TRAF
NR 49 - 5 grudnia 2000
Wydawca: KROKUS sp. z o. o. oraz Zespół Rybiego Oka
Numery Archiwalne
Numer Aktualny
Rybie Oko
Forum Dyskusyjne





 

Temat ogłoszonego na Forum przez Roberta Pastryka konkursu przypomniał mi o pewnej zimnej, jesiennej nocy i pewnej miętusowej zasiadce. Zaliczyłem wtedy lekcję pokory. Kolejny raz przekonałem się, że w wędkarstwie nic nie jest wiadome, nic nie jest określone raz i na zawsze, a wszystkie "mądrości" niewiele są warte. Są niczym, wobec przypadku. Los bywa przekorny i zwykle ta przekora losu bywa dotkliwa, choć... nie zawsze.


Traf

Z utęsknieniem wypatrywałem świtu. Wraz z pierwszym brzaskiem zamierzałem skończyć wreszcie to głupie, bezmyślne czuwanie, pójść stąd, pozostawić dół pod starym młynem i zapolować na szczupaki. Miętusów miałem już dość - wredne ryby. Zasiadłem pod młynem jeszcze wieczorem. Wymarzłem i wynudziłem się. Od kilku godzin pracowicie przestawiałem gruntówki z miejsca w miejsce. Czekałem cierpliwie - wszystko na nic. Spenetrowałem raz koło razu najlepsze, wypróbowane miejsca - bez skutku. A woda była cudowna, taka w sam raz. Spadała z szumem całym korytem drewnianej śluzy, kręciła, wirowała w wielkiej jamie, występowała z brzegów. Obiecywała. Było tak, jak lubią miętusy: ciemno, zimno i woda wysoka. Brakowało tylko... miętusów, które nie brały.
Noc ciągnęła się, dłużyła okropnie, jak zawsze jesienią. Młody księżyc szybko zniknął za drzewami. Zrobiło się ciemno. Marzłem. Od czasu do czasu napływał cieplejszy obłok mgły i otulał wszystko jak kołdrą. Po północy nadleciał wicher, nieoczekiwany, szarpiący, lodowaty. Rozpędził mgłę, wyiskrzył niebo. Teraz dopiero zrobiło się zimno - temperatura powietrza spadła prawie do zera. Dawno straciłem i nadzieję na jakiś sukces, i ochotę do bezcelowego umartwiania się. Wyczerpałem zapas ciepłych ubrań, zapas gorącej herbaty i... wszystkich niepochlebnych epitetów pod swoim adresem. Też mi się zachciało miętusowej zasiadki.
Obłowiłem dokładnie całe rozlewisko pod młynem: jamę za kołkami i zatoczkę, ujście strumienia i rynnę pod drugim brzegiem. Przeczesałem środek rozlewiska z piaszczystym wyniesieniem - wszystkie niezawodne dotąd miejsca brań - nic. Nic kompletnie. Woda sprawiała wrażenie całkiem pustej. Nie pozostało już teraz nic więcej jak trwać i marznąć, czekając świtu. Pocieszałem się, że już niedługo, jeszcze półtorej godziny...
Cięższa gruntówka stała w jamie za kołkami, lżejszą kończyłem przeszukiwanie rozlewiska. Dotarłem właśnie do zwężenia u wylotu. Nie było to dobre miejsce, tu kończył się młyński dół i zaczynała się rzeka, płytka, nieciekawa. Wędkę postawiłem na krótko, na kilka minut. Kwadrans po trzeciej zamierzałem zabrać ją stamtąd i postawić na ostatek w tej pobliżu pierwszej, w najlepszym miejscu, w jamie za ujściem strumienia. Wykorzystać przedświtową porę.
Podnoszę wędkę z podpórki. Pomału zwijam żyłkę i... czuję rybę! Nawet mocno się miota! Przybliżam ją, podciągam do tataraku, mam tuż za gęstym pasem ziela. I problem... podbierak zostawiłem kawałek stąd, obok plecaka, wracać po niego? Trochę ryzykowne. Wybieram miejsce, gdzie pas zielska najwęższy, ma tam może nie więcej niż półtora metra, i przeciągam jakoś rozpędem kotłującą się rybę Dobrze, że woda wysoka, udało się. Schylam się, oglądam zdobycz - dorodny, łaciaty miętus, prawie kilogramowy. No, wreszcie!
Zanoszę go do plecaka, wkładam do siatki, obcinam przypon. No więc doczekałem się w końcu. Szybko zakładam następny przypon i stawiam... no właśnie, gdzie postawić? Chyba z powrotem w to samo miejsce. Wracam więc i rzucam na środek zwężenia, gdzie rozpoczyna się już płycizna. Przenoszę też drugą gruntówkę. Szybko - niewiele już czasu pozostało do brzasku! Rzucam obok tej pierwszej, trzy metry w lewo, i prędko wbijam w ziemię, a ta pierwsza już dzwoni!!! Następny miętus? Dam mu zjeść, bez pośpiechu poczekam niech weźmie... Czekam dwie minuty. Żyłka schodzi serpentyną ze szpuli: metr, dwa, trzy. Co chwila nowe pociągnięcie, skłon szczytówki i radosny świergot dzwonka! Ale co to? Drugą gruntówką też szarpie! Nie ma co zwlekać dłużej, podcinam pierwszą. Siedzi. I to duży! Kotłuje się, zwija, miele wodę, chodzi na boki... Warczy tymczasem i drugi kołowrotek! Co jest? Czyżby jeszcze jeden?
Zbliżam rybę i widzę, że dzieje się coś niedobrego - końcówka drugiej wędki przegina się, ale w prawo, w stronę brzegu. Chyba splątane żyłki... Trudno, wyholuję jakoś! Już ryba chlapie koło tataraku. Coś sporego, długi, pękaty miętus. Okaz! Tak jak poprzedniego szczęśliwie przeciągam z rozpędem przez zielsko. Już go mam, już skacze po trawie! Ależ smok, na srebrny, a może nawet na złoty medal!!! Ręką nie obejmuję karku! Ależ mi się trafiło.
Ucinam przypon. Obok jakaś inna żyłka... Zaraz, coś tu się nie zgadza... najwyraźniej dwie żyłki wychodzą z szerokiej paszczy! Jeden haczyk tkwi głęboko, w gardzieli - to przypon wędki, na którą go wyholowałem, drugi, zaczepiony za pysk, jakoś dziwnie, od dołu - to ta druga gruntówka. Więc nie splątał wędek, tylko wziął na obie! Żarłok.
Szkoda czasu. Po co teraz zaprzątać tym sobie głowę? Czym prędzej trzeba postawić gruntówki, wykorzystać szansę, skoro biorą! Lada moment będzie świtać. Tak jak poprzednio celebrowałem każdą czynność, powoli, z namaszczeniem, aby tylko czymś wypełnić czas, tak teraz zwijam się w pośpiechu. Na wschodzie niebo jaśnieje, to ostatnie minuty tej długiej nocy. Dawno przeszła mi senność, nie czuję ani zmęczenia, ani zimna. Zaczęły się łowy! Wreszcie wędki znów stoją, jedna w tym samym, trafionym miejscu, druga dalej, bardziej w lewo. Dobrze, teraz można spokojnie obejrzeć zdobycz. Wyjmuję z plecaka aparat, mocuję go na statywie, naciągam mechanizm samowyzwalacza. Ustawiam się. Błysk flesza... Później okaże się, że przekrzywiony aparat uchwycił jedynie moje nogi i ogony miętusów...
Świta. Minęła pora żeru - trwała zaledwie kwadrans. Koniec przygody. Sprawdzam jeszcze wędki: jedna zaplątana o coś mocno. Puściło - jakieś spróchniałe dechy, na haczyku został kawał odłupanej drzazgi. Teraz mogę zwinąć gruntówki i iść na szczupaki, ale czy mi się będzie jeszcze chciało? Przetrwałem tę długą noc. Łowiłem solidnie i o mały włos, a byłbym przegapił najlepszą porę! Mogłem wrócić z niczym. Przypadek sprawił, że na sam koniec postawiłem wędki właśnie tam, w tym jednym, jedynym miejscu gdzie żerowały miętusy. Cóż więc warte jest doświadczenie i rozmaite teoretyczne mądrości, jak czasem trzeba tylko szczęśliwego trafu?!
Andrzej Trembaczowski, 1981

WYDAWCA:
Krokus Sp. z o.o.
ul. Jaracza 76
90-251 Łódź, POLSKA
Telefon:
+48 42 678-15-90
+48 42 630-59-85
+48 42 639-84-12
Fax:
+48 42 678-15-99
E-Mail:
biuro@krokus.com.pl
office@krokus.com.pl

TYMCZASOWE KOLEGIUM REDAKCYJNE:
Sławek i Kama Bocheńscy
Radek Gościmski
Wojtek Górny
Piotrek Onikki-Górski
Michał Sopiński
Andrzej Trembaczowski

OPRAWA INTERNETOWA:
Maciek Jałkowski

PROJEKT
Janusz Dymidziuk

© 1999-2000 Wszelkie prawa zastrzeżone dla Krokus Sp. z o.o.
Teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych
.

 

 


Reklamy KrokusBlog o CMSWędkarstwoMetkiWszywkiOdoo