Logo Logo
Szczupakowisko
    NR 47 - 9 LISTOPADA 2000
Wydawca: KROKUS ska z o. o. oraz Zespół Rybiego Oka
Numery Archiwalne
Numer Aktualny
Rybie Oko
Forum Dyskusyjne

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   Czytając opowieść Andrzeja czułem na twarzy podmuchy wiatru i siekące po policzkach strugi deszczu. Ale nie mogłem oderwać wzroku od monitora. To jakbym sam był łowiącym. Myślę, że opowiadanie odbierzecie podobnie.

   Są łowiska, do których chętnie się wraca choćby pamięcią.  Do  nich zaliczam  nieduże, niegłębokie, ot, takie sobie jezioro, zupełnie nieatrakcyjne dla niewędkarzy. Dobrze zapisało się nam w pamięci już po pierwszym spotkaniu. I przez kilka sezonów było jednym z trzech naszych ulubionych łowisk. Rozpoczynaliśmy tam sezony szczupakowe wiosną, w pierwszą niedzielę po piętnastym kwietnia, kończyliśmy późną jesienią, a i latem zaglądaliśmy tam chętnie. Nie zawodziło nas nigdy. Tam sprawdzaliśmy skuteczność różnych blach, rozstrzygając, które z nich są bardziej łowne. Stwierdzaliśmy przewagę wahadłówek nad wirówkami, konfrontowaliśmy opinie o czerwonych ogonkach. Prawie nigdy nie wracaliśmy stamtąd bez szczupaka. Dziś to jezioro przestało być atrakcyjne. Zamieniło się w mętne bajoro. Zniknęło zielsko. Zniknęły szczupaki. Eutrofizacja. Zostały wspomnienia.
Początek października, ponury deszczowy dzień, szaro jeszcze. Chcemy jak najprędzej znaleźć się na miejscu, myślami już tam jesteśmy, na wodzie, a tu trzeba jeszcze zapakować pontony, wiosła i całą resztę bagażu. Jest ciemno. Normalni ludzie śpią o tej porze. Niech śpią - nie wiedzą, co tracą. Nam sama myśl o czekających nas emocjach skutecznie rozprasza resztki snu. To lepsze niż kawa. Wrzucamy więc szybko manatki do bagażnika, wsuwamy wędki i pędzimy po mokrej szosie w kierunku Ełku. Leje. Zapowiada się ponury, deszczowy dzień - w sam raz na szczupaki.
Nim docieramy na  miejsce, dzień wstaje na dobre i dla nas robi się trochę późno. Ach, ten wędkarski pośpiech! Skręcamy w straszną, wyboistą, brukowaną drogę, pełną kałuż. Mijamy wieś z rozpędem rozbryzgując błoto, wpadamy w żwirową szutrówkę. Pokonujemy ostatnie metry po śliskiej trawie i wreszcie jesteśmy nad jeziorem. Niestety nie jedyni i nie pierwsi. Na brzegu stoją już samochody, nawet jakaś ciężarówka. Grupka ludzi rozprawia  o czymś żywo gestykulując, obok pontony. Zaczynają? Nie, właśnie kończą łowy! Na trawie obok pontonów leżą niedbale ciśnięte szczupaczyska. I to jakie! No, taki widok może i podniecić, i załamać. Więc biorą!!! Lecz czy zostało coś dla nas? Nadzieja i wątpliwości jednocześnie...
Wolno, stanowczo za wolno, nasze pontony napełniają się powietrzem. Beznadziejne są te małe mieszki! Pracując bezustannie nogami, uzbrajam spinning. Jaką blachę założyć? Wiadomo, dziś tylko dużą  jasną! Gotowe, wreszcie! Znosimy to wszystko na wodę i rozdzielamy się: brat z kolegą odchodzą wzdłuż brzegu dalej, chcą dotrzeć do ujścia rzeczki, my z ojcem mimo wszystko decydujemy się łowić tutaj. Tamci już dawno odjechali. Zadowoleni. Nic dziwnego - z takim połowem!
Leje, wieje. Ponton szarpie na sporej fali, trudno odbić od brzegu, strugi deszczu spływają po policzkach - co tam, nieważne. Rozpoczynamy łowy tuż za trzcinami pierwszą serią rzutów. Ciągnie się tu pas głębszej wody, taki rów. Dalej, ku środkowi, jezioro wypłyca się. Dno porośnięte wszędzie to osoką aloesowatą, to rogatkiem sztywnym, to inną roślinnością stwarza idealne warunki życiowe szczupakom, a spinningiście... nadzieję na spotkanie z nimi w każdej chwili.
 Rzucam pośpiesznie, gorączkowo i niezgrabnie. Igelitowa peleryna zesztywniała, utrudnia ruchy. Wiatr nią szarpie, przeszkadza. Łowię więc niestarannie i zupełnie nie wiem, kiedy wziął, za trzecim czy czwartym rzutem. Niezły! W tym momencie puszcza kotwica, to znaczy zrywa się całkiem i gnamy teraz z wiatrem przez całe jezioro. Nawet nie zwijam żyłki, trzymam tylko kij wysoko. Szczupak na szczęście nie bardzo dziarski, pozwala się wlec za pontonem. Zbliżam go w końcu do burty i chwytam w podbierak, akurat w tym samym czasie, gdy burta opiera się już o trzciny. Nie taki znów wielki, ten szczupak, trochę ponad kilogram, ale dobry na początek.
Wiele trudu kosztuje nas powrót pod wiatr i falę do punktu wyjścia. Docieramy tam w końcu, obaj zmachani i mokrzy. Dalsze łowy bez kotwicy przy takim wietrze tracą sens, trzeba rozejrzeć się za czymś zastępczym. Okazuje się, że to nie takie proste... Dokoła tylko trawa, żadnych kamieni, jak na złość. Znaleziony, po dłuższym szukaniu, jest nieco przyciężki i nieporęczny. Obwiązujemy go jakoś, owijamy linką, może się nie urwie i  z powrotem na wodę. Straciliśmy i tak sporo czasu!
Tym razem nie zaczynamy tam, gdzie poprzednio. Idziemy wzdłuż brzegu pod wiatr, aż na koniec jeziora. Tam spuścimy ponton i niech nas dryfuje potem! Oszczędzimy sobie zbędnego wiosłowania i lepiej spenetrujemy tę część jeziora.
Wreszcie znowu na wodzie. Tu fala troszkę mniejsza, nie zalewa nas. Oddalamy się nieco od brzegu i rozpoczynamy "rutynowe młócenie". Któraż to już godzina, dwunasta? Straciliśmy stanowczo za wiele czasu. To przez tą kotwicę. Pechowy początek. Nie tylko początek, dalej też nie jest nadzwyczajnie - mokro i nic nie bierze. Nudnawo. Rzuty stają się coraz bardziej mechaniczne i bezmyślne, tym bardziej, że  ręce drętwieją z zimna, a nogi cierpną od długotrwałego siedzenia w niewygodnej pozycji. Taki to urok pontonu...
Kolejne miejsce puste, bez jakiegokolwiek pobicia. Podnoszę "kotwicę", wiatr natychmiast spycha nas kilkadziesiąt metrów dalej - bez wiosłowania! Jakaś kępa wodorostów wystaje na powierzchnię, stajemy, rzucamy obok - chyba tu jednak za płytko. Groty kotwiczki co chwila zaczepiają o zielsko. Ot, zwykła dola spinningisty... Tym razem to  już nie zaczep, czuję wyraźne szarpnięcia! Szczupak! Uspokaja się dość szybko, jest niewielki, pewnie nawet kilograma nie ma. "Ale to już drugi!" - stwierdzam nie bez satysfakcji. Ojciec tylko kiwa głową w milczeniu.
Kolejna zmiana stanowiska: tu chyba jest nieco głębiej. W ostatniej chwili powstrzymuję się od rzutu - widzę, jak sztywna końcówka  ojcowego spinningu  wygina się w głęboki łuk. Wiem, że ten szczupak bije na głowę wszystkie moje dotychczasowe, oby się tylko nie zerwał. Wir na powierzchni i nur w głąb, pod ponton. Zdążyliśmy zobaczyć tylko sporą płetwę ogonową. Pisk hamulca - jest jednak, przeszedł pod spodem i ucieka z drugiej strony. Zawraca, znów nurkuje, ale pod pontonem nie przechodzi tym razem,  widać ma już dosyć. Oglądamy go w końcu. Jest długi: czy zmieści się do podbieraka? Kolejna ucieczka i nieco szarpaniny na powierzchni: próbuje wyskoczyć, ale na to jest już wyraźnie za słaby. Ojciec zbliża go do ręki, chwyta za kark i przerzuca łagodnie przez burtę. W pontonie szczupak ożywa, zwija się i skacze na podłodze, wytrzepuje błystkę. Jeszcze chwila i wyskoczy! Poskramiamy go jakoś i wsuwamy do plecaka. Nie mieści się, pół cielska i ogon wystają na zewnątrz, cieszą oko. Ileż może mieć: cztery, pięć kilo? Klocek. Też chciałbym takiego...
Teraz rzuty nabierają zupełnie innego znaczenia! To nic, że zimno,  mokro i niewygodnie, nie czujemy tego. Jesteśmy w transie. Twarde szarpnięcie i pisk hamulca! Mam go i wiem, że duży!!! Spokojnie, tylko spokojnie, skoro siedzi, będzie mój, jeżeli nie popełnię jakiegoś błędu. Widzimy go, przemknął na moment pod powierzchnią. Długi, taki sam, jak poprzedni. Próbuje przejść pod pontonem - nie pozwalam. Zawraca, podpływa pod powierzchnię, próbuje wyskoczyć! Zanurzam końcówkę, potem cały kij aż po rękojeść - pomogło. Znów jest pod wierzchem, wyraźnie zziajany. Ostatkiem sił kieruje się w stronę pływającej kępki zielska. Odciągam go stamtąd i naprowadzam na podbierak. Podpływa, kłapiąc zębatą paszczą, szarpie wstecz gwałtownie, odskakuje i znów włazi w to zielsko. Chwytamy więc razem zielsko i szczupaka. Piękny, takiego jeszcze dotąd nie złowiłem! Zdrapuję mu kilka łusek u nasady ogona, znacząc w ten sposób, by się nie pomylił z ojcowym.
Rzucamy dalej w tym samym miejscu. Długi rzut z wiatrem, błystka leci daleko, odbija się "kaczką" od powierzchni, niknie. Zwijam i prawie natychmiast czuję silne targnięcie. Ach - pudło! Powtórne uderzenie i znów pudło!!! Za szybkie obroty korbki. Spokojnie... Zwalniam, i naraz widzę rozchodzące się na boki dwie bruzdy fal, tuż za moją błystką. Szarpnięcie i ostra świeca w powietrze! Szczupak wyskakuje pionowo, potrząsa wściekle łbem i z pluskiem wali się "przez  ogon". Natychmiast zniżam końcówkę: jest nadal, siedzi, nie zerwał się! Też okaz!!! Kolejna porcja emocji, ten dopiero jest dziarski, ależ szaleje! Chyba jest jednak ciut mniejszy od poprzednich. Na widok pontonu odbija  gwałtownie w bok z ostrym piskiem hamulca. Nie pomaga zniżenie końcówki, znowu strzela w powietrze, choć zanurzyłem kij aż po rękojeść! Ale nadal jest. Widać dobrze zaczepiony. Słabnie wreszcie, nie reaguje nawet na widok podbieraka. Podsuwam obręcz pod łeb i zniżam końcówkę. Już mój. Rzeczywiście mocno zaczepiony, dwoma grotami w kąt paszczy. Do odhaczenia niezbędne są kombinerki. Wsuwam szczupaka do tamtych, troszkę krótszy, ale bardzo gruby. Pewnie ma coś w żołądku.
 Kilka następnych rzutów pustych. Przerywamy łowienie, wracamy  do  samochodu. Przestało padać, wcześniej nawet nie zauważyliśmy tego. Wynosimy ponton na brzeg i wykładamy szczupaki. Te moje są zdecydowanie "o numer mniejsze", ale i tak niezłe klocki. Zadowoleni  pijemy gorącą herbatę, jemy kanapki. To pierwszy posiłek od świtu. O, druga załoga wraca. Idą brzegiem, brat niesie tryumfalnie kilkudziesięciodekowego śledzia. Na widok naszych stają jak wryci. Oczywiście natychmiast chcą łowić! Czują potężny niedosyt. Sporo czasu zmarnowali na szukanie ujścia rzeczki, które okazało się nieciekawe. Kończymy posiłek, ruszamy z powrotem na wodę. Staramy się trafić w to dobre miejsce, ale podpisane nie jest...
Łowimy teraz we dwa pontony. Seria pustych rzutów, następna i następna... Zapał pomału mija, nic się nie dzieje - albo miejsce niedobre, albo pora żeru minęła. Nie szkodzi, nie zależy nam już w tej chwili specjalnie. Czujemy się już nasyceni. W końcu jest! I to na mojej wędce! Mam dziś najwyraźniej dobry dzień. Szczupak jest chyba nieco mniejszy od tamtych. Taki, zwykły,  półtorakilogramowy. Holuję go więc spokojnie i trochę może nonszalancko, bez większych emocji.  Podbierak, ponton, plecak... i w tym momencie znowu tracimy kotwicę! Okrągły kamień wymknął się z uwięzi i teraz gnamy z wiatrem przez jezioro! Zatem raz jeszcze czeka nas ostre wiosłowanie pod wiatr i falę...
Tym razem rezygnujemy. Dosyć, wystarczy. Dość mamy ryb, holów, rzutów, moknięcia i wiosłowania. Zresztą robi się późno, a czeka nas jeszcze dłuższa jazda. Wrażeń i tak wystarczy na ten jeden dzień.

   

Andrzej Trembaczowski
październik 1967
Linia
WYDAWCA:

Krokus Sp. z o.o.
ul. Jaracza 76
90-251 Łódź, POLSKA

Telefon:
+48 42 678-15-90
+48 42 630-59-85
+48 42 639-84-12
Fax:
+48 42 678-15-99
E-Mail:
biuro@krokus.com.pl
office@krokus.com.pl

TYMCZASOWE KOLEGIUM REDAKCYJNE:
Sławek i Kama Bocheńscy
Radek Gościmski
Wojtek Górny
Piotrek Onikki-Górski
Michał Sopiński
Andrzej Trembaczowski

OPRAWA INTERNETOWA:
Janusz Dymidziuk

Š 1999-2000 Wszelkie prawa zastrzeżone dla Krokus Sp. z o.o.
Teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych.


Reklamy KrokusŁowiskaŚwiat DrukuWszywki i metki odzieżowePrzygotowanie drukuWędkarstwo muchowe