Ślad dawnej rozmowy - o łowieniu
z koszyczkiem opowiada Krzysztof Wąsik
NR 52 - 31 MAJA 2001
Wydawca: KROKUS sp. z o. o. oraz Zespół Rybiego Oka
Numery Archiwalne
Numer Aktualny
Rybie Oko
Forum Dyskusyjne

 














Trudno jest pisać o kimś w czasie przeszłym. Trudno jest pisać w ten sposób o kimś, kogo się znało, szanowało, lubiło. Ciężko jest dziś tak pisać o koledze, gdy tak niedawno mogłem z nim rozmawiać, żartować. Krzysztof odszedł znienacka, nieoczekiwanie. Został wydarty życiu. Pozostawił po sobie puste miejsce. Krzyś łowił spinningiem, muchówką i z gruntu. A w każdą z tych metod wkładał dużo serca. Nie lubił się spieszyć, był cierpliwy. O rybach mógłby opowiadać godzinami - był zapalonym akwarystą, hodowcą. Z pasją zajął się zarybianiem lubelskich pstrągowych rzek. Lubił łowić pstrągi i złowił ich wiele, w tym i takie, których inni mogą tylko zazdrościć. Nie zgłaszał ich - nie chciał się chwalić. Uwielbiał woblerki, których, zebrał przebogatą kolekcję i muchę. Fascynował go każdy rodzaj wędkarstwa, także łowienie spod lodu, a ostatniej jesieni - wieprzowe szczupaki. Łowił je na maleńkie, filigranowe wahadłówki własnej produkcji. Był wędkarzem wszechstronnym. Lubił także przycupnąć z gruntówką i zaczaić się na brzanę, leszcza, klenia czy jazia. Nie uważał swoich metod i sposobów na rybę za jedyne i najlepsze. Mówił: tak łowię, być może inni robią to lepiej. Nie był łowcą w pradawnym tego słowa znaczeniu lecz prawdziwym miłośnikiem wędkarstwa. Angażował się w zarybianie wód i w działalność sportową. I przy tym był wspaniałym kolegą. Trudno jest pisać o Krzysiu w czasie przeszłym... Chciałem napisać coś o nim, ale cokolwiek bym nie napisał, będzie to blade i nie przekaże niczego. Znalazłem jednak w archiwum tekst zapisanej niegdyś rozmowy. Miał być to wywiad dla "Wiadomości Wędkarskich". Rozmawialiśmy na temat gruntówki z koszyczkiem - taki miał być temat artykułu. Następne gawędy miały być o pstrągach i o pstrągowych woblerkach. Krzyś opowiadał, a za jego plecami w akwariach przesuwały się piękne ryby. Wywiad niestety nie ukazał się. Niech więc ukaże się dziś, tu w Tygodniku. Będą to jego własne słowa. A. T.


Ślad dawnej rozmowy - o łowieniu z koszyczkiem opowiada Krzysztof Wąsik


- Pierwsze moje spotkanie z tą metodą było pod koniec lat siedemdziesiątych nad Wisłą w okolicach Dęblina. Wybraliśmy się tam w piątek, zajęliśmy miejsca na główce i każdy z nas przygotował się do łowienia. Wiedzieliśmy, że można tam złowić ładne leszcze, ładne płocie, trafiał się sandacz, więc przygotowaliśmy sprzęt, przynęty, zanęty i rozpoczęliśmy łowienie. Było nas kilkunastu, pogoda piękna, humory wyśmienite. W piątek złowiliśmy kilka niewielkich rybek, w sobotę trafiły się leszcze. Łowiliśmy na przepływankę, na taką przystawkę ciągnioną: przeciążony nieco spławik, ciężarek znajdował się na dnie rzeki i sunął powoli. Czasem udawało się złowić krąpika, płoć, czasem leszcza. Po południu w sobotę przyjechał na rowerze miejscowy wędkarz. Rozejrzał się - miejsc wolnych pozostało niewiele. Zbliżył się do mnie, przeprosił i spytał, czy może usiąść obok. Jak się okazało, zwykle tam łowił i to miejsce miał zanęcone. Zgodziłem się. Usiadł i rozpoczęliśmy łowienie. Wędkę miał prawie gotową, odwiązał ją od roweru. Obejrzałem ją: kij bambusowy czterometrowej długości, katuszka, żyłka 0,35 a na jej końcu zamocowany koszyczek, taki, jaki stosowały kobiety do zawijania włosów. Przywiązał do krętlika przypon z haczykiem nr 6 lub nr 8, do koszyczka wsypał suche płatki owsiane, a na haczyk założył dwa białe robaki. Zauważyłem, że doskonale znał łowisko. Zarzucił w miejsce, gdzie koszyczek przesunął się może półtora metra i stanął. Żyłkę lekko naprężył i zaczął ją obserwować. Nurt nie był szybki, ale napierając na grubą żyłkę powodował lekkie przesuwanie koszyczka. W pewnym momencie zauważyłem lekkie drgnięcie szczytówki. Nieznajomy zaciął i po krótkim holu wyjął leszcza około kilograma. Ponownie napełnił koszyczek płatkami. Ryby widocznie spłoszone, odeszły i przez pewien czas nic nie brało. Wędkarz zarzucił kilkakrotnie. Za każdym razem podciągał lekko zestaw, przez co płatki z koszyczka wysypywały się nęcąc ryby. I wyholował ze dwa leszcze, dosyć potężne. A ja w tym czasie złowiłem tylko kilka małych okoników. Nieznajomy popatrzył krytycznie na moje ryby, na moją wędkę i zaproponował, bym zmienił zestaw. Nie byłem przygotowany, ale nieznajomy podarował mi swój koszyczek - miał drugi. Spodobał mu się mój sprzęt i chciał, bym spróbował jego metody. Dysponowałem wtedy Germiną 4,5 m i niezłym kołowrotkiem. Założyliśmy ten jego koszyczek, wytłumaczył mi, jak go zarzucić, jak ustawić i po kilkunastu minutach też wyholowałem leszcza i dwie ładne płocie. Koledzy zrobili kolację, więc odłożyłem wędkę. Nieznajomy spytał, czy może sobie na nią połowić. Zgodziłem się i gdy wróciłem po godzinie, zobaczyłem dwa trzykilogramowe leszcze. Odstąpił mi je, stwierdzając, że gdyby miał taką wędkę jak moja, siałby w wodzie straszliwe spustoszenie. Jeździłem tam jeszcze kilkakrotnie, stosowałem koszyczek lecz zmodernizowałem go troszkę. Stosowałem różnego rodzaju obciążenia ołowiane, dzięki czemu mogłem łowić w szybszym nurcie, w jakiejś rynnie, i koszyczek nie był stamtąd wyrzucany. Ale w wolniejszym nurcie lepsze rezultaty dawało łowienie na koszyczek nie obciążony, gdyż w momencie kiedy on się przemieszczał po dnie, wypadały z niego wszystkie płatki. Gdy był nieruchomy, poruszałem nim co jakiś. Płatki wysypywały się , ale takie poruszanie płoszyło trochę rybę. Metoda powolnego toczenia po dnie dawała lepsze wyniki. Takie było moje pierwsze spotkanie z koszyczkiem. Zanętą były najpierw suche płatki owsiane, później wzbogacaliśmy zanętę dodając do niej białe robaczki. Stosowaliśmy koszyczki różnego rodzaju, większe, mniejsze, stojące i takie które otwierały się na dnie. Mocowaliśmy koszyczek na głównej żyłce, albo mocowaliśmy go do troczka, tak by znajdował się na wysokości przyponu. Stosowaliśmy różne sposoby.
- A który wariant był najlepszy? Czy zależało to od warunków łowiska?
- Wtedy łowiłem na Wiśle; w Kamieniu, w Braciejowicach. Później odkryliśmy łowisko w Józefowie. Przyjeżdżało tam kilka osób z Kraśnika, kilka z Lublina, ale te tamy - było ich chyba ze trzy - nie były tak oblegane i w ciągu tygodnia można tam było sobie spokojnie połowić. Stosowałem taką metodę jak pod Dęblinem. Za główką, gdzie nurt był wolniejszy i woda krążyła nie obciążony koszyczek dawał najlepsze rezultaty.
- Mocowałeś go na głównej żyłce?
- Na głównej żyłce. Później wymyśliłem inne zamocowanie: mocowałem koszyczek na bocznym troczku, ale przyczepionym obydwoma końcami do żyłki głównej. Zestaw lekko podciągałem po zarzuceniu i wtedy koszyczek znajdował się niedaleko przyponu, blisko haczyka. A gdy ryba pociągała, ten zestaw stawiał mniejszy opór. Gdy ryba ciągnęła przynętę, żyłka przesuwała się.
- Stosowałeś dodatkowy ciężarek, czy tylko ten co był w koszyczku?
- Tylko ten co był w koszyczku. Można było założyć jakiś przelotowy ołów na głównej żyłce, ale taki zestaw często zaczepiał się miedzy kamieniami i urywało się go często. Ale zaznaczam, że łowiłem na wolnym nurcie.
- A na szybszym?
- Kiedyś próbowaliśmy w Braciejowicach łowić brzany. To było w tym czasie, kiedy budowano tam klatkę. Stosowaliśmy tam bardzo ciężki ołów na żyłce głównej. Ale najczęściej zakładałem nie obciążony koszyczek. Przypon długości 35 - 40 cm. Niektórzy z miejscowych wędkarzy, jak widziałem, stosowali jeszcze krótsze, piętnastocentymetrowe przypony. I też mieli dobre efekty. Zarówno krótsze jak i dłuższe przypony plątały się podczas rzutu, stosowaliśmy rureczki antysplątaniowe. Łowiłem tą metodą dość długo, do momentu gdy pojawiły się pierwsze drgające szczytówki. Sprawiłem sobie takie wędki; jedną dłuższą, mocniejszą, do łowienia cięższymi zestawami - firmy ABU, trzyczęściową o długości 4 m. Drugą delikatną, trzymetrową Balzera, z bardzo delikatnymi szczytówkami. Brakowało wtedy literatury. Musiałem sam dochodzić do tego, jak posługiwać się tym wędkami, jak zakładać ciężarki i koszyczki. Zacząłem tym łowić na Wieprzu. Żyłkę główną stosowałem 0,18 - 0,20 mm, na nią zakładałem ciężarek w kształcie łezki, o masie ok. 10 gramów i do tego przypon 0,12 - 0,14, długości 30 - 40 cm. Haczyki niewielkie:12 - 14. Zakładałem na nie pęczek białych robaczków, płatki owsiane, czasem dżdżownice. Nęciłem kulami zanętowymi przygotowanymi do łowienia na Wieprzu. Gdy nurt był szybki, dodawałem żwir. Znałem dobrze topografię dna, wiedziałem gdzie jest przykosa, gdzie biegnie jakaś rynna, kładłem tam kule i zarzucałem zestaw. Naprężałem lekko żyłkę i obserwowałem szczytówkę. Początkowo popełniałem mnóstwo błędów. Wędkę ustawiałem stromo, pod kątem 45 stopni, żeby było ją lepiej widać. Z czasem nabrałem doświadczenia i ustawiałem wędkę na podpórkach. Jeżeli brzeg był wysoki i wysokość między lustrem wody a brzegiem wynosiła około półtora metra ustawiałem wędki równolegle do lustra wody, tak, by żyłka biegła pod pewnym kątem do wody. I obserwowałem. I znów popełniłem mnóstwo błędów, ponieważ nie wiedziałem, jak to branie ma wyglądać. Oglądałem filmy z Johnem Wilsonem i u niego brania były dosyć mocne, wręcz potężne. Mocne, zdecydowane targnięcia szczytówki. Czekałem na takie brania, ale ich nie było - jakieś drgania, skubnięcia. Przy wyjmowaniu zestawu, okazywało się, że robaki były zjedzone. Była więc ryba, tylko ja o tym nie wiedziałem. Aż pomógł mi przypadek. Zarzuciłem niecelnie, chciałem poprawić i podczas ściągania poczułem lekkie uderzenie - był to pewnie okonik. Opuściłem przynętę, opadła dwa metry obok mnie i widziałem jak leży. W pewnym momencie podpłynęła płotka, wzięła robaczki do pyszczka, skubnęła raz i drugi i zaczęła spływać. Zaobserwowałem, że podczas tego brania szczytówka drżała lekko, delikatnie. Nie zdążyłem zaciąć - płotka poczuła opór i wypluła przynętę. Wiedziałem już mniej więcej jak to branie wygląda. Szczytówki były naprawdę bardzo czułe. Najpierw zaczynała lekko drgać żyłka, potem szczytówka i gdy obserwowałem mocniejsze szarpnięcie delikatnie zacinałem. Nie tak, jak to robi jeszcze wielu wędkarzy, że biorą kij w dwie ręce, wstają ze stołka i zacinają zamaszystym ruchem. Wystarczało tylko przytrzymać delikatnie. Przy ostrym haczyku wystarczało to całkowicie by zaciąć rybę długości 30 - 35 cm. A jeżeli ryba jest duża, to podczas zamaszystego zacinania pęka przypon. A hol? Każdy wędkarz ma swoje metody. Na rzekach, jeżeli wybieram stanowisko, od razu przygotowuję sobie miejsce do wyjmowania ryby, jakieś 15 m poniżej. I tam kładę podbierak. Jest to ważne, unika się nerwówy, gdy duża ryba jest już na wędce. Druga ważna rzecz, szybkie odholowanie zaciętej sztuki powoduje, że ryby mniej się płoszą i szybciej wracają do zanęty. I przyznam ci się, że miałem kilka ciekawych przypadków.
- Jakich?
- Przyjechałem kiedyś nad Wieprz, właśnie kończyli łowić wędkarze z Puław. Łowili od czwartku. Zapytałem o wyniki. Mieli dwa duże sandacze, kilka leszczy. Przegrali też kilka razy w nocy z jakąś silną rybą, która parła pod prąd. Pokazali, gdzie łowili - były to znane dobrze miejscówki, zanęcane. Spytałem na co łowili, okazało się, że na groch. Akurat nie miałem grochu, ale zostało im parę ziarenek i zostawili mi. Woda tam była głębsza, w granicach dwóch metrów, taki solidny dół. Zmontowałem mocniejszą drgającą szczytówkę. Zanęciłem jeszcze troszeczkę. I wtedy zobaczyłem pierwszy raz porządne branie na mojej szczytówce.
- Takie, jak u Wilsona?
- Jeszcze inne niż u Wilsona. Wędka leżała na niskich podpórkach, szczytówka znajdowała się na skraju brzegu, tam, gdzie rozpoczynała się woda. Wystawała może około 20 - 30 cm. I nagle wygięła się i ułożyła do kształtu brzegu. Nie trzeba było zacinać. Od razu odezwał się hamulec. Przytrzymałem wędkę, poczułem potężne murowanie. Nieraz trudno ocenić czas holu, emocje sprawiają, że wydaje się dłuższy, ale tę rybę holowałem przez dziesięć minut i nie widziałem jej! Gdzieś po siedmiu minutach chciałem zobaczyć co to, ale nie forsowałem. I w końcu podpłynęła do powierzchni... brzana. Prześliczna, potężna brzana. Wyholowałem ją, nie mogłem skorzystać z podbieraka, gdyż podczas holu chodziła w górę i w dół rzeki i spłynęła poniżej naszykowanego podbieraka. Wyjąłem ją w ten sposób, że kiedy otworzyła pyszczek, włożyłem delikatnie do środka palec i powoli, powoli wyjąłem ją. Nie rzucała się, tak była wymęczona. Prześliczna, aż się dusza radowała. Zrobiłem jej zdjęcie. Zmierzyłem - miała 76 cm, ważyła 3,5 kg. Wypuściłem ją. Włożyłem do wody, trzymałem na rękach. Oddychała bardzo powoli, leżała na moich rękach wymęczona, potem powoli spłynęła i stała koło brzegu przez pół godziny, wreszcie zniknęła. Widać, że ta walka odbiła się na jej zdrowiu. Miałem i inne fajne brania, złowiłem dwa piękne okonie, w granicach 40 cm, na pęczek czerwonych robaków, bez koszyczka. Też było potężne uderzenie, wygięta szczytówka, ale hol był krótszy. Gdyby to były okonie jeziorowe, to pewnie byłyby moimi rekordowymi, ale w rzece okonie są nieco szczuplejsze. Inna budowa. Były za to bardzo smaczne. Łowiłem też klenie. Na pszenicę. Nauczyłem się ją przygotowywać. Tak według przepisu: jedna część pszenicy, trzy części gorącej wody, trzymać w termosie kilka godzin. Bardzo dobra przynęta. Udało mi się na nią złowić dwa klenie. Nie ważyłem ich. Jeden miał 75 cm, drugi 73 cm. Jak smoki. Tego większego jak holowałem do brzegu to pomyślałem sobie: "urwij się, bo jak ja cię wyciągnę?" Ale się nie urwał, mimo że haczyk trochę mu pyszczek rozorał. Ale długo nie odpoczywał, uciekł od razu. Łowiłem też jazie no i płocie.
- Czym napełniasz koszyczki?
- Największe efekty są wtedy, jak się je napełni białymi robakami.
- Samymi robakami?
- Same białe robaki. Oprócz tego stosuję zanętę w kulach. Nie robię swoich zanęt, stosuję gotowe. W Lublinie jest tylu specjalistów, Darek Ciechański i inni. Najlepsze efekty miałem stosując przynęty Gutkiewicza. Przynęty Gutkiewicza stosowałem zgodnie z przeznaczeniem, tak jak pisało na torebkach, na rzeki, na wody szybsze, wolniejsze. Dodawałem do nich różne komponenty, zgodnie ze wskazówkami. Zanęty Gutkiewicza okazały się najlepsze. Stosowałem te zanęty i dodawałem białych robaków. Przekonałem się wielokrotnie, że na takiej rzece, gdzie nie ma aż tylu wędkarzy, nikt nie siedzi codziennie i nie nęci, to nawet podczas "bezrybnego dnia" gęsto sypane białe robaki zwabiały rybę i te dwie - trzy sztuki można złowić. A gdy dzień był rybny, bez skoków ciśnienia... Właśnie, mam kilka zbiorników po 500 l, w nich ryby, afrykańskie co prawda, i... różnie to bywa. Czasami są skoki ciśnienia i ryby żerują, a nieraz wydawałoby się jest pogoda idealna, ciśnienie ustalone, a ryby są drętwe i ospałe. Nie takie to więc proste. Trudno określić dzień i porę dnia, kiedy ryby będą brały.
- Też tak uważam. Jest jakiś inny czynnik trudny do zmierzenia, ale związany ze zmianami atmosferycznymi. Ciśnienie łatwo zmierzyć - wystarczy spojrzeć na barometr, ale to nie tylko o zmiany ciśnienia chodzi.
- Ja też w końcu rozmaicie się czuję. Może pogoda być dobra, a nie mam ochoty na nic. Ryby także nie zawsze są wściekle głodne. Wyjątkowo zdarzają się takie dni, wędkarze nazywają je "dniem konia", kiedy biorą na wszystko. A w rzece dochodzi jeszcze więcej czynników, wahanie poziomu wody, puszczenie ścieków itd. Ale wracając do Wieprza, obserwowałem miejscowych wędkarzy. Łowili w soboty i w niedziele, kiedy dysponowali czasem. Sympatyczni, uczynni. Rozmawialiśmy później i porównywaliśmy wyniki. Łowili na przystawkę, to bardzo popularna metoda.
- Jedyna, na większą rybę.
- Tak. Żyłkę stosowali grubą, solidne obciążenie, spore spławiki. Wstawiali to w jakieś swoje miejsca, w jakieś zawirowanie czy dołek, czekali cichutko i mieli efekty. Łowili duże leszcze, płocie, brzany. Byli lepsi do czasu, kiedy nie poznałem ich miejsc, bo przy doskonalszym sprzęcie, przy udoskonalonej metodzie, nawet przy doskonalszej wersji tej przystawki mieliśmy efekty lepsze. Oni łowili na pszenicę, groch, pęczak - my na białe robaki. Zauważyliśmy, że po dwóch - trzech miesiącach ryby przestawały brać na przynęty roślinne i preferowały robaki. Nęciliśmy dość intensywnie, podczas jednego łowienia zużywaliśmy przez cały dzień 2 - 3 l białych robaków. Na takie dwa, trzy stanowiska, to było sporo. Przekonałem się, że miejscowi wędkarze mają przewagę dotąd, dokąd nie uda mi się rozpoznać łowiska i nie dobiorę metody. Najczęściej jest to udoskonalona wersja metody miejscowych wędkarzy. Cieńsze żyłki, lepsze haczyki, wędziska, kołowrotek. Lepszy sprzęt daje mniej szans rybie.
- Każde branie jest wykorzystane...
- Z tym, że muszę ci powiedzieć, że nie zdarzało mi się żebym w czasie wyjazdu złowił dwadzieścia leszczy, albo pięćdziesiąt płoci. Nie. Udawało mi się złowić trzy - cztery leszcze, o wadze półtora do dwóch kilogramów, jednego czy dwa jazie półtorakilogramowe, klenia 70 - 80 dag, karpia 2 -3 kg. Nie łowię wielkich ilości ryb, pomimo, że wydaje mi się że dobrze łowię.


Andrzej Trembaczowski
WYDAWCA:
Krokus Sp. z o.o.
ul. Jaracza 76
90-251 Łódź, POLSKA
Telefon:
+48 42 678-15-90
+48 42 678-15-95
Fax:
+48 42 678-15-99
E-Mail:
biuro@krokus.com.pl
office@krokus.com.pl

TYMCZASOWE KOLEGIUM REDAKCYJNE:
Radek Gościmski
Wojtek Górny
Piotrek Onikki-Górski
Andrzej Trembaczowski

OPRAWA INTERNETOWA:
Krokus

PROJEKT
Krokus

©1999-2000 Wszelkie prawa zastrzeżone dla Krokus Sp. z o.o.
Teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych
.

 



Reklamy KrokusUsługi poligraficzneWszywki i metki odzieżoweWędkarstwoOpen source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooPozycjonowanie