Nagłówek
   LATO + MORZE + CISZA = TROĆ
Foto. Andrzej Trembaczowski

Coś spod żagli
Urlop. Mazury i żagle. I wędki oczywiście. Wodniacki raj, pełnia szczęścia... Czy na pewno? Wędkarstwo, żeglarstwo to dwie niby bliskie, ale jakże odmienne formy wodniactwa.

Wyłowione z forum
W piątek po zakończeniu roku szkolnego mojej Córy - udało mi się wyrwać na ryby na kanał żeglowny rzeki Odry k. zalewu "Bajkał". Był to już drugi wypad - pierwszy niestety prawie bezrybny jeśli nie liczyć paru okonków i małego szczupaczka. W kanale tym miały pływać jazie i to w dużych ilościach.

Kaban
Korciło mnie żeby podjechać gdzieś dalej poszukać "kropeczek". Niestety ciągłe opady nie rokowały zbyt dobrze, a i sezon urlopowy w pełni, większość znajomych w rozjazdach. Jednak nie mogłem wysiedzieć i zadzwoniłem do Andrzeja Trembaczowskiego. Szybka decyzja - jedziemy! Padło na Tanew.

Pazerny czyli AVID
Kiedy po raz pierwszy ST.CROIX zaprezentowało serię wędzisk AVID ze śmiechem zapytałem szefa firmy, co ma oznaczać ta nazwa, jako że avid znaczy po angielsku "pazerny". "They're really avid for fish" - zabrzmiała odpowiedź, czyli "Są naprawdę pazerne na ryby". Pośmialiśmy się trochę, ale potem przyszedł czas na poważne zajęcie, czyli na testowanie spinningów należących do wspomnianej "pazernej" serii. I w tym momencie absolutne zaskoczenie - już po kilku rzutach wrażenie, że oto pojawiła się nowa jakość.

PROWADZI:
Michał Sopiński

EFTTEX'2001 II
EFTTEX'2001 I
Nr 52 - 31 maja 2001
Nr 51 - 31 stycznia 2001
Nr 50 - 29 grudnia
Nr 49 - 5 grudnia
Nr 48 - 20 listopada
Nr 47 - 9 listopada
Nr 46 - 4 listopada
Nr 45 - 25 października
Specnumer - SUM

Wejściówka Tygodnika

ARCHIWUM TW

TYMCZASOWE KOLEGIUM REDAKCYJNE:
Radek Gościmski
Wojtek Górny
Piotrek Onikki-Górski
Andrzej Trembaczowski

OPRAWA INTERNETOWA:
Krokus

PROJEKT:
Krztysztof Urbankiewicz

WYDAWCA:
Krokus Sp. z o.o.
ul. Jaracza 76
90-251 Łódź, POLSKA
+48 42 678-15-90
+48 42 678-15-95
biuro@krokus.com.pl
office@krokus.com.pl


   Z jaką porą roku kojarzy wam się troć? Czy jest to zima, czy może początek jesieni - koniec września? Słusznie, wtedy tej ryby jest w rzece najwięcej, a co za tym idzie najwięcej jest też wędkarzy. Lubicie łowić w tłoku? Jak wam się łowi z tą świadomością, że musicie uważać na blaszkę łowiącego po drugiej stronie rzeki wędkarza? Jak radzicie sobie z wyścigiem do najlepszych miejsc w każdy ranek na początku czy też na końcu sezonu?.

   Ja jakoś nie mogę do tego przywyknąć. Czy to znaczy, że jeśli nie lubię łowić w tłoku to nie mam szans na wyholowanie tego salmonida? Nie, szansa jest, tylko do tego potrzebna jest także odpowiednia taktyka łowienia.
   Zabieram więc rodzinkę (czy może rodzinka mnie zabiera?) na wypoczynek do jednej z nadmorskich miejscowości. Środek lata, żar leje się z nieba. Przez dwa dni jestem w stanie wytrzymać na plaży. To i tak wiele jak na mnie. A rzeka trociowa tuż, na wyciągnięcie ręki... Wygrzebuję więc wędkę pstrągową (do 25g) z bagażnika - wystarczy w zupełności na letnie łowienie troci. W czasie spaceru znikam na 15 minut w lokalnym sklepiku wędkarskim. Tam nabywam garść karlinek, parę woblerków, kilka obrotówek - wedle gustu oraz oczywiście żel przeciw komarom i kleszczom. Żyłkę 0,28 mm - 0,35 mm czy plecionkę o udźwigu paru kg - to wystarczy. W kiosku nabywam mapę okolic, a w odpowiednim miejscu opłacam licencję na wędkowanie. Uff w tej chwili przychodzi jeszcze moment opamiętania. Zabawa bije trochę po kieszeni... Czy jednak istnieje hobby, które nic nie kosztuje? Płacę więc bez mrugnięcia okiem. Można by rzec jestem gotow.
   Znalazłem się już jakimś chytrym sposobem nad wodą (tu pozostawiam innym pole do popisu dla własnej inwencji: nieważne, czy rodzinkę wyślemy na ruchome piaski, do skansenu, czy na jarmark - pełna dowolność). Jest więc rzeka i ja nad rzeką w jakimś osławionym miejscu trociowym. Macham dziarsko kilka godzin bez podbicia i powoli nadchodzi zniechęcenie. Nad wodą jakoś pusto. Spotykam jeszcze dwie osoby - złodzieja łowiącego na robaka lipienie i podobnego do nas szaleńca z kijem pstrągowym w dłoni. Pod koniec dnia ogarnia mnie zniechęcenie, a nawet i przygnębienie...
   Nic jednak nie odradza się tak szybko, jak wędkarska nadzieja. Dzień przerwy u boku małżonki i znów scenariusz się powtarza. A potem znów zniechęcenie... Coś jest nie tak. Piękna rzeka, ale bez ryby. DLACZEGO?
   I w tym miejscu zaczyna się tak naprawdę polowanie. Odwiedzane przez nas miejsca, te doskonałe na początku i pod koniec sezonu, wcale nie muszą być najlepszymi w środku lata. Ryby w tych miejscach przystają na kilka dni po sztormach, kiedy wpłyną do rzeki. Ale ostatni miesiąc praktycznie był bez sztormu, więc ryby tu nie ma albo są tylko nieliczne sztuki.
   Chwileczkę, przypominam sobie, że przecież w kwietniu i w połowie maja nieźle dmuchało, więc ryby prawdopodobnie wchodziły do rzeki! Tylko, dlaczego ich nie ma? Eureka! Popłynęły w górę rzeki! Przecież wszystkich złodzieje - kłusownicy nie wybrali. Więc muszą być w rzece. Więc jest SZANSA!
   Tam w górze rzeka jakby mniejsza. Więcej tu krzaków i trawa nie wydeptana. Pokrzywy ogromne, komarów hordy. Piękno niezniszczonej przyrody napawa optymizmem. Pachnie mięta, przydeptana - chciałoby się rzec niechcący - gdzieś daleko słychać "trąbienie" żurawi. Fajnie, zupełnie jak na pstrągowej wyprawie, tylko rzeka głęboka, miejscami nawet bardzo głęboka.
   Chowam się za krzakami i rzucam przynętę pod drugi brzeg. Tu znów każdy inny ma pełne pole do popisu. Każdy ma swoje ulubione sposoby prowadzenia przynęty. Wiadomo - srebrniaki, to ryby nieskore do podjadania w czasie tarłowej wędrówki, warto więc prowadzić przynętę wolniutko i dokładnie obławiać miejscówki. Kuszą te głębiny pod krzakami, te nawisy brzegowe, kuszą wartkie a głębokie przewężenia, wabi ciemna toń przy kępie roślinności. Z zamyślenia wyrywa nagle przyjemne targnięcie na kiju gdzieś 10 m od przy brzegu. Pełne zaskoczenie. Całkiem już prawie odzwyczajony od brania podciągam wędkę do góry, niby zacinając, ale tak niemrawo, bez wigoru.
   Jest ryba! Łopocze na końcu zestawu, ucieka w kępę roślinności. Wyprowadzam kijem na środek rzeki i tu nagła ucieczka w nurt. O rany, ale ciągnie, zaraz wciągnie żyłkę pod łoziny! Zmieniam kierunek jej ucieczki wędką. Ryba daje się nabrać, staje. Teraz ja ją sobie podciągnę... Robię to jakoś niecierpliwie, zbyt szybko. Skok z rozwartym pyskiem i potrząsaniem. Szczupak!... Luz....
   No tak, słabo zacięty, właściwie wcale nie zacięty. Szkoda... nie, przecież nie po szczupaki tu przyjechaliśmy! Ten krótki hol, to nagłe ożywienie dla ciała i umysłu. Są tu ryby! Rzeka nie jest jałowa.
   Z nowym natchnieniem ruszam przez nabrzeżne chaszcze. Obławiam wodę jakby uważniej. Długi rzut w dół rzeki, w przewężenie. Przynęta schodzi głęboko, a co? - zaryzykujemy. Wpuszczam ją pod krzaki przy brzegu. Puk. Co to?! Wyciągam przynętę z wody, zastanawiam się, co to było, przyglądając się kotwicy z bliska. Chwila zadumy... Tak, zmieniam przynętę. Rzut podobny, może trochę dłuższy. Znów powoli i głęboko prowadzę wabik. Łup, łup, łup... Wędka zaczyna trzeszczeć. Po plecach przelatuje dreszczyk. Tym razem udaje się zaciąć poprawnie. Szarpnięcia wędki harmonizują z terkotaniem kołowrotka. Kilka łupnięć, chwila spokoju, odjazd 5 - 10 m, kilka łupnięć i zmiana: ryba idzie pod prąd.
   Trochę rozczarowania - tak łatwo idzie zwijanie żyłki. Bardzo chcę wreszcie zobaczyć, co mam na kiju, ale ryba trzyma się głęboko toni. Przechodzi obok mnie i... wzzzzzzzzzz... Uff piętnastometrowy odjazd w górę, aż do kolejnego przewężenia. Hamuję trochę na siłę - zawraca pod drugim brzegiem. Powoli ciągnę ją do siebie. Ile to trwa? Kto jest w stanie to kontrolować?
   Wreszcie pod nogami. TROĆ!!! Fajna, będzie z 60 cm. Podbieraka nie mam ani osęki. Cóż, klękam na kolana i zbliżam rybę do ręki. Pierwsze dotknięcie i nagła fontanna wody. Uff... jeszcze jest na kiju, za drugim razem jest już w ręku. Szeroki kark, ale da się ją uchwycić. Nie jest może tak duża, jak sobie wymarzyłem. Mierzę drżącymi rękoma: 58 m i na oko ze 2 kg z "hakiem". I tu chylę czoła nad pięknem świata i wszelkich stworzeń, jakie pływają w wodzie.

***

   Lato i rzeka nad morzem, to szansa na troć, pstrąga potokowego i tęczowego, szczupaka, a dla muszkarzy lipienia. A jeśli nie puści nas nasza lepsza połowa, to zawsze możemy połowić śledziki z końca falochronu na "choinkę"...
   Tylko... jak tu łowić śledziki z myślą, że gdzieś tam w rzece pływa królewska ryba? A kiedy już raz poczujemy na wędce tę wspaniałą siłę, zawsze będzie nam łatwiej wrócić w przyszłym roku nad morze z rodziną na urlop.

Paweł Deska


©1999-2001 Wszelkie prawa zastrzeżone dla Krokus Sp. z o.o.
Teksty, rysunki i zdjęcia powierzone przez autorów do publikacji wyłącznie na tych stronach internetowych.



Reklamy KrokusŻbikowskiŁowiskaHydroizolacja - Osuszanie bydynkówOsuszanie ścian - iniekcja krystalicznaDarmowy ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany Odoo