POTWORY Z PIASECZNA
NR 52 - 31 MAJA 2001
Wydawca: KROKUS sp. z o. o. oraz Zespół Rybiego Oka
Numery Archiwalne
Numer Aktualny
Rybie Oko
Forum Dyskusyjne

 


































Dwudziestego pierwszego kwietnia, czyli dwa tygodnie po uroczystym otwarciu, właściciele oraz prowadzący Łowisko Piaseczno zorganizowali imprezę pod hasłem "spotkanie z wędką". Zostali na nie zaproszeni muchujący wędkarze z Trójmiasta, Szczecina, Elbląga oraz z Łodzi. Wśród uczestników nie zabrakło osób aktywnych na naszym serwerze. Z grona Rybiego Oka dotarli nad Piaseczno Mirek Ćwikliński, Artur Łaniewski, Jacek Naliwajek, Darek Studziński, Jarek Ziarnicki i ja - Michał Sopiński.

   

   Przybyłych gości powitali gospodarze - Klaudiusz Buzalski i Artur Banachowski. Przypomnieli obowiązujące na łowisku zasady: łowić można wyłącznie metodą muchową, sugeruje się stosowanie haczyków bezzadziorowych lub przyginanie zadziorów w muchach, zaś złowione ryby wracają do wody. Artur do spotkania o charakterze towarzyskim wprowadził element rywalizacji. Ogłosił konkurs na największą złowioną rybę. Dla zwycięzcy przygotował nagrodę-niespodziankę.    Około godziny 10-tej uczestnicy, w pełnym rynsztunku bojowym zameldowali się w przystani. Łowiący mieli do dyspozycji przygotowane łodzie wyposażone w elektryczne silniki, natomiast ci, którzy mieli ochotę łowić "bliżej natury" oraz chcący poczuć dodatkowy dreszczyk emocji mogli wybrać wędkowanie z pływadełek "belly boat". Mieliśmy czas do obiadu, czyli do godziny 14-tej.
   Do łódki wsiadłem wspólnie z Mirkiem Ćwiklińskim. Obaj parokrotnie już mieliśmy okazję łowić w Piasecznie. Postanowiliśmy nietypowo zacząć od obławiania trzcin nieopodal miejsca startu. W tym samym kierunku popłynęły jeszcze trzy łódki. Przez pierwsze półtorej godziny próbowaliśmy rozmaitych sposobów przechytrzenia ryb. Łowiliśmy na sprawdzające się zazwyczaj muchy ochotkowate, testowaliśmy cały arsenał mikro-muddlerów. Bezskutecznie. Ryby ignorowały nasze przynęty. Było to tym bardziej frustrujące, że na sąsiednich łódkach co jakiś czas uniesione w górę muchówki wyginały się pod ciężarem holowanych ryb. A u nas nic. Absolutne zero. Nawet przytrzymania. Wreszcie miłe szarpnięcie... siedzi. Po kilku chwilach holu, szczęśliwy wyjąłem z wody niespełna kilowego łososia. Czyli nie wszystkie ryby się na nas pogniewały. W trzecim kolejnym rzucie tępe przytrzymanie i gwałtowny odjazd ryby w kierunku środka jeziora. Wyskok tęczaka zaparł mi dech w piersiach. Miał ponad czwórkę. Niestety, wykonana świeca przyniosła efekt - pstrąg pozbył się streamera. Szkoda, to mógł być TEN, największy. Potem jeszcze w tym samym miejscu Mirek wyjął pstrąga tęczowego o wadze około dwóch kilogramów. A później znów wiele rzutów bez brania.
   Postanowiliśmy zmienić miejscówkę. Popłynęliśmy do sprawdzonej zatoczki w północnej części jeziora. Przed przewężeniem zawsze stały najpierw łososie, nieco bliżej przewężenia tęczaki. Przybrzeżne partie wody w zatoce były regularnie patrolowane przez dobrze widoczne z racji jasnozłotego ubarwienia, albinotyczne pstrągi tęczowe.
   Dzięki elektrycznemu silnikowi zmiana miejsca zajęła ledwie kilka minut. Już pierwsze rzuty w nowym miejscu przyniosły efekt w postaci przepięknie wybarwionych, miedzianych pstrągów potkowych z ogromnymi, czerwonymi kropami. Tak pięknie wybarwionych potokowców jeszcze nie widziałem. Z przybrzeżnego wypłycenia wyjąłem trzy sztuki. Także Mirek miał potokowca. W pewnym momencie obaj zauważyliśmy sunącego pod powierzchnią wody albinosa. Na zmianę próbowaliśmy skusić go do zagryzienia podtykanych pod pysk przynęt. Po drugim podaniu mojej pijawki tęczak zmienił kierunek i odprowadził kawałek przynętę. Nie dał się jednak sprowokować do brania. W kolejnym rzucie dał się przechytrzyć. Błyskawiczny odjazd świadczył o tym, że ryba już od dłuższego czasu cieszyła się wolnością w jeziorze, pewnie nie raz też miała kontakt z wędkarzem. Albinosy, stosunkowo łatwe do wypatrzenia, są jednymi z wdzięczniejszych obiektów polowań muszkarzy łowiących w Piasecznie. Ryba uciekała w takim tempie, iż nie zdążyłem odpowiednio ułożyć sznura, który błyskawicznie wyciągany przez pstrąga owinął mi się wokół palca. Chwila przytrzymania "na sztywno" wystarczyła, by ryba rozgięła grot haka i uwolniła się z pułapki. Szkoda, był to jeden z większych albinosów, jakie miałem okazję widywać w tym jeziorze.
   Humor dosyć szybko poprawiłem sobie przyzwoitym łososiem. Siła ryby sprawiła, iż hol dostarczył emocji a prawe przedramię, podtrzymujące wędkę zaczęło pobolewać. Potem nastąpiła kilkunastominutowa przerwa w braniach. Dotychczas kotwiczyliśmy naszą łódź kilkanaście metrów od brzegu i podawaliśmy muchy niemal pod same krzaki rosnące na skraju wody i lądu. Spróbowałem rzucić odwrotnie. Po trzecim rzucie w stronę środka zatoki tępe przytrzymanie. Powoli odzyskiwałem kolejne metry sznura. Ryba walczyła dziwnie. Niemal zawsze wiedziałem co holuję po zachowaniu ryb na haku. Potokowce usiłowały się uwolnić gwałtownymi młynkami. Tęczaki łagodnymi, choć zazwyczaj silnymi odjazdami uprawiały swoiste przeciąganie liny. Łososie z kolei uciekały w stronę dna, przy podciągnięciach wachlując ogonem na powierzchni wody. Tym razem jednak holowałem kłodę. Kłodę dającą jednak oznaki życia. Czyżby wziął karp? Słyszałem, że w jeziorze są kilkukilowe nawet okazy. Zdarzało mi się już łowić karpie na muchę. Czyżby znów? Ale karpie nie żerują w toni, a branie nastąpiło wpół wody. Po kilku chwilach tajemnica się wyjaśniła. To okazały tęczak. Bez większych problemów trafił do podbieraka. Pięknie wybarwiony z mnóstwem drobnych, charakterystycznych dla gatunku ciemnych kropek i ogromnym, równym ogonem. Dziwne - wyglądał jak stary mieszkaniec jeziora, jednak w czasie holu zachowywał się jak pstrąg hodowlany. Nie walczył zbytnio o życie. Może wiedział, że i tak wróci do wody i nie chciał wyłącznie dla naszej przyjemności tracić sił. Pstrąg był naprawdę duży. Może nie tyle długi co strasznie wypasiony. Z wrażenia zapomniałem, że w kieszeni mam wagę. Refleksja przyszła za późno. Ryba właśnie majestatycznie wracała do swojego naturalnego środowiska. Wspólnie z Mirkiem oszacowaliśmy go na 4-5 kilo. Nawet nie zwróciliśmy uwagi, że od pewnego czasu siąpiła mżawka.
   Która to godzina? Oj, niebawem obiad. Po trzy rzuty i spływamy. I jak to często bywa, chyba w siódmym "ostatnim" kolejne branie z głębokiej wody. Tym razem ryba dość szybko przewaliła się pod powierzchnią. Aż mi się zrobiło słabo. Tęczak, ale... duuuuużo większy od poprzedniego. Mirek aż odłożył wędkę. Tylko czy uda się go wyjąć? I znów hol przypominający ciągnięcie krowy za łańcuch. Walka nie tyle z siłą pstrąga, co z jego masą. Poprosiłem kolegę z łódki o podniesienie kotwicy. Nie chciałem by ryba owinęła przypon wokół liny. Nie wiem ile trwał hol. Pamiętam tylko, że co jakiś czas musiałem podtrzymywać wędkę lewą ręką by dać odpocząć prawej. Łowiłem trzymetrówką St.Croix z serii Legend Ultra w klasie AFTMA #6. Sznur (pływająca WF-ka z wolnotonącym przyponem Antropika) z muchą łączył ponadtrzymetrowy odcinek żyłki o średnicy 0,23. Czy żyłka aby na pewno wytrzyma? Powoli dociągnąłem rybę do burty. Jeszcze kilka niezbyt długich ani szybkich, jednak zdecydowanych odjazdów pstrąga i sięgnąłem po podbierak. Wszystkie ryby od początku do końca łowiłem sam. Tym razem jednak miałem problem. Ryba nijak nie chciała się zmieścić. Mimo chęci niesienia pomocy przez Mirka w końcu samodzielnie upchnąłem tęczaka do siatki. Musiałem odłożyć wędkę by oburącz podnieść podbierak do łodzi. W pierwszej próbie nie udało mi się. Dopiero gdy schwyciłem nie rękojeść lecz obręcz trzymającą siatkę, dałem radę wyrwać ciężar z wody. Tym razem pamiętałem już o wadze. Nie na wiele się jednak zdała. Skala kończy się na sześciu kilogramach. Wskaźnik wagi sięgnął ogranicznika. Ryba była cięższa. Oszacowaliśmy ją na jakieś siedem, siedem i pół kilograma. Jeszcze szybka sesja zdjęciowa i tęczak wrócił do wody. Na obiad popłynęliśmy w wyśmienitych humorach.
   W "drugiej turze" dołowiliśmy jeszcze po kilka ryb. Nie było już jednak nic dużego. A może po prostu ten ostatni tęczak wypaczył nam skalę? Wyjęliśmy trzy spore łososie, które dostarczyły nam dodatkowych emocji z racji swojej waleczności. W sumie w sobotę złowiłem trzy potokowce, trzy łososie (w tym dwa większe) i trzy tęczaki, z których dwa były duże. Przy kolacji dowiedziałem się, że udało mi się zwyciężyć w konkursie. Mój tęczak był największą rybą złowioną tego dnia. Nagrodą okazała się butelka pysznej Tequili. Wieczór spędziliśmy w hotelowym barze na wędkarskich pogaduszkach przy piwie oraz przy grze w bilard. Dzięki temu ostatniemu stałem się szczęśliwym posiadaczem kilku ciekawych wzorów much z pudełka Artura Banachowskiego.
   Następnego dnia wypłynęliśmy jeszcze przed podróżą powrotną na trochę na wodę. Zdecydowanie ładniejsza pogoda sprawiła, że ryby miejscami żerowały przy powierzchni. My jednak uparcie łowiliśmy sprawdzonymi wzorami streamerów. Miałem jednak wrażenie, że istotniejszym elementem od wzoru muchy był sposób prowadzenia przynęty. Należało ściągać je w umiarkowanie szybkim tempie. Ważniejszym czynnikiem był jednostajny ruch wabika. Należało unikać podszarpywania. Ryby były ospałe.
   W niedzielę złowiliśmy cztery łososie, dwa potokowce i tęczaka albinosa. Nawet zabrana na krótki "turystyczny" rejs po jeziorze przedstawicielka płci pięknej - Ada, wyholowała przyzwoitego pstrąga tęczowego.

Michał Sopiński

 

  Zainteresowanych zasadami łowienia w jeziorze zapraszamy do odwiedzenia stron internetowych Łowiska Piaseczno lub stronna jego temat zamieszczonych na naszym serwerze
WYDAWCA:
Krokus Sp. z o.o.
ul. Jaracza 76
90-251 Łódź, POLSKA
Telefon:
+48 42 678-15-90
+48 42 678-15-95
Fax:
+48 42 678-15-99
E-Mail:
biuro@krokus.com.pl
office@krokus.com.pl

TYMCZASOWE KOLEGIUM REDAKCYJNE:
Radek Gościmski
Wojtek Górny
Piotrek Onikki-Górski
Andrzej Trembaczowski

OPRAWA INTERNETOWA:
Krokus

PROJEKT
Krokus

©1999-2000 Wszelkie prawa zastrzeżone dla Krokus Sp. z o.o.
Teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych
.


Reklamy KrokusWędkarstwo spinningoweWędkarstwoSklep wędkarskiWszywki i metki odzieżoweeZ Publish