować ją wiosłem, dźgać bosakiem, rozrywać własnymi zębami.
     Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. Spadł na nas straszny wstyd. Bez słowa odkłożyliśmy wędki i odpłynęliśmy jak najprędzej. Głos odzyskaliśmy dopiero na przystani. Obaj wiedzieliśmy, że powinien pod mostem w Zegrzu powstać obręb ochronny. Że jeżeli prawo zezwalać będzie na podhaczanie sumów, to mało jest mocnych, którzy po pierwszej rybie nie wpadną w bitewny szał.
     I obydwaj potem do powstania takowego doprowadziliśmy.

*****

     Brak sensownego okresu ochronnego dla sumów od lat doprowadza do pasji wędkarzy, którzy łowią i chcą nadal łowić te wspaniałe ryby. Sum prawie w całej Polsce jest bezbronny przez cały październik, prawo chroni go dopiero od pierwszego listopada. Piszę - prawie w całej, na Odrze bowiem wolno go łowić aż do końca grudnia. Nie dlatego, że odrzański sum jest inny niż jego pobratymcy, ale po to, by dostosować nasze przepisy do niemieckich...

     Mniemam, iż po lekturę Tygodnika sięgają ludzie na wysokim poziomie, więc odważyłem się dokładnie, szczerze i prawdziwie opisać ubojnię pod mostem. Umieściłem ten zalewowy fragment z prostej przyczyny - znam sprawę osobiście i boleśnie właśnie z tego miejsca. Wiem też, że wielkie jesienne rzezie nadal odbywają się na dużych rzekach i jeziorach. Na odcinku Wisły warszawskiej jest co najmniej sześć dołów zimowiskowych, na Narwi od Pułtuska po Kazuń - kilkanaście. Tyle samo na ostatnich pięćdziesięciu kilometrach Bugu...

     Ryby głosu nie mają. Mają za to mózg, komórki czuciowe. Wiedzą, co to ból, strach i umieranie. Ich naczynia wypełnione są krwią, czerwoną zresztą. Krew ta zasycha na podłogach łodzi, które od rana do zmierzchu stoją na skraju sumowych dołów - zimowisk, nierzadko gromadzących sumy z całej okolicy. Jak gdyby w tych łodziach zarzynano codzień stado owiec.

     Było mi dane poczuć zwierzęce szaleństwo. Nie chcę już czuć tego wstydu, który spada na człowieka potem, więc sumy łowię wyłącznie latem. I dlatego w tej gawędzie o sumach ograniczyłem się wyłącznie do tej pory roku...

Jacek Jóźwiak

 
All rights reserved, teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych


Reklamy KrokusSprzęt wędkarskieZ PublishOsuszanie budynków - osuszanie ścianHydroizolacja - Osuszanie bydynkówZdjęcia ryb