PRZEGRANE
NR 52 - 31 MAJA 2001
Wydawca: KROKUS sp. z o. o. oraz Zespół Rybiego Oka
Numery Archiwalne
Numer Aktualny
Rybie Oko
Forum Dyskusyjne

 


Temat wywołany na Forum spowodował, że zajrzałem do notatek sprzed trzydziestu lat, z czasów bambusowych gruntówek i fascynacji sandaczami. Przypomniałem sobie spotkania z wielkimi rybami, a każda z nich mogła stać się życiowym rekordem. Spotkań zakończonych porażką. Porażka zawsze jest przykra, ale paradoksalnie, może właśnie te nie złowione ryby pamięta się dłużej? Wszystkie opisane niżej przygody zdarzyły się w jednym miejscu - w Zaklikowie pod młynem na rzece Sannie. Przez wiele sezonów było to moje ulubione łowisko.


   Dzień był ponury, pochmurny i wietrzny, jak często bywa w końcu września, niezbyt zachęcający do wyruszania gdziekolwiek. Ale to był jeden z tych kilku ostatnich, wakacyjnych dni, jakie mi jeszcze pozostały! Nie miałem przynęty - wybrałem się z jednym tylko żywczykiem, dziesięciocentymetrową piekielnicą. Nie zamierzałem jednak rezygnować. To nie wchodziło w rachubę. Postanowiłem przycupnąć gdzieś, w jakimś zacisznym, osłoniętym od wiatru miejscu. Szkoda mi było nawet takiego dnia.
   Właśnie otworzyli śluzę i woda z szumem spadała spienioną kaskadą pomiędzy rząd czarnych pali. Tam, na ich skraju, postawiłem z gruntu - na sandacza. Może weźmie w tak ciemny dzień? Niewielką bambusówkę położyłem na trawie, wysnułem trzy metry żyłki z kołowrotka i przycisnąłem piaskiem. Pomiędzy końcówką a lustrem wody przyczepiłem do żyłki źdźbło trawy - sygnalizator brań. Drugą, lekką wędeczką próbowałem złowić żywczyka, ale ryba nie brała.
   Do wieczora było jeszcze dość czasu, pomimo to na łowisku nie widziałem nikogo. Ostatni wędkarz odchodził właśnie, na chwilę przystanął, porozmawialiśmy, wymieniliśmy najświeższe informacje o rybach i poszedł. Zostałem sam. Spławiczek lekkiej wędki drgnął raz i drugi - pewnie jakaś płotka zainteresowała się wreszcie robaczkiem. Zależało mi na żywcach, obserwowałem więc bacznie ewolucje spławiczka, gdy wtem kątem oka dostrzegłem, jak przywiązana do żyłki trawka tnie wodę. W ślad za nią sunęła i wędka! Chwyciłem ją w ostatniej niemal chwili. Palcami trafiłem na rozpędzoną korbkę kołowrotka. Zaciąłem. Bambus wygiął się w łuk. Poczułem, jak tam, w głębinie, przewaliło się potężne cielsko. Siła ryby zaskoczyła mnie kompletnie. Złowione tutaj sandacze nie przekraczały trzech kilogramów, a ten to był okaz, o jakim nawet nie marzyłem! Nie przypuszczałem, że może w ogóle istnieć w tej rzece! Takiej siły nie czułem jeszcze na wędce, a cóż mogłem przeciwstawić? Krótki, elastyczny bambusik z małym kołowroteczkiem??! W dodatku sandacz już siedział między palami. Co teraz? Jak go stamtąd wydostać? Jak skierować na szerszą, wolną od zawad wodę? Poczułem się bezradny; przecież nawet nie zwinę szybko żyłki tym kołowrotkiem! Trzeba natychmiast cofnąć się...
   Ta chwila niezdecydowania zaważyła - sandacz ruszył do przodu i owinął żyłkę o pal... I to był koniec. Próbowałem jeszcze coś zrobić, lecz bez łódki, której w pobliżu nie było, nic nie mogłem uczynić. O płynięciu wpław nawet nie myślałem. Łudziłem się jeszcze, że może ryba sama się jakoś odkręci - daremnie. Zrezygnowany urwałem przypon...
   Kilka lat później opowiadał mi napotkany wędkarz, że znalazł poniżej młyna martwego sandacza - miał metr długości. Data zgadzałaby się. Była więc to obustronna przegrana.

*

   Przyjechałem we wrześniu, po egzaminach, spragniony odprężenia. Sandacze, te złowione w czerwcu i te czekające jeszcze, przyciągały nieodparcie. Pełen nadziei rozłożyłem się w ulubionym miejscu. Rozstawiłem gruntówki i przycupnąłem pod krzakiem. Byłem absolutnie pewny sukcesu, noc zapowiadała się pochmurna, woda sięgała wysoko, miałem żywce. A sandacze w tym sezonie żerowały wspaniale i miałem szczęśliwą serię. Prawie za każdym wyjazdem coś wzięło, czasami natychmiast po postawieniu gruntówek, czasem w środku nocy, nieraz dopiero nad ranem. Same dorodne sztuki! Stale uważałem więc, by nie przegapić takiej szansy. Od wędek niemal nie odchodziłem!
   Ta noc ślimaczyła się, jak wszystkie noce wrześniowe. Powoli traciłem i zapał, i nadzieję. Dawno schrupałem ostatniego sucharka, a pomimo grubych swetrów wcale nie było mi ciepło. Kilkakrotnie podrywałem się, sądząc że już. Chwytałem wędzisko - na próżno, zmęczony wzrok płatał figle... Nie pozostało już nic innego, jak trwać, marznąć i czekać świtu. O czwartej zamierzałem przenieść się na spiętrzony odcinek, zapolować tam na szczupaki. I właśnie za kwadrans czwarta, gdy pierwszy brzask rozjaśniał atramentowe niebo, stało się to, na co tak czekałem, tracąc z wolna nadzieję. Stojący ukosem bambus zakołysał się gwałtownie. Tym razem to nie złudzenie: jedzie żyłka!!! Natychmiast, otrząsając się z półsnu, chwyciłem dziwnie jakoś niezgrabnie, jakby nie swoimi rękami, drgający bambus. Pozwoliłem, by ryba wyciągnęła jeszcze kilka metrów żyłki i poderwałem wędzisko!
   Był, ale ledwo właściwie zdołałem to sobie uświadomić. Tak jak zwykle starałem się przybliżyć go ku sobie, byle dalej od zdradliwych kołków. Potężne szarpnięcie, świadczące, że nie z byle kim mam do czynienia, i żyłka flaczeje... Fakt ten dociera do świadomości, nieoczekiwany i przykry, jak brzęk rozbitego naczynia... Trudno pogodzić się, że to już koniec, że nic się już nie poradzi. Spory, kilkukilogramowy sandacz poszedł...
   Niejedną dużą rybę straciłem, lecz nigdy jeszcze nie odczułem tego aż tak dotkliwie, bo stopniowo jak ta noc mijała, malały moje szanse, narastało zwątpienie. I kiedy nie liczyłem już na nic, los błysnął mi przed oczyma nieoczekiwaną szansą, prawie pozwolił zakosztować sukcesu, by potem złośliwie odebrać to szczęście na powrót...
   Odeszła mi całkiem ochota na dalsze łowienie. Wracałem pomału, ze spuszczoną głową, z poczuciem krzywdy. Dopiero w pociągu otrząsnąłem się. Tak ma być; nie raz trzeba poczuć piasek w zębach, żeby docenić smak miodu...

**

   Drugą noc z rzędu czatuję na sandacza. Wciąż bezskutecznie, a tyle obiecywałem sobie po tym wyjeździe. Przecież to koniec czerwca, okres intensywnego żerowania - niemożliwe, żebym wrócił z niczym. Nie o tej porze roku i nie podczas takiej pogody! Od kilku dni jest ciepło, słonecznie, wyżowo. Sympatyczne, jakby lukrowane obłoczki w dzień i pogodne, bezksiężycowe noce - trudno o lepsze warunki. Stan wody też taki jak trzeba, kilka dni temu padało...
   Poprzednią noc przesiedziałem w napięciu obserwując szczytówkę. Sandacz wziął mi z wieczora, prawie zaraz po postawieniu wędki zakołysał gwałtownie końcówką. Cóż, kiedy żyłka zaczepiła o jakieś patyki... Nie skusił się już ponownie. O świcie żerował daleko, na środku rozlewiska; postawiłem tam - nie wziął...
   Pusto nad wodą, nikogusieńko. Minęła północ, ciemny granat nieba pobladł lekko. W zaroślach buszują szczury, w trawie coś brzęczy. Woda z szumem spada ze śluzy. Wszystko widać wyraźnie dookoła, choć to środek nocy i nie ma księżyca. Czerwiec... Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego sandacze nie żerują.
   Wtem jasny kształt zburzył wodę tuż za ostatnimi kołkami. Sandacz. Dlaczego nie bierze? Przecież rzuciłem tam właśnie! Jakby w odpowiedzi wbity ukośnie bambus zakołysał się gwałtownie. Tym razem nawet nie ruszyła żyłka, kiełbika zdarło... Czekałem dalej, skoncentrowany, wpatrując się w czarną kreskę szczytówki na tle atramentowego nieba - nie wziął.
   Świt. Daleki gwizd lokomotywy przypomniał, że czas łowów dobiega końca. Miałem zresztą dość bezskutecznego wysiadywania. Po dwóch nieprzespanych nocach czułem się jak zaczadzony. Koniec. Postanowiłem dotrwać do czwartej i odjechać porannym pociągiem.
   Ranek wstał szary. Pokryta pianą powierzchnia rozlewiska wyglądała martwo. Żadnych oznak życia. Nawet ryby nie spławiały się. Na drugim brzegu wrony powitały wstający dzień swarliwym krakaniem. Powoli rozpocząłem pakowanie. Nagle na skraju zatoczki pod drugim brzegiem trysnął gejzer wody. Grube, białawe cielsko przewaliło się na powierzchni!
   Rzut był nad podziw udany, pomimo sporej odległości. Rzuciłem nieco bardziej na głębię, dokąd zapewne podążała ryba. Zrobiłem to całkiem automatycznie, bezwiednie prawie, na nic nie licząc. Ledwo wbiłem grot w ziemię, ruszyła żyłka. Powoli, płynnym ruchem, wysnuło się kilka metrów. Nie chciałem wprost wierzyć - tak zaraz?! Poczekałem półtorej minuty, żyłki dużo nie poszło, widocznie ryba zatrzymała się. Może zmieniła kierunek?
   Podciąłem. Zrazu nic. Szybko zwijam luz żyłki i wtem kilka nagłych szarpnięć, a zaraz potem mocne parcie do dna! Jednak jest!!! Wychodzę na mieliznę, by mieć większą swobodę manewrów. Ryba ciężka, mocno zapiera się przy dnie, ciągnie uparcie w stronę zbitego zielska na środku. Za nic nie chcę jej tam puścić!!! Zaczynam hamować na siłę. Potężne szarpnięcie i koniec...
   Nie od razu dociera to do świadomości. Niełatwo to przyjąć... Wyrzuty... Jak mogłem postąpić aż tak głupio?! Przecież nie musiałem się śpieszyć. Sandacz chwycił przynętę z dala od kołków, mogłem poczekać, aż ją lepiej uchwyci. No i po co hamowałem tak ostro?!! Kępa zielska nie była wcale groźna dla mojej żyłki. Mogłem lepiej to wszystko rozegrać...
   Zwijam luźną żyłkę, wciąż nie dowierzając, że już po wszystkim, łudząc się nadal, że tuż pod brzegiem okaże się nagle... Pusty hak rozwiewa wszelkie złudzenia. Trzymam go w ręku: solidny "Mustad 2/0", rozgięty... Musiał tkwić płytko, w twardej części paszczy. Ten hak świadczy niezbicie, że to nie była halucynacja, że wszystko rozegrało się naprawdę. Wolałbym, żeby to jednak był sen...

***

   Noc wycofywała się niepostrzeżenie. Jeszcze ciemne, ale już nie czarne niebo dawało coraz więcej światła. Pod krzakami czaił się jeszcze mrok, lecz z każdą chwilą więcej szczegółów można było rozpoznawać na wodzie.
   Stałem oparty plecami o szorstki pień wierzby, walcząc z sennością, zmęczony całonocną zasiadką. Sandacze nie brały, pomimo wszelkich moich starań. A przecież warunki były wspaniałe: bezwietrzna noc, częściowo zachmurzone niebo... Łowiłem też w miejscu, sprawdzonym tylokrotnie. Obie gruntówki stały w chłodnej, kilkumetrowej toni, wyżłobionej przez spadającą ze śluzy kaskadę. Woda kręciła leniwie w tej jamie wstecznym prądem, obmywała gąszcz tataraku porastający grząski brzeg. Z lewej szumiący wodospad, za nim czarny rząd pali - ulubiona kryjówka drapieżników. Z prawej, w ujściu strumienia, płycizna - stałe miejsce przebywania wszelakiej drobnicy, czyli "stołówka". Dalej pięciometrowa głębina, jeszcze dalej - gęsta, zwarta kępa rdestnicy, porastająca wypłycenie na środku rozlewiska. Wszędzie miejsca warte postawienia gruntówki! Rzuty łatwe, niezbyt dalekie, zatem precyzyjne i ciche, bez chlapania. Tylko grząsko pod nogami i te wierzbowe zarośla ograniczające swobodę manewrów wokół.
   Starannie penetrowałem gruntówkami wszystkie zakamarki: i w jamie, i przy palach, i na skraju mielizny. Na próżno... A ryba żerowała. Raz i drugi w jamie za kołkami zburzył wodę spory sandacz!
   Coraz więcej szczegółów odsłaniała już nie czarna, lecz atramentowa ciemność. Znów chlapnął sandacz za kołkami - jak tu się dobrać do niego? A może zmontować spławikówkę? Szukanie zaczajonego drapieżnika zwiększy szanse, lepsze to niż bierne oczekiwanie, aż sam raczy odnaleźć żywczyka!
   Zakładam duży, raczej szczupakowy spławik. Jest jasny, powinien być już widoczny. Ustawiam grunt na dwa i pół metra - kiełb na długim przyponie będzie sunął tuż nad dnem, znoszony prądem wody. Chwilę składam się i rzucam na skraj kołków. Spieniona woda natychmiast porywa zestaw i niesie wzdłuż pali. Tracę z oczu spławik; jednak jest jeszcze za ciemno, ale co tam! Woda znosi zestaw, chwyta go wsteczny nurt, zatacza nim koło i osadza gdzieś na skraju wodorostów. Żyłka nieruchomieje. Czekam kilkanaście minut i powtarzam całą operację od nowa.
   Ten rzut mi nie wyszedł - przedobrzyłem, rzuciłem za bardzo w lewo. Zestaw padł między pale, porwała go woda i niosła wprost na najbliższy kołek. Zwijam więc czym prędzej, nim woda zaczepi żyłką o pal. Rex szybko nabiera zwoje żyłki, już widzę spławik rozcinający granatową powierzchnię wody i dalej za nim wirującego na długim przyponie kiełbika. Zbliża się szybkim korkociągiem, trafia szczęśliwie między pale, mija je... I nagle spomiędzy kołków wyskakuje za nim długa, jasna torpeda. Z chyżością pstrąga w mgnieniu oka pokonuje kilkumetrowy dystans i zamaszystym, klasycznym młynkiem atakuje kiełbika tuż pod moimi nogami. Potężny plusk, gwałtowne szarpnięcie końcówką i nagły, szybki łomot serca: szczupak, wielki szczupak!!!
   Otworzyłem kabłąk kołowrotka i czekam niecierpliwie, obserwując leżący nieruchomo spławik. Naraz drgnął leciutko, przesunął się w prawo, płynnym ruchem pojechał w kierunku głębi i zniknął! Przekręciłem korbką - zaciąłem.
   Dwa potężne szarpnięcia były odpowiedzią! Hamulec, kij wysoko w górę - drapieżnik ucieka na głębinę. Nie przeszkadzam mu w tym, ale oto zawraca raptownie, szarżuje pod brzeg, w prawo, wprost w zarośla tataraku! Hamuję - bezskutecznie; krótki, dwumetrowy kij nie daje dobrej kontroli. Szczupak dotarł na płyciznę, wyskoczył nad wodę, prasnął, aż się zakotłowało i bryznęło błoto i ruszył znów na głębinę. Ależ czort, nie miałem jeszcze tak ognistej ryby, chyba nawet łosoś by się lepiej nie spisał!!!
   Znowu szarża pod brzeg! Niedobrze, nie chcę go mieć tak blisko, jeszcze nie teraz! Nic jednak nie mogę uczynić, jestem bezsilny. Ogromny, metrowy szczupak pod brzegiem! Zobaczył mnie właśnie i spłoszył się na dobre. Znów głośny chlupot, znów bryznęło błoto. Zapamiętałem tylko w ułamku sekundy ten długi, ciemny kształt grzbietu i jasne podbrzusze... Kolejna ucieczka na głębię, lecz w stronę kołków tym razem... Fatalnie!!!
   Hamuję rozpaczliwie, coraz cieniej piszczy szpula. Na nic, na próżno, nie mogę go zatrzymać... Już jest przy palach, już pomiędzy nimi. Dociskam szpulę do reszty: efektowny skok nad wodę, wysoko, dobrze ponad metr w górę! Ślicznie wyglądał w tym skoku, w niebieskawym świetle wstającego dnia, zawieszony nad czarnymi palami. Długi, wysmukły, z rozwartą paszczą, na tle białej plamy spadającej ze śluzy wody. Ten obraz pozostanie mi w pamięci na długo... Plusk, szczupak pada między kołki, znika. Żyłka pęka z trzaskiem, koniec...

Andrzej Trembaczowski
WYDAWCA:
Krokus ul. Jaracza 76
90-251 Łódź, POLSKA
Telefon:
+48 42 678-15-90
+48 42 678-15-95
Fax:
+48 42 678-15-99
E-Mail:
biuro@krokus.com.pl
office@krokus.com.pl

TYMCZASOWE KOLEGIUM REDAKCYJNE:
Radek Gościmski
Wojtek Górny
Piotrek Onikki-Górski
Andrzej Trembaczowski

OPRAWA INTERNETOWA:
Krokus

PROJEKT
Krokus

©1999-2000 Wszelkie prawa zastrzeżone dla Krokus Sp. z o.o.
Teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych
.

 



Reklamy KrokusGetSimpleSprzęt wędkarskiBlog o CMSOpen source ERP i CRM - Odoo (dawniej OpenERP)Usługi poligraficzne